Translate

Współtwórcy

niedziela, 26 października 2014

Dodatek specjalny: ,, Ale, że … Rozdwojenie jaźni?”

                                                     „ Kącik redakcyjny”

Alfa: Wzięłam sobie do serca ten brak komentarzy, spowodowany zapewne małą liczbą osób odwiedzających tego bloga. No cóż, ale nie wolno się poddawać i zniechęcać. Dzisiaj wyjątkowo nieco inna forma wpisu, tak zwany dodatek specjalny do bloczka. Hehe. Jakoś tak samo wyszło.
 Tak jakby co akcja opowiadanka osadzona jest przed czasami Sierry. Więcej nie będę mówić, bo nie chcę spolerować, a że moja Beta ma teraz przerąbane w szkole i nie ma kiedy ze mną się spotkać, by pomagać mi w pisaniu, to dzisiejszy wpis jest jej zadedykowany.
 Drzeworyt: Słoneczko ty nasze, nie poddawaj się, ucz się pilnie w dnie i noce, nie dawaj się jesiennym zmorą uczuciowym, idź ciągle do przodu i pamiętaj, że nigdy o Tobie nie zapomnimy i nigdy nas nie stracisz (Chyba, że bardzo będziesz tego chciała :P ). Możesz się do nas zwracać w każdej potrzebie, nie ważne czy płaczesz, czy się jarasz i głupi uśmieszek nie chce ci zejść z twarzy. Doskonale wiesz, że zawsze będziemy za tobą! Dlatego, dziecinko ty nasza, nie daj się!
 Alfa: Nuu, kochana, nie waż się poddać złym myślą i to na tyle z tego przydługiego wstępu. :* Buźki. Mam nadzieję, że znajdziesz dla nas trochę czasu! A resztę czytelników zapraszamy do czytania! Dla was, kochane anonimki, też mamy głęboką myśl prosto z życia wziętą: „ Jeśli mówisz, że jest do dupy, to wiedz, że inni mają gorzej. Ba, jeśli uważasz, że spadłeś na dno pamiętaj, że pojęcie dna jest bardzo szeroko zrozumiałe. A jak już spadłeś na ziemię, to możesz się od niej odbić. Bo choć droga do celu jest długa i trudna, to, co czeka nas w jej trakcie, jest najcudowniejszym co mogło nas spotkać~”
 Drzeworyt: A zwłaszcza niezapowiedziane kartkówki z nie przerabianego wcześniej przez nauczyciela tematu. Najcudowniejsza rzecz na świecie!
 Alfa: :I Zapraszamy do czytania.
----
----
 Nudzi mi się i to tak perfidnie. Nie wiem dlaczego, ale nuudzii mii się. I w tym swoim nudzeniu się stwierdzam, że … nie jestem przyzwyczajony do bezruchu. Co prawda nie mogę się dać samemu sobie tak samo. To znaczy swoim potrzebą, które nakazują mi zacząć coś robić. Skoro już sobie obiecałem, że będę kimś innym to wytrzymam w tym postanowieniu!
 Powszechnie wiadomo, że początki są trudne, ale, ale, ale… no… żeby aż tak?
 Nudzi mi się!
 Czy przybranie zupełnie innej osobowości nie sprawi czasem, że moja psychika siądzie? Bo to będzie jedna wielka gra aktorska, w której chodzi o to, bym uwierzył, że osoba którą gram jest prawdziwym mną.
 To męczące.
 I powiem to znowu. No dobra, nie powiem, pomyślę. NUDZI MI SIĘ!
 Haloo, czy Emo-Willow jeszcze tu jest? Haloo? Odbiór! Tu Kenowata wersja naszej osoby! Czy dasz mi pozwolenie na ruszenie się z miejsca? Po co się pytam. To inaczej. Uwaga, wstaję! I wcale nie obchodzi mnie twoje zdanie, rozumiesz?
 Czy tylko mnie się wydaje, że robię  w tym momencie z siebie kompletnego idiotę? Co prawda nikt tego nie widzi i nie słyszy, ale gadanie, czy pytanie o pozwolenie samego siebie, nie uchodzi za normalne. Czy się mylę?
 Ej, Emoo! Nosz kurczę, nie ignoruj mnie!
 Chwileczka, Ken- ziewnięcie- śpię. Daj mi jeszcze chwilę, i to taką dłuższą. Poczekaj sobie spokojnie. Leżenie jest dobre, nic nie robienie jest dobre. Nie chce mi się wstawać, dlatego daj mi jeszcze chwilę.
 No odezwało się moje zaspane skarbie. Haloo, ty pierdzielone Emo, wstajemy! Nudzi mi się! Nie rozumiesz, że to wielki kryzys i trzeba jemu zapobiec?
 Pobiec? Nie, tym bardziej nie chcę pobiec.
 Pff. Kryzys. Trzeba zażegnać mój życiowy kryzys. Trzeba wstać. Czy nie rozumiesz moich potrzeb?
 Jak masz kryzys wieku średniego to nie mój problem. I weź się odwal. Nie sprowadzisz mnie na złą drogę. Nie ma bata.
 Nie chce mi się nic robić.
 Popadam w obłęd czy też normalnym jest, że czegoś bardzo mocno chcę, a jednocześnie bardzo mocno nie chcę? Czy ktoś może mi na to pytanie odpowiedzieć?
 Tak, to jest normalne. Chciałeś odpowiedzi, to ją masz.
 Ale ja nie chciałem odpowiedzi od ciebie!
 Ty to naprawdę masz problemy… Może jednak dasz mi w spokoju leżeć i kontemplować ten nasz jakże oryginalny sufit?
 Kurka. Gadam sam ze sobą. Stopień szaleństwa poziom 3! Waaa!
 Weź się uspokój i zacznij myśleć tą swoją połową mózgu nad czymś przyjemniejszym. Pomyślałby kto, że przejmujesz się tym, że ze mną gadasz.
 No a ty się nie przejmujesz? Jak gadam z tobą, to zupełnie tak, jakbym gadał sam ze sobą! Jesteśmy szaleni!
 Jak ktoś tu jest szalony to tylko ty. Ja tam uważam się za normalną, zamkniętą w sobie osobę.
Co ci daje to odstawianie paniki?
 Jak to co mi daje?
 Aaa… Już rozumiem. W ten sposób ci się nie nudzi.
 …
 No, a nie mam racji?
 Emo, weź mnie nie dobijaj. I tak mi się nudzi!
 Bez sensu jest to twoje narzekanie. Skoro tak nie masz co robić tą swoją połową osobowości to pomedytuj.
 A może zrobimy coś bardziej fizycznego, hmmm? Wtedy na pewno nie będę się nudzić!
 Czyli… masz ochotę na seks? Odpada. Leżenie lepsze od wyrywania jakichś lasek. Za dużo z tym zachodu. (No bo wiesz. Jak ktoś ciebie wyrywa to już zupełnie inna sprawa ;) )
 Od razu, że seks. Już samo robienie pompek jest ciekawsze od leżenia na wyrze niczym kłoda!
 Robienie pompek też odpada. To zbyt męczące zajęcie.
 Ogółem życie jest zbyt męczące, co nie?
 Dokładnie. W końcu mnie zrozumiałeś. Jestem pełen podziwu dla samego siebie.
 No tak, bo ja i ty to jedna osoba. Aż mam ochotę krzyczeć!
 A mi się nie chce krzyczeć, więc nie krzyczymy.
 Ej no, dlaczego nie? To też by było ciekawe!
 No właśnie nie za bardzo. Tak zacząć wrzeszczeć ni z tego ni z owego? Przecież nie jesteśmy psychiczni.
 A jak nie my to kto?
 Z resztą nikogo w domu nie ma. Nikt by nie zareagował. Co złego jest w krzyczeniu?
 Raczej chciałeś się spytać co złego jest w krzyczeniu bez najmniejszego powodu. Pomyślmy… Jest to bezsensowna forma wydawania z siebie dźwięków o wysokiej częstotliwości, przez co po dość krótkim czasie zdarlibyśmy sobie gardło.
 Ból jest przeze mnie niepożądany.
 Czyżby Emo nie lubiło się ciąć?
 To, że wyglądem przypominamy teraz Emo nie oznacza od razu, że naszym jedynym przyjacielem ma być żyletka.
 No tak, ale żyletka i nożyk to już co innego?
 Nie widzę w tym nic śmiesznego.
 No już, już. Nie naburmuszaj się tak. Jako ta nasza bardziej Kenowata część stwierdzam, że poniekąd masz rację. Może jednak pozwolisz mi działać i dasz nam wstać?
 Niedoczekanie twoje. Tak szybko z celibatu, polegającym na nic nie robieniu, nie zrezygnuję.
 Nikt by się o tym nie dowiedział! Nawet jeśli tak, to nic nam nie zrobią. Bo od kiedy zabrania się komukolwiek poruszać?
 No niby nikt nam nic nie zabronił, ale … ja to zrobiłem. Dlatego właśnie odpoczywamy, śpimy i powoli mamy zapadać w apatię.
 Wiesz, że to nie brzmi dobrze?
 Tu nie chodzi o brzmienie, tu chodzi o sens całej idei!
 To naszym postępowaniem kieruje jakaś idea? Serio? Od kiedy?
 Od teraz.
 Znowu jesteś zły? No wiesz co. Jak tak możesz?
 Proszę, zróbmy sobie przerwę w nic nie robieniu!
 Echh, nie odpuścisz?
 Oczywiście, że nie! Haloo! Nudzi mi się!
 To Ken, Haloo, idź spać. Nie będzie ci się wtedy nudziło. Może nawet będziesz w krainie marzeń sennych biegał, zmęczysz się i poczujesz się spełniony?
 Dzięki wielkie za taką radę. Ja wiem, że do mnie się już nie przyznajemy, bo jestem tą osobowością, która ma jeszcze jakieś chęci i ambicje i to jest niemożliwe do zniesienia. Wręcz godne pogardy, spalenia na stosie, śmierci męczeńskiej w studiu fitness, no ale pójdź mi na rękę i pozwól mi wstać!
 Niech ci będzie, ale pamiętaj, że kiedyś w końcu cię do końca wchłonę i skończą się czasy Kena.
 Bardzo. To. Pocieszające.
 Ja wiem, ja wiem. Uchh, a ja tak bardzo chciałem stać się mistrzem w dziedzinie „Nie ruszam się, bo poruszanie się jest zbyt męczące.”
 Aleś se długą nazwę dyscypliny wybrał, a skrót od tego to „NRSBPSJZM”. Nazwa równie długa i niełatwa do wypowiedzenia. Nrsbpsjzm. Impresjonizm! Nieruskiebopsjozmowanie!
 Bez komentarze, Ken, bez komentarza.
 Nieruskiebopsjozmowanie!
 
 Ta nazwa mi się spodobała! Haha.
 Taaa, właśnie słyszę.
Dobra, dobra Emo, nie gardź mną aż tak bardzo.
 Nie masz pojęcia czego ode mnie wymagasz.
To ja wstaję!
 Nasze ciało w końcu się poruszyło i usiedliśmy. Zadowolony przeciągnąłem się i stanąłem powoli na nogach, odzianych w tęczowe skarpetki.
 To co by tu porobić?
 Przeczesałem wzrokiem niebieski pokój w poszukiwaniu czegoś, co by przykuło moją uwagę
 Czemu w moim pokoju, pokoju nastolatka, są tylko książki? Gdzie jakieś łącze z Internetem? Nawet laptopa nie ma. O telefonie już nie wspominając…
 Co prawda miałem aż DWA telefony, bo jak to w dzisiejszych czasach, gorszy telefon miałem do dzwonienia, sms-owania oraz na nadzwyczajne wypadki- tzn. jakby ktoś chciał mnie okraść i kazał dać sobie telefon bez żalu oddałbym mu tę niemalże cegłówkę. Od tego przecież była. Ten lepszy model miałem do korzystania z popularnych portali i innych takich, czyli do ogólnego surfowania po wirtualnym świecie Internetów. Ten telefon był o wiele bliższy sercu. Co poniekąd jest śmieszne, bo żeby przedmiot nieożywiony najlepszym przyjacielem człowieka? Nawet cieszę się, że zerwałem z tym uzależnieniem.
 Na moje (nasze) nieszczęście, ten nowszy model się zepsuł, a cegła, mimo że cała i zdrowa nie nadawała się do zaspokojenia potrzeby wejścia na jakikolwiek portal. Uroki niezniszczalnej NOKII.
 I nie lepiej ci było leżeć?
 Ćśśś, zaraz wymyślę coś ciekawego do roboty. O ile się orientuję to ojczulek jeszcze nie zabrał z domu komputera… To jest myśl! Już wiem co będziemy dzisiaj robić!
 Wow! Gratuluję geniuszu!
 Nie zważając na słowa przesiąknięte ironią, wyszedłem z pokoju i zamknąłem z trzaskiem za sobą drzwi. Ot, same się zatrzasnęły.
 Uważaj, Ken, bo ktoś ci jeszcze uwierzy. No już głośniej być nie mogłeś. Pff.
  Nie bądź na mnie zły. Obiecuję, że za dwie godziny grzecznie się położę i będziesz mógł zostać mistrzem w dziedzinie Nieruskiegobopsjozmowania.
  Pff.
  Nieco niepewnie otworzyłem drzwi od dawnego biura ojca. Kiedyś było tu mnóstwo papierów, na ścianach wisiały winyle, plakaty, gabloty, a teraz… było tu tak pusto. Brak życia. Jednie komputer został. Niemal ostatnia pamiątka po tacie, która niedługo także zniknie. Wszystko związane z Nim nagle znikało. Tylko ten sprzęt został tu przypadkiem.
  Nic na to nie poradzę.
  A teraz czas poszukać czegoś ciekawego do porobienia w magicznym świecie, w którym pojęcie „troski” nie istniało. No może na Wikipedii.
  Usiadłem przed komputerem i wcisnąłem guzik, który miał uruchomić maszynę. Cicho gwizdałem sobie pod nosem ku niezadowoleniu mojej drugiej jaźni.
  W końcu po długim oczekiwaniu mogłem wejść na Chroma i zacząć przeszukiwać strony.
  Moje czarne oczy przyciągnęła reklama jakiejś darmowej gry, w której miało się za zadanie wybudować swoją przyszłość za pomocą postaci, która miała być „nami”.
  Przesunąłem kursor na reklamę i wszedłem na stronkę.
  Okazało się, że przed grą trzeba było napisać kartę postaci. No cóż, skoro nam się nudziło to mogłem coś takiego uzupełnić.
  Zabijacze czasu były w tym momencie bardzo mile widziane.
  Ściągnąłem potrzebny plik i go otworzyłem. Wyskoczyła mi pusta strona z pytaniami o informacje.
  Pisanie czas zacząć.
---*
  Imię: Willow
  Nazwisko: Blackburn
  Nick* : EmoKenuś
  Wiek: 17 lat
  Urodziny: 13 grudnia
  Wygląd:
·         Kolor włosów: czarny.
·         Kolor oczu: czarne (Bez soczewek- błękitne)
·         Typowy ubiór: dwunasto dziurkowe, czarne glany, jeansy, czarna skóra i ciemne koszulki z rockowymi napisami,
·         Wzrost: 167 cm
·         Typowo kobieca uroda,
·         Szczupły, drobny, o bladym odcieniu skóry.
  Znaki szczególne: Stalowe kółko w dolnej wardze oraz pomalowane na czarno paznokcie.
  Typowe zachowania:
·         Nie odzywam się,
·         Jestem spokojny, wręcz apatyczny,
·         Nie wyrażam tego, co czuję,
·         Muszę przyznać, że czasami patrzę na innych z pogardą,
·         Bez przerwy prowadzę rozważania na różne tematy.
  Blizny, tatuaże:  Brak.
  Plany na przyszłość:  Brak. Nigdy o tym za poważnie nie myślałem, choć gdy byłem młodszy marzyłem o zostaniu… stylistą.
  Ciekawostki:
  • Mam słabość do kotów, a zwłaszcza do tych czarnych,
  • Lubię znajdować opuszczone przez ludzkość miejsca, a następnie w nich przesiadywać,
  • Nie na widzę szarego,
  • Jestem tolerancyjny,
  • * Mam wrażenie, że cierpię na rozdwojenie jaźni,
  • Gdy jestem zdenerwowany, kręcę swoim kolczykiem,
  • Nie lubię przebywać wśród ludzi,
  • Mam kilka fobii…
  Czego twoja postać chciałaby doświadczyć?/ O czym zawsze marzyła?
  Emm… Trudno mi się do tego przyznać, ale chciałbym mieć swojego cichego obserwatora, który doglądałby mnie każdego dnia, pomagał mi w najgorszych momentach, był moim stróżem i najbliższą mi osobą. Może w końcu dowiedziałbym się co to znaczy troska o kogoś?
---*
  No to jak, idziemy poleżeć?
  Co prawda obiecałem, ale nie chciałbyś zobaczyć o co dokładnie chodzi w tej grze?
  Szczerze, nie za bardzo. Wolę poleżeć.
  Okej, jestem grzecznym Kenem i się słucham.
  Kliknąłem myszką na przycisk „anuluj”, wyłączyłem stronkę, a następnie komputer.
  No właśnie, po co wkręcać się w gierkę i się od niej uzależniać?
  Też nie wiem. Uzależnienia są taaakie męczące.
  Wstałem, zasunąłem za sobą krzesło i wyszedłem bez oglądania się za siebie z pustego pomieszczenia. Zgodnie z daną samemu sobie obietnicą wróciłem do pokoju i ułożyłem się wygodnie na zalanym błękitem łóżku.
  Ej, Emo, powiesz mi dlaczego ściąłem nasze piękne włosy? Przecież ta nowa fryzura nic nam w gruncie rzeczy nie daje.
  To jest, mój drogi Kenie, nasza cicha forma buntu. Jednocześnie staramy się również z zewnątrz być zupełnie kimś innym.
  Ale ja lubiłem te nasze dawne włosy! Zwłaszcza, gdy przez pewien czas je zapuszczaliśmy. Tak fajnie się je wtedy czesało!
  Khm, to ja już wolałem jak mieliśmy te krótkie włosy i ganiały za nami dziewczyny.
  Jak mieliśmy długie to też za nami ganiano!
  Taa, tylko wtedy o nasze względy ubiegali się chłopcy.
  Ty… no faktycznie.
  Może ty lepiej nie myśl, bo ci to nie wychodzi.
  Dzięki za te komplementy!
  Przykryłem nas kołdrą.
  Dobranoc, Emo!
  Miłych snów, Ken.
  Nasze powieki opadły i osunęliśmy się w objęcia Orfeusza.
----
----

*- Podpunkty oznaczone gwiazdki nie zaistnieją w nowej, zmodernizowanej Karcie Postaci Willisia.


Alfa: Tak naprawdę ten dodatek miał się pojawić dopiero po 11 rozdziale, ale stwierdziłam, że nie dam rady dokończyć 11 za szybko, więc mam nadzieję, że zaspokoiliście się choć trochę tym opkiem. ;)
---
---

niedziela, 12 października 2014

Rozdział 10 "I to ma być ta zabawa?"

 Otwarcie tych drzwi wiąże się z pewnym ryzykiem. On tu wejdzie i ... co? Nie wiem.
 Co on może mi zrobić? I co najważniejsze... Czy może mi cokolwiek zrobić?
 Są różne, dziwne opowieści o psychologach. A jakie? Więc wyliczamy:
- gwałty w dźwiękoszczelnych pomieszczeniach,
- zmuszanie pacjentów do czegoś, czego nie chcą robić,
- zamykanie w pomieszczeniu tylko o chlebie i wodzie,
- bicie.
 Są też rodzice. Rodzice, którzy na siłę zmuszają swoje pociechy na przychodzenie na terapie, chcąc im pomóc. Jednak przez to, że kierują się swoim wyobrażeniem tego, co ich zdaniem jest dla dziecka najlepsze, osiągają efekt odwrotny od zamierzonego. Nie rozumieją tego, że dzieciom dzieje się krzywda.
 Terapia wstrząsowa.
 Czy ten Sierra ma na nią zgodę? Czy moi opiekunowie chcą zrobić ze mnie warzywo, które będzie leżeć w szpitalu, podłączone do kroplówki? Czy mogą coś takiego zrobić? Pozbyć się zbędnego problemu, jakim z pewnością się stałem?
 Może niesprawiedliwie ich oceniam? Jeśli tak, to co? Może lepiej się tym nie będę przejmował. "Tym", znaczy nimi. Odwdzięczę się im pięknym za nadobne.
 Przecież nikomu na świecie nie zależy na drugim człowieku. Istnieją dla nich tylko oni sami, bo po trupach do celu, a cel uświęca środki. Jest to najłatwiejsza ze wszystkich, znanych dróg i najkorzystniejsza dla idącego.
 Jeśli ten psycholog do mnie "nie dotrze" to zamkną mnie w psychiatryku? Czy też jego wizyta ma na celu znalezienie argumentu na to, że jestem chory psychicznie? Czy to właśnie ten mężczyzna ma być moim biletem do pokoju bez klamek?
 Ciekawe czy taki pokój jest wygodny? Cały w poduszkach, żebym nic sobie nie zrobił. Bialutki, niczym śnieg. Kraty w oknach, już nie takie bialutkie. Brak klamki, która poniekąd mogła by być biała- W końcu nie byłoby szarości, toż to ogromny plus! Całodobowy monitoring. Może jedzenie byłoby dobre? Przynajmniej ktoś by mi je dawał. Stylowy kaftan. O czym ja myślę?
 Więc... Otwarcie tych drzwi może mieć katastrofalne skutki. 
 A może by tak zabawić w terapeutę własnego psychiatry? To mogłoby być ciekawe doświadczenie i jakże rozwijające. W końcu ludzie, którzy rozpoczynają taki zawód, sami zaczynają przeżywać problemy własnych pacjentów. Rozwalają sobie tym życie prywatne. Czy z Sierrą jest tak samo? Czy on także zrobiłby wszystko dla swojego pacjenta, albo dla kasy jego rodziców? I to tylko dlatego, że w życiu osobistym mu się nie powodzi?
 W sumie... czy moja niechęć do otwarcia drzwi bierze się stąd, że ja się tego w jakiś sposób... obawiam? Czy to dlatego próbuję uniknąć niebezpieczeństwa, jakim jest dla mnie psychiatra? Czy nie chcę stracić mojej chwiejnej równowagi psychicznej? Która jest dla mnie za ciężka w utrzymaniu i jeden, mały błąd wystarcza bym wpadł w panikę.
 Czy ja czasem nie miałem być apatyczny? Osoby apatyczne się nie boją. Czyli coś jest z tą sytuacją nie tak... To jest dla mnie argument dość ważny, będący ZA otworzeniem drzwi. 
 Czy zabawa w psychologa mojego psychiatry będzie czymś dziwnym? Z pewnością będzie to jakaś nowa forma rozrywki. Jest to niebezpieczne, bo świadomie będę narażał siebie. 
 Zabawimy się? 
 Nie, on się nie będzie się bawił. Ja będę się bawił. Oby nic nie zrozumiał. 
 Stalowe kółko, które tkwi w mojej dolnej wardze, w końcu przestało się obracać. Podjąłem decyzję. 
 Decyzja.
 Podchodzę do drzwi po kudłatym, niebieskim dywanie i łapię za klamkę. Serce mi kołacze. Znowu ja, drzwi i Sierra za nimi. Przynajmniej nie panikuję.
 Czy Doneo stoi cierpliwie za nimi? Jeśli tak to dlaczego? Po prostu nic nie mówi i czeka? Leniwy, bo nie chciało mu się usiąść na krześle, które stoi obok mojego pokoju? A może pewny siebie? Myśli, że wszystko, czego chce, stanie się od tak?
 Jeśli tak, to trzeba mu kiedyś pokazać, że nie jest wszechpotężny i nigdy nie będzie.
 Czy ten pokój jest moim terytorium? Czy specjalnie narusza moja strefę bezpieczeństwa? Czy dla niego aż tak ważną czynnością jest to, by tu wejść?
 Pedał?
 Miejmy nadzieję, że nie. Jestem słaby. Moje ciało też jest słabe. Nie przyzwyczajone do większego wysiłku fizycznego. Wiem, że gdyby próbował się do mnie dobrać, to moje ciało by mnie zawiodło. Dlatego nie mogę mu zaufać. Za duże szanse na porażkę. Zbyt łatwo by mnie zniszczył, mógłby mi zrobić nieodwracalną krzywdę. 
 Zdaję sobie sprawę z własnej kruchości.
 Naciskam klamkę i uchylam lekko drzwi. Wracam na łóżko. Siadam i wpatruję się uważnie w blondyna, który popycha dłonią odrzwia i wchodzi do środka.
 Jego piwne oczy sondują niebieski pokój. Przez chwilę wpatrywał się w półkę z książkami, które były spowite cienką warstwą kurzu. Potem na krótko przypatrywał się gołębiej szafie, która zajmowała całą ścianę. Biurko, które znajdowało się pod jednym z dwóch okien, po drugim nie było nic. Tylko na parapecie leżały puchate poduchy w odcieniach błękitu. Tam czasami przesiadywałem. Jego wzrok przesunął się po podłodze, którą zakrywał dywan, na którym stała para glanów. Potem pod odstrzał poszło łóżko i przewieszona przez jego oparcie skóra. 
 Mężczyzna nie wyglądał na spiętego, ani na zadowolonego. Teraz był jak najbardziej profesjonalny.
 Pochylił się lekko i, ku mojemu zdziwieniu, zsunął z nóg buty, by następnie ustawić obuwie koło drzwi, które zostały zamknięte bez wydawania najmniejszego dźwięku.
 Nie powiem, że nie jest to kolejnym dziwactwem tego faceta, bo jest. Obserwuję go nieco niepewnie i zaczynam mieć lekkie wątpliwości. Po co ja go tu wpuściłem? Może na razie nic mi się nie działo, ale miałem dziwne uczucie dominacji Sierry w tym pomieszczeniu.
 Zadrżałem, mimo wszystko starając się nie okazywać większych emocji.
 Piwne oczy spoczęły na mnie przez co uciekłem wzrokiem gdzieś w bok. Nie lubię tego spojrzenia. Aż człowieka ciarki przechodzą.
- Dziękuję, Willow, że mnie tu wpuściłeś.- Przez tą jego powagę czułem się coraz bardziej nieswojo. Może i go wpuściłem, ale co z tego? Aż takiej łaski mu nie robię... Choć w sumie... Może robię?
 Gdyby nie to poczucie bycia nie na swoim miejscu, przez co miałem ochotę wyskoczyć przez okno, byłoby o wiele lepiej.
 Mężczyzna zaczął spokojnie iść w moją stronę, depcząc kudłaty dywan, moje morze.
 On wkracza do mojej Utopii.
 Czułem jak zaczęła narastać panika, a ja nie mogłem nic na to poradzić. Mój oddech znów stał się płytszy, a kolczyk energicznie obracał się w  mojej wardze- jedyna widoczna oznaka mojego zdenerwowania.
 Mężczyzna zatrzymał się w miejscu, obserwując moje reakcje. Dlaczego on się nie waha? Dlaczego jest tak bardzo pewny swego? Wydaje się, że on wie czego chce i zna sposoby, by zdobyć upragnioną rzecz. Przerażające.
- Proszę cię, uspokój się. Doskonale wiesz, że nic ci nie zrobię.- Wiem? Nic nie zrobi? Gorączkowe myśli przewinęły mi się przez głowę.- Teraz usiądę.- Powiadomił mnie, by przysunąć sobie krzesło, które stało przy biurku i na nim usiąść.
 Wysyłał mi jasne sygnały. Patrz, jestem bezbronny. Uspokój się.
 D-dlaczego? O-o co mu chodzi?
 Tak, panika. Tak, strach. Tak, chęć ucieczki.
 Czy to czasem nie ja miałem się bawić tą sytuacją? Zamiast tego siedzę jak kołek w miejscu, czując jak narasta coraz większy strach. Narasta i swą wielkością mnie przygniata do miejsca. Dobrze, że dzieli nas woda. Chociaż tyle.
- Willow, oddychaj. Spokojnie. Nic ci nie zrobię.- Powtórzył, zapewniając mnie po raz drugi o czystości swoich intencji. Czyli nie będzie przemocy? Czyli nie będzie gwałtu?  Czy to mi pomogło? Nie wiem. Chcę wiedzieć.
 Nie chcę się bać. Czemu się boję? Czego się boję? Nie wiem. Nie chcę. Za dużo nie...
 Dźwięk ponownie otwieranego okna, świeże powietrze o charakterystycznym zapachu, noc, spokój.
 Czułem jak wszystko ulatuje...
- Już ci lepiej?- Mężczyzna odwrócił się w moją stronę by znowu podejść do krzesła, tym razem tylko za nim stając.
 Ignoruję to pytanie, tylko patrząc na otwarte okno. Ignoruję terapeutę. Kolczyk w wardze obraca się tym spokojnym, powolnym i znajomym ruchem.
- Dawno nikt na ciebie nie zwracał uwagi, Willow. Nie jesteś do tego przyzwyczajony. Twoi rodzice nawet dobrze cię nie znają, a ty nie chcesz tego zmieniać. To nie jest dobre, Willow. - Cichy, spokojny głos. Mówił do mnie łagodnie, jak do spłoszonego zwierzęcia, które zostało zagonione w kozi róg i teraz treser zamierza spokojnie uświadomić mu, że on jest dla niego jedyną możliwością na dalsze życie.- Dawno nikt z tobą nie rozmawiał. Siedziałeś sam i nikt nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, co robisz, bądź nie robisz. Nawet nie potrafisz utrzymać kontaktu wzrokowego, Will.- Pierwszy raz ktoś zdrobnił moje imię. Zaskoczyło mnie to. Aż na niego spojrzałem, ale jego piwne oczy mnie przytłoczyły. Znowu spojrzałem w bok. To było dla mnie za trudne.- Już ci mówiłem, że chcę ci pomóc. Będę ci to powtarzał do znudzenia, byś nie zapomniał. Masz problem, który trzeba rozwiązać. Tego problemu zapewne sam nie dostrzegasz. Wmawiasz sobie, że nie potrzebujesz wsparcia, tłumaczysz sobie własne zachowania. Jednak twój kłopot cię powoli niszczy, Will, dlatego nie można z nim zwlekać. Jestem tu właśnie dlatego, że sam nie potrafiłeś sobie poradzić z tym problemem. Jestem tu by ci pomóc.
 Nie mam pojęcia dlaczego go słuchałem. To był jakiś wewnętrzny przymus, albo raczej  fakt, że stał na przeciw mnie i nie dało się tego wszystkiego nie słyszeć.
- Nie znasz samego siebie, Will, boisz się siebie poznać. Boisz się, że sam siebie zniszczysz.- Mężczyzna wyprostował się i splótł palce. Wiatr rozwiał jego blond włosy. Wyglądał jak władca. Wielki i potężny.
-Twoi opiekunowie mówili mi, że problemy zaczęły się trzy lata temu. Dokładnie wtedy, gdy twoja matka wzięła rozwód. Jest tylko jedno ale.- Sierra pochylił się do przodu, opierając się dłońmi o krzesło.- Ty zacząłeś się odseparowywać o wiele wcześniej. Co było tego przyczyną? Tego jeszcze nie wiem, ale dowiem się, Willow. Dawno temu miałeś opinię osoby popularnej. Musiało się stać coś poważnego, coś co aż tak na ciebie wpłynęło, że zmieniłeś całą swoją osobowość. Nikt na tę różnicę nie zwrócił większej uwagi.
 Boże, skąd to wie? Moje serce kurczyło się gwałtownie w piersi. Jak on do tego doszedł?
- Will, twoja twarz mi wszystko powiedziała.- Powiedział to łagodnie.- Z miesiąca na miesiąc gościł na niej coraz większy ból, strach, zwątpienie. To da się zobaczyć. Coraz mniej się uśmiechałeś. To stało się cztery lata temu, prawda? Rozstanie twoich rodziców było tylko ziarnkiem piasku, które przeciążyło szalę. Już nie mogłeś wytrzymać sam ze sobą. Wtedy zmieniłeś do końca swój wygląd.
 Ciężko oddychałem, wpatrując się w terapeutę. Jak? JAK?
- Pamiętaj, że chcę ci pomóc. Jeśli ty mi nie pomożesz to sam dojdę do sedna sprawy, ale nie musisz się mnie obawiać. Wszystko, co zrobię, będzie wykonane tylko dla twojego dobra...
 I to ma być ta zabawa?
---
---

Drzewek: Parapeeet! Parapeeet! Parapet- parapeeet! Paraparaparaaapeet! *Śpiewa sobie głośno, tańcząc sambę* Paraapeeeet!
Alfa: Ymh. Tak, prapet. I to taki wypasiony parapet z wypasionym widokiem.* Koci uśmiech.*
Drzewek: A tak ogółem poważniejąc... Przepraszamy za tą dwu tygodniową przerwę we wrzucaniu postów, ale nasza droga Alfa ma problemy z wzrokiem, a że w sumie od jej weny zależy przepisanie rozdziału, to tak nam wyszło. 
Alfa: Więc przepraszam, bo to w gruncie rzeczy moja wina... 
Drzewek: Ale że rozdział był jednym z dłuższych, to może nieco to zrekompensowało ten czas oczekiwania.
Alfa: Mam nadzieję, że się zadowolicie tym rozdziałem i skomentujecie cokolwiek.
Beta: No, po ostatnich komentarzach to przeżyłam szok. Bo KTOŚ TO W OGÓLE CZYTA! 
Alfa: No dokładnie. Mam nadzieję, że z kolejnym wpisem nie będzie takiego opóźnienia. Do przeczytania!
Drzewek: Papciu-rapciu!
Beta: Avi vederci?
Drzewek: Goodbye apetai!
---
 Ciekawe czy taki pokój jest wygodny? Cały w poduszkach, żebym nic sobie nie zrobił. Bialutki, niczym śnieg. Kraty w oknach, już nie tak bialutkie. (D: Smuteczeg) Brak klamki, która poniekąd mogła by być bialutka- W końcu nie byłoby szarości, toż to ogromny plus! Całodobowy monitoring. Może jedzenie byłoby dobre? Przynajmniej ktoś by mi je dawał. Stylowy kaftan. O czym ja myślę? (A: O czym my piszemy? To lepsze pytanie...)
---
Zabawimy się? ( B: Powiedział pedofil do małej dziewczynki)
Drzewek: I Beta wyszła na całkowicie zboczone dziecko. Hue Hue.
---
Zbyt łatwo by mnie zniszczył, mógłby mi zrobić nieodwracalną krzywdę. ( D: Jego dziewictwo szlak by trafił)
Alfa: I mamy kolejne skrzywione dziecko...
---
Może na razie nic mi się nie działo, ale miałem dziwne uczucie dominacji Sierry w tym pomieszczeniu.(D: Mrau. Dobry seme. :3)
---
Powtórzył, zapewniając mnie po raz drugi o czystości swoich intencji. Czyli nie będzie przemocy? Czyli nie będzie gwałtu? ( D: Czyli zostanę prawiczkiem? Czyli jednak mnie nie przelecisz?) Czy to mi pomogło? ( D: No nie wiem, z pewnością nic mnie nie będzie boleć, ale...) Nie wiem. Chcę wiedzieć. ( D: Ale czy aby na pewno? )
---
Alfa: Mam nadzieję, że wszystko wycięłam z tekstu, jak coś to proszę mi komentować, bo możliwe, iż przeoczyłam. Idę spać, bo znowu mnie oczy bolą, a już chciałam to wstawić. To branoc wszystkim, którzy to czytają. Nie ważne o jakiej porze dnia. Papa.

czwartek, 2 października 2014

Rozdział 9 "Czemu próbujesz mi rozkazywać?"

 Ciągle siedzę na trawie i oczywiście sam sobie nie odpowiedziałem na żadne z pytań.
 Przez cienki materiał bluzki czuję na swojej skórze zimne podmuchy wiatru. Oplatam ramionami własne nogi, a o stopy ciągle ocierają mi się źdźbła traw.
 Późna noc.
 Księżyc wisi wysoko na niebie otoczony przez odwieczną służbę- gwiazdy. Ten wielki rogal nigdy nie straci towarzystwa. Takiemu to dobrze... Zawsze wśród ciemności będzie on i mniejsze siostry słońca. Miło, że nigdy nie będzie do końca samotny, choć czy na pewno? Księżyc nigdy nie zbliży się do gwiazd. Jest skazany na tułaczkę po niebie, bez możliwości dotknięcia czegokolwiek. Jest podobny do człowieka, bo nieważne ilu przyjaciół zgromadzi w okół siebie słaba istota ludzka, zawsze będzie zdana tylko na siebie. Musi wędrować przez życie samotnie. Samotna jest także, podejmując decyzje. Nikt jej w tym nie pomoże.  Bycie indywidualistą ma swoje plusy, ale będąc blisko kogoś, a mimo wszystko tak daleko...
 Prawda bywa bolesna. Dlatego czasami lepiej być nieświadomym. Im mniej wiedzy, tym łatwiejsze życie. Przynajmniej tak powinno być. Nie wiedząc, że w Afryce głodują z łatwością możemy wyrzucać jedzenie do kosza, zamiast myśleć o tych biednych dzieciach, które często nie mają co zjeść na śniadanie, a po wodę muszę wędrować z kilka dobrych kilometrów. Życie bywa nie sprawiedliwe, ale czy cokolwiek jest sprawiedliwe?
 Nie jest.
 Nie mam na nic wpływu. Nic nie mogę zmienić. Nawet nic nie próbuję zmienić. Siedzę sobie na trawie, przed domem, w którym bodajże śpi moja rodzina, do której od dawna się nie przyznaje. Nie chcę mieć tych ludzi za krewnych. Jednak tego nie zmienię. Nie jestem pełnoletni. O ironio za jakiś czas będę, ale to dopiero za jakiś czas. Nawet jak będę już po 18 i tak nie mam co ze sobą zrobić. Miałbym co...? Zabrać się za pracę? Ja? Za pracę? To nawet mi nie wygląda. Pracujący ja...
 Po co się tym przejmuję?
 Po co o tym myślę?
 Nie muszę myśleć.
 Nie muszę? Jak nie będę myśleć, nie będę lepszy od tej trzciny giętej na wietrze. Dlatego muszę myśleć. To jedyny dowód, jak dla mnie, że istnieję.
 Po kilku sekundach, które dłużą mi się w nieskończoność, ciągle patrzę w oczy Sierry. W te poważne, straszne, piwne tęczówki. Jak można kogoś tak przeszywać wzrokiem? Wygląda i zachowuje się jakby o wszystkim wiedział.
 Czemu kiedyś właśnie tak sobie wyobrażałem ojca? Zawsze myślałem o nim jak o superbohaterze, który zabija wzrokiem, przenosi góry, ratuje mnie z każdej opresji, jest wiecznie zabiegany, bo musi ratować walący się ład świata. Dziecięcy ideał. Osobisty obrońca. Bohater.
 Mój dawny świat był zbudowany na twierdzeniu, że ojciec jest wszechpotężny i potrafi dokonać niemożliwego.
 Jeśli miałem jakiś problem - szedłem do taty.
 Jeśli się czegoś bałem- szedłem do taty.
 Jeśli czegoś chciałem- szedłem do taty.
 Jeśli brakowało mi celu, do którego mógłbym dążyć- szedłem do taty.
 Jeśli chciałem się czymś pochwalić- szedłem do taty.
 Ciągle tata, tata, tata,
 Wtedy nikt nie mógł mnie zranić, bo liczył się dla mnie tylko on.
 Teraz widzę jak bardzo pozbawione sensu było tamto myślenie. Nikt nie może być wszechpotężny. To był podstawowy błąd tamtego dzieciaka. Bo to nie byłem ja. To nie mogłem być ja. Z resztą nawet ten "ja" z wczoraj już nie jest tym samym mną. Chodzi mi o to, że ciągle się coś zmienia. Dlatego właśnie ze spokojem mogę się wyprzeć tamtego czegoś z czego ewoluowałem na to, czym jestem dzisiaj.
 W tamtych czasach moim oparciem był ojciec, a teraz już nie mam nikogo takiego. Jestem tylko ja.
 Althea mnie nie uznaje, brzydzi się mną. Dla niej istnieje tylko ojczym. Nic innego go do tąd nie interesowało, aż nagle ... puff!... coś się zmieniło.
 Nie wiem czy on chce się jeszcze bardziej podlizać lalce, czy daje mu satysfakcję przytrzymywanie tu jakiegoś psychologa. Kto go tam wie?
 Sierra siedzi obok i się we mnie wpatruje.
 Straszny? Zapewne.
 Groźny? Chyba nie...
 Wstaję i idę w stronę oszklonej ściany, w której znajdują się uchylone drzwi. Wchodzę do środka. Nie zamierzam dłużej marznąć na dworze z tym psycholem u boku.
 Chory psychicznie terapeuta.
 Idę przez salon w stronę schodów, jednak gdy czuję jak ściska mnie w żołądku zmieniam trasę "przelotu".
 Kuchnia. Kierunek kuchnia.
 Pod stopami znowu czuję lekki chłód. Panele zostały zastąpione przez, oczywiście, szare kafelki.
 Staję przed lodówką i, ignorując swoje odbicie w stalowej powierzchni, otwieram drzwi. Mój wzrok wędruje po półkach w poszukiwaniu czegoś nadającego się do spożycia. Czuję na sobie wzrok psychologa.  Czy on musi się na mnie gapić? Jestem tak chwiejny psychicznie, że zaraz wyjmę skądś nóż i zacznę mu nim grozić? Gonić go po domu z ostrzem w rękach i okrzykiem na ustach typu "Zdychaj szkarado! Twoje dni są policzone!" ? Nie wydaje mi się. Chociaż... muszę to kiedyś wypróbować. Jak już stwierdzę, że właśnie w taki sposób chcę przełamać swój celibat milczenia, to czemu nie? Zawsze to jakiś dziwny i dosyć spektakularny sposób skończenia z Done'em. Chcę być młodocianym mordercą?
 Nie wyobrażam sobie siebie w takiej sytuacji.
 O proszę. Co ja tu w tej lodówce widzę. Talerz z jedzeniem. Hah. Psychologowi przyniosła, a mi nawet nie raczyła zaproponować. Obcy traktowany lepiej ode mnie. No cóż, ale obcy nie sprawia nikomu problemów wychowawczych i nie szarga niczyjego imienia. A czy ja też nie jestem obcym w tym domu?
 Może faktycznie czasami lepiej nie myśleć...
 Zamiast "obiadu" biorę butelkę z wodą i kolejną sałatkę. Tym razem z tuńczykiem.
 Chyba tylko ja się tak odżywiam. Wyjadam opiekunom sałatki z lodówki, a oni nawet się nie orientują, że to ja.
 Wymijam obojętnie Sierrę, stojącego w kuchennych drzwiach i przechodzę przez salon. Wspinam się po schodach.
 Jak ten blondyn zaciągnął mnie tak szybko na dwór? Kolejna tajemnica do rozwikłania. Nie pamiętam nawet szczegółów. Napady paniki są tak magicznie mocne.
 Piwnooki podąża za mną w milczeniu. Nie ma już o czym mówić? Tematy na dzień się mu skończyły? A może musi wszystko planować z wyprzedzeniem, zapisywać na papierze przemowy, uczyć się ich i ćwiczyć przed lustrem? Hmmm... A może by tak zrzucić go ze schodów? Odczepi się wtedy? No od podłoża z pewnością, ale czy ode mnie? Zawsze jakieś rozwiązanie i to już drugie. Ciekawe pomysły dzisiaj mam...
 Wspinam się po stalowych schodach i wpatruję się w ścianę, do której są doczepione. Jest ona cała wyłożona ciemnym, szarym kamieniem. Czyżby grafit?
 Zagłębiłem się w korytarz, przeszedłem obok krzesła, które stało koło mojego pokoju, otworzyłem drzwi, wszedłem do środka, i zatrzasnąłem je za sobą. Niech ten pies, Sierra, śpi przy nich. Won od mojego pokoju. Waruj, piesku, waruj!
 Siadam na swoim błękitnym łóżku i zaczynam jeść.
 Czemu ludzie tak zwanego sukcesu nie zakładają dużych rodzin? Nie mają na to czasu. Nie mają na to chęci. Taka dziwna sprawa, zważając na to, że osoby które zarabiają więcej często mniej pracują, chyba że wpadają w pracoholizm. To już inna sprawa. A może tak na prawdę po prostu boją się stałego związku?
 Dlaczego dobra kariera jest zwykle naszpikowana serią nieudanych związków, zdrad, bękartów i innych takich? Ja wiem, że w niektórych przypadkach kobiety sypiają ze swoimi szefami by pozostać "przy kasie" i wiążą się z nimi przysięgą, by na pewno im z ich sideł nie uciekł. To jest chore.
 Z innej strony tok myślenia chłopaka różni się od spojrzenia na sprawę dziewczyny. On patrzy bardziej na ciało, wygląd itp, a kobieta woli kierować się uczuciami. Niestety znowu są tu odstąpienia od reguły.
 Każda osobowość zależy od wielu czynników- środowiska, kultury, rodziny, opinii, mody itd.
 Bardzo łatwo jest wpłynąć na naszą psychikę. Ciągle się kształtujemy i wszystko ma na nas wpływ, choć możemy się tego wypierać.
 Czy psychikę da się trenować? Czy to jednak zbyt delikatna sprawa by w nią ingerować? Zakończyłoby się coś takiego samobójstwem?
 To mógłby być problem.
 Pukanie.
 Patrzę na drzwi przymrużonymi, czarnymi oczami. O co mu chodzi? Czemu grzecznie nie poczeka pod drzwiami?
- Willow, wpuść mnie do środka.- Spokojny, opanowany ROZKAZ Sierry. Nie podoba mi się to.
 Rozkaz.
 Rozkaz...
 Rozkaz?
 Czemu próbujesz mi  rozkazywać?
 Czuję się z tym nieswojo, a najgorsze w tym wszystkim jest, że mam ochotę spełnić to żądanie. Jakbym się bał, że jeśli tego nie zrobię on zniknie i wszystko się skończy. Odejdę w zapomnienie i znowu nie będzie kogoś takiego jak "Willow Blackburn".
 Czy ja czasem nie chciałem świętego spokoju?
 Dlaczego człowiek jest istotą społeczną?
 Nie chcę być człowiekiem, ale czy mam jakiś wybór? Już tego nie zmienię.
 Cholera. Nie będę mu posłuszny!
 Nie mogę jednak nic poradzić na to, że mój wzrok ciągle wraca do tej cholernej klamki.
 Zaczynam się denerwować.
 Jak ja nienawidzę się wahać.
---
---

Alfa: Jakoś tak mi się to spodobało. Niebieskie łóżko jest. Jakaś postać na łóżku jest, więc myślę, że może być. *Wgapia w obrazek z satysfakcją*. W końcu udało mi się przepisać ten rozdział. To naprawdę trudne. Zwłaszcza robienie tego bez Bety. *Wzdych*
Drzewek: Dlatego właśnie przepraszamy za opóźnienie, choć dość mocne mam wrażenie, że tylko my tego bloga czytamy i tylko nam na nim zależy, ale no cóż. Zdarza się.* Siedzi na parapecie i buja nogą*
Alfa: Może uda nam się w sobotę wrzucić kolejny rozdział, ale tego to już na prawdę nie wiemy, bo to wszystko zależy od sytuacji w jakieś się znajdziemy i tak dalej.
Drzewek: A nikt z nas jasnowidzem nie jest, więc trzeba żyć ze świadomością, że trzeba nie dość, że się upominać o rozdziały, to jeszcze dopingować drogą Mirai przy przepisywaniu.
Alfa: No cóż. Ja też człowiek, nu nie?
Drzewek: Wierz w to dalej, wierz...
Beta: *Wpada zdyszana* Przepraszam, co mnie ominęło? *Patrzy na ekran* Aha... Już skonczyliście, dobra.

W tej części postu znajdują się wycięte sceny z tekstu. Jeśli ma ktoś ochotę może poczytać. Naszej grupie bardzo to poprawiało nastój. Jednakże zrozumiem, jeśli takie właśnie przerywniki zakłócają komuś odbiór tekstu. To na tyle~~ 

"Althea mnie nie uznaje, brzydzi się mną. Ojczym istnieje tylko dla niej. Nic go do tond innego nie interesowało, aż nagle ... puff!... coś się zmieniło."
--->-<---
Drzewek: Puff!!!! Puff!! Pojawia się i znika, i znika, i znika! Puff! *Rozpływa się w obłoczku dymu*
Alfa: Obłoczek dymu. Spaliłeś się? Serio? *Nie dowierza temu ogromowi głupoty.*
Drzewek: Puff! *Pojawia się za nią* No weeeź! Przecież wiem, że ty też lubisz to słowo! Puff! *Rozpływa się*
Alfa: Pff...
Drzewek: No Puuff! Nie pff!
Alfa: Puff?

Alfa: Dobrze wiedzieć. *Wgapia w "tabliczkę"* Jeff, masz zaburzenia psychiczne, zdajesz sobie z tego sprawę? *Odwraca się w stronę kolegi*
Drzewek: JA i zaburzenia? No chyba coś ci się pomyliło. *Cofa się o krok*
Alfa: Ciekawe czy da się to naprawić...
Drzewek: No nie wiem czy tak do końca ciekawe...
---
Gonić go po domu z ostrzem w rękach i okrzykiem na ustach typu "Zdychaj szkarado! Twoje dni są policzone!" ? (...)
Nie wyobrażam sobie siebie w takiej sytuacji. ( D: Nie tylko ty... )
---
Zamiast "obiadu" biorę butelkę z wodą i kolejną sałatkę. Tym razem z tuńczykiem (A: Kocham tę jego dietę <3 )
Drzewek: No pomijając, że ta jego dieta nie jest dietą i jest bardzo nie zdrowa to nikt ci nie zabrania tej jego "diety" nie kochać. *Wzdych*
---

niedziela, 21 września 2014

Rozdział 8 "Kwiaty Magnolii"

  Mroczki latają mi przed oczami. Drżącą dłonią w końcu udaje mi się otworzyć drzwi, które dwoją i troją mi się w oczach. W tym stanie na prawde trudno jest trafić na tę PRAWDZIWĄ klamkę.
 Zamek zaskakuje i drzwi się nareszcie otwierają.
 Zamazana twarz blondyna, a ja czuję się jak na karuzeli. Niemal nie mogę złapać równowagi, zupełnie jakby podłoga usuwała mi się spod nóg. Czemu by się temu uczuciu nie poddać i ...
 Zachwiałem się niebezpiecznie i poczułem na sobie duże, o dziwo, ciepłe dłonie.
 Słyszę słowa, ale ich znaczenie do mnie nie dociera,
 Ciągle nie mogę złapać oddechu, a twarz blondyna jest tak pokracznie zniekształcona. Pewnie w innych okolicznościach mógłbym się z tego pośmiać. Gdybym się nie dusił, mógłbym się czuć tak, jak na haju.
 Zostałem podniesiony i wszystko znowu zawirowało. Zamknąłem oczy, by pozbyć się mdłości. W końcu i tak nie miałem czym wymiotować, to chyba  nie musiałem się tym aż tak przejmować. Ale  zaciśnięte gardło i torsje to ... niezbyt ciekawe połączenie.
 Dociskam twarz do jedynej nie poruszającej się rzeczy w moim otoczeniu. Równy oddech owiewa moje ucho, słyszę kojący szept.
 Jak to się wszystko stało? Czemu mi pomaga? Nawet ojciec czegoś takiego by nie zrobił... Właśnie ojciec...
 Niewiele dociera do mojego otumanionego umysłu, ale po kilku chwilach zrobiło mi się chłodniej. Rozluźniam się automatycznie. Już nie siedzę w swojej klatce.
 Zostaję usadzony na wilgotnej powierzchni. Chowam głowę między kolanami, biorąc głębokie wdechy, jakbym nie mógł się nasycić powietrzem.
 Wiatr, powietrze, po prostu życie. Wystarczy chwila, by je stracić. Przepuścić przez palce coś tak cennego. Nigdy nie będę samobójcą. Nigdy. Nie ważne jak się stoczę. Nie zrobię tego sobie. Nie odbiorę sobie przyjemności obserwowania świata. To jest dla mnie zbyt ważne.
 Mimo, że klatka piersiowa mnie boli od tamtych dreszczy uśmiecham się pod nosem i tak nikt tego nie zobaczy.
- Spokojnie, nie zapomnij o oddychaniu.- Głos Sierry był przesiąknięty łagodnością i troską. Niestety zakłócał moją przestrzeń osobistą. Jego dłoń ciągle znajdowała się na mojej łopatce. Zacisnąłem wargi w cienką kreskę. Mimo wszystko  jestem mu wdzięczny... Nie zostawił mnie.
 Nie wiem jak, ale zorientował się, że nie odpowiada mi jego dotyk. Wstał i mnie obserwował. Nie odszedł.
 Moje łydki lekko drżały. Nie kontrolowałem tego. Nie wiem dlaczego mnie to w jakiś sposób bawiło.
 Boże. Dziękuję. Żyję.
 Siedzę na trawie w ogrodzie. Przymykam oczy.
- Dużo gwiazd dzisiaj widać. - Nie powiem, że mnie to nie zdziwiło. Aż pofatygowałem się aby na niego spojrzeć.Oczywiście w moją stronę nie patrzył, zbyt zajęty wgapianiem w pustkę nocy. Odbiło mu? Sierra wziął głębszy oddech jakby się zaciągał powietrzem o zapachu świeżo skoszonej trawy.- Pełnia. - Dodał kolejne słowo, po którym stwierdziłem, że:
 1 Tak, odbiło mu;
 2 Uratował mnie psychol;
 3 I za co mu niby płacą?
 - Często przesiadujesz na zewnątrz, prawda?- Spytał mężczyzna, a po chwili nie widząc najmniejszej reakcji z mojej strony zaczął prowadzić monolog dalej.- Musisz bardzo lubić otwarte przestrzenie. Przesiadujesz w parku? - No ja oczywiście nie odpowiedziałem.- Z pewnością to miejsce dla ciebie. Możesz się zupełnie odizolować. Nic nie robić, nikim się nie przejmować. To twój świat i czujesz się w nim dobrze.
 Jego piwne oczy wbiły się we mnie, a ja poczułem się nieswojo. Uciekłem wzrokiem gdzieś w bok. I na czym spoczął mój wzrok? Na małej figurce wielkości krasnala ogrodowego. A był tym posążkiem... Mały Chińczyk skulony na kamieniu. Jego twarz zakrywał zsunięty na czoło słomiany kapelusz. Ze wszystkich stron otaczały go karłowate krzewy, pnące się ku niebu między wyrwami w ułożonych obok siebie głazów. Firmament dla figurki stanowiły zamknięte na noc kwiaty magnolii. Na nakryciu głowy Chińczyka leżały zwiędłe płatki, które opadły z drzewa. Z resztą one były wszędzie.
 Kwiaty nocą otaczają samotnego wędrowca i są dla niego jedynymi towarzyszami podróży. Odpoczywa skulony przed złem tego świata. Skulony tak, jak ja. Czy tak samo zabłądziliśmy? Czy tak samo przygniata nas ciężar świata? Nasze rzeczywistości są dla nas nieosiągalne.
 Chciałbym nasunąć taki kapelusz na twarz. Zniknąć pod jego rondem. Schować się w rzucanym przez niego cieniu. Wycofać się na zawsze. I już nic by mnie nie obchodziło.
 - Willow.- Sierra wypowiedział moje imię i usiadł obok mnie.- Wiesz, że jestem tu by ci pomóc? Jakbyś chciał ze mną porozmawiać to ja tu jestem. Możesz mi o wszystkim powiedzieć. Bo to, co się stanie między nami będzie naszą tajemnicą. Nikt się o tym nie dowie, a rodzice pod koniec naszych spotkań po prostu dowiedzą się, że już wszystko z tobą w porządku.- Zamilkł na dłuższą chwilę, a ja powoli przetrawiałem wypowiedziane przez niego zlepki liter. Aż w końcu stwierdziłem, że chrzanię to i niech gada zdrów.
 Tak dla rozrywki przypatruję się soczyście zielonym źdźbłom trawy, Która godzina? 1? 2? 3?
 Panika już znikła, ale wiem, że w każdej chwili może wybuchnąć ze zdwojoną siłą. Jest niebezpieczna. Boję się tych ataków. To nie pierwszy i ostatni raz.
- Wpuścisz mnie do swojego pokoju?- Pytanie zawisło w czystym powietrzu zatrutym spalinami.
 Nie odpowiedziałem. Bo po co?
 Mężczyzna siedział i przeszywał mnie wzrokiem. Zupełnie jakby przyglądał się mojej duszy. Niepokojące wrażenie.
 Zacząłem się wpatrywać w swoje paznokcie u stóp, pomalowane na czarno. Czy to czasem nie kobiety malowały sobie włosów i całej reszty? To chyba takie niemęskie.
 Przypatruję się czarnemu lakierowi jakby mógł odpowiedzieć mi na niezadane pytanie. I co ja niby sobą reprezentuję?
 - Zauważyłem, że nie lubisz mówić. Dla ciebie lepsze jest obserwowanie innych zza bariery, którą sam wykreowałeś. Ale nie zdajesz sobie kompletnie sprawy z tego, że to cię niszczy. Nie walczysz ze swoimi problemami, dlatego dostajesz napadów paniki, strachu i apatii. Wiesz dlaczego to się dzieje? Dlatego, że tłumisz w sobie każde, nawet najmniejsze uczucie.- Blondyn mówił to wszystko z niezwykle poważną i profesjonalną miną. W dodatku zwracał się do mnie tak, jakbym był osobą godną zaufania, ale kto dziś kimś takim jest?
 Z drugiej strony nasuwa mi się pytanie... Po czym on to wszystko wywnioskował? Przecież nic nie robię.
 Panika...
 Istnieją różne stopnie strachu. Zaczynając od tego znikomego, pierwszego, który można zaliczać do drażniącego przeczucia. Ten strach, jeśli można to w ogóle tak nazwać, tylko łamie naszą pewność bezpieczeństwa. Łagodnie, spokojnie, z wyczuciem. To taki instynkt samozachowawczy, który pomaga nam zauważyć coś dziwnego i zarazem niebezpiecznego.
 Tylko instynkt.
 Potem jest ten drugi, kolejny strach. Odczuwamy go w momentach, w których wiemy, że nie możemy już uciec przed niebezpieczeństwem. Nie możemy go ominąć. Ten strach też nie jest zły. Motywuje nas do działania. Dzięki niemu adrenalina zaczyna się produkować w naszych ciałach. Dzieje się tak dlatego, że mamy świadomość, iż jeśli przeciwności losu nie zniszczymy, ona zniszczy nas.
 Adrenalina.
 Następny strach, trzeci, jest tym najgorszym z możliwych. Nie pomaga, nie motywuje, nie zachęca nas do działania. Wręcz przeciwnie. On nas wbija w ziemię. Sprawia, że nie możesz się ruszać. Stoisz wtedy w miejscu i czekasz aż niebezpieczny osobnik się na ciebie rzuci, powali, skopie i zabije. Trójka oddziałuje na naszą psychikę i paraliżuje.
 Niszczy.
 Mówią, że pokonanie strachu to odwaga. Ale czy człowiek odważny w ogóle istnieje? Czy to tylko kolejny wymysł tego chorego społeczeństwa?
 Nikt nie może się pochwalić tym, że pozbył się strachu. Bo nawet jeśliby to zrobił zaszczytu mu to nie przyniesie. Ci, co nie odczuwają strachu zaliczają się do osób wypaczonych. Są chorzy psychicznie.
 Szaleńcza brawura.
 Jak ktoś ma się bać, jeśli nigdy nie odczuwał bólu i nawet nie wie, że coś takiego istnieje?
 Moja głowa znowu jest zapchana myślami. Czy to przez to jestem taki zamknięty w sobie? Myśli mogą wpływać na stan psychiczny? To, według mnie, nielogiczne. Gdy ktoś nie myśli jest chory. Istnieje cienka granica między szaleństwem, a normalnością. Trudno ją wyczuć, a łatwo przekroczyć.
 Czy ja jestem osobą szaloną? A może dopiero będę?
- Zapamiętaj sobie tylko, że ja cię nie opuszczę. Mimo, że możesz myśleć, że kiedyś dam sobie spokój, pójdę, a ty będziesz mógł dalej tak żyć. Mylisz się.- Ten człowiek ciągle mnie obserwował, a jego słowa...
 Wpatrzyłem się w niego obojętnie. Nie musi wiedzieć, że mnie to ruszyło. Nie musi. Nie powinien.
- Zależy mi na tym, byś zaczął normalnie funkcjonować. Nie zniknę od tak. Jedyne co sprawi, że cię zostawię w spokoju to koniec kłopotów z tobą. Im bardziej będziesz współpracować, tym szybciej dostaniesz ten swój święty spokój.
 Teraz to wręcz mnie zatkało.
 Niby zwykły człowiek, a gada jakby był wszechwiedzący.
 Przeszył mnie dreszcz zupełnie nie związany z chłodem nocy.
 Dla świętego spokoju mam go do siebie dopuścić?
---
---

Alfa: Co prawda na zdjęciu nie widnieje obraz ogrodu opiekunów Willowa, jednakże chwycił on nas za serca swym pięknem i pozytywizmem jakim promieniuje. Te otwarte pąki magnolii wyglądają niezwykle rozbrajająco w świetle słonecznym. W dodatku idealnie harmonizują się z otoczeniem, a kontrast, pomiędzy nimi, a niebem sprawia, że ma się ochotę uśmiechnąć, zapominając o trudach minionego dnia...
Drzewek: Shit. Zebrało ci się za opis martwej natury? *Robi skonsternowaną minę* Może nie powinienem cię dokarmiać na boku kostkami czekolady. *Drapie się zakłopotany po tyle głowy.* Przerażasz mnie ukryty humanie.
Beta: Dałeś jej czekoladę? Jak mogłeś? 
***
W tej części postu znajdują się wycięte sceny z tekstu. Jeśli ma ktoś ochotę może poczytać. Naszej grupie bardzo to poprawiało nastój. Jednakże zrozumiem, jeśli takie właśnie przerywniki zakłócają komuś odbiór tekstu. To na tyle~~ 

"- Spokojnie, nie zapomnij o oddychaniu."
Drzewek:  Bo o tym da się zapomnieć? 
--
"Siedzę na trawie w ogrodzie. Przymykam oczy.
- Dużo gwiazd dzisiaj widać"
Drzewek: Takie... Lel. Że co? Niby a propos co są te jego słowa ?
Beta: Może tak... Po prostu?
--
"Sierra nabrał głębszy wdech jakby się zaciągał powietrzem o zapachu świeżo skoszonej trawy."
Drzewek:  I teraz takie.. kto tę trawę kosi? No chyba nie Aron...
---
Alfa: To właśnie ten komentarz sprawił, że zrobiliśmy nową ankietę.
---
"Wiesz, że jestem tu by ci pomóc? Jakbyś chciał ze mną porozmawiać ( D: No chyba nie) to ja tu jestem. Możesz mi o wszystkim powiedzieć. Bo to, co się stanie między nami ( D: Lel. Powiało Yaoi.) będzie naszą tajemnicą. "
---
" Która godzina? 1? 2? 3?"
Drzewek: Umiesz liczyć do trzech! Brawo dla Willowa! 
---
 "Pytanie zawisło w czystym powietrzu zatrutym spalinami."
Beta: Przemycamy wartości edukacyjne. Oto jakże trafny przykład oksymoronu.
---
" Czy to czasem nie kobiety malowały sobie włosów i całej reszty? To chyba takie niemęskie."
Beta: O bosze! I'm so much uke!
---
 "Istnieją różne stopnie strachu ( B: I wentylatora )."
Alfa: O co chodzi z tym wentylatorem to niech już Beta wytłumaczy. Mi się nie chce, albowiem lenistwo jest tak słodką i naturalną rzeczą, że aż Kompleks Shikamaru mi się udziela...
Drzewek: *Zatyka Alfie buzie łapką* Tak, tak. No to Betoniusz wszystko wytłumaczy.
Beta: Emm... Ja? No dobra. "Wentylator Stopniów Yaoi", czyli w skrócie WSY. Określa skalę, na ile tekst podchodzi pod Yaoi. Skala jest 5-stopniowa. 1- ani trochę, 2- wytrawne oko znajdzie, 3- widoczne podteksty, 4- shounen-ai oraz 5-najprawdziwsze Yaoi. WSY będzie się przewijać przez następne rozdziały, już ja o to zadbam. *Szatański uśmiech*

sobota, 13 września 2014

Rozdział 7 "Panika"

 Ciągle siedzę po turecku na łóżku. Koniec końców się nie zdecydowałem, bo ... CHYBA wolę być sam.
 Wpatruję się tępo w drzwi.
 On tam dalej siedzi. Wiem to. Już nawet nie podchodzę do drzwi, by sprawdzić. To zwykłe marnowanie energii.
 Spuszczam wzrok na dół. Na dywanie stoją czarne glany z dwunastoma dziurkami. Czerń i błękit.
 Nie rozumiem tego mężczyzny. Nie widzę najmniejszego sensu w tym, by ciągle warował mi przed pokojem.
 Doprawdy dziwny człowiek.
 A co najbardziej mnie w tym wszystkim irytuje? Kilka godzin temu słyszałem jak Amja pyta tego gościa, tego nieznajomego człowieka, czy zechce zejść i zjeść z nimi śniadanie. A ja? A ja to co? Do mnie nigdy nie przychodziła i nigdy mnie o nic nie pytała. W dodatku on jej odmówił, a ona co na to? Powiedziała, że mu przyniesie! Oczywiście ten grzecznie podziękował. Phi... I pomyśleć, że specjalnie dla niego wchodziła do góry i z śniadaniem, i z obiadem.
 Słyszałem jak je, czułem te wszystkie zapachy i robiłem się coraz bardziej głodny. Że też drewniane drzwi tego wszystkiego nie tłumiły. Musiałem to wszystko przetrzymać i zignorować ssanie w żołądku.
 Po co on tam siedzi!? To nawet nie jest śmieszne. Ani dla niego, ani dla mnie. Ile tak można? Ja jestem przyzwyczajony do siedzenia w jednym miejscu, ale tym miejscem nigdy, ale to nigdy na dłuższą metę nie był ten cholerny dom... Muszę się uspokoić i jeszcze zobaczymy kiedy ten cały Sierra wymięknie.
 Więc siedzieliśmy. Ja na łóżku, on pod drzwiami.
 Gdzieś koło 17 do domu wrócił ojczym z siostrą, która na wejściu wypiszczała głośne "Już jesteeeem!". To naprawdę prosty sposób na określenie godziny.
 Z tego wszystkiego chyba w końcu zacznę rozważać kto jest bardziej wkurzający.
 Zawodnicy w konkursie: Amja, Althea - moja siostra, Doneo- psychiatra oraz Aron- ojczym.
 Tak więc... Na szarym końcu jest nasza droga Lala, bo kto bierze pod uwagę głupie blondynki, które w są zależne w swym zachowaniu od ich "mężczyzny"? Z pewnością nie ja.
 Trzeci od końca jest z pewnością Aron, do którego nigdy nic nie miałem, ale jako że postarał się ze mną porozmawiać i prawić mi morały wszedł po szczebelkach ponad swą rozpustną kobitkę.
 Najbardziej swoimi piskami zapunktowała Althea. Dźwięki, które z siebie wydaje przy najmniejszej okazji doprowadzają mnie do szewskiej pasji. No i oczywiście miałaby szansę utrzymywać się na czele, gdyby nie było tu Sierry. Z kolei ten siedząc mi pod drzwiami i blokując mi wyjście do świata zewnętrznego, a po za nim nikt tego nie robił, właśnie dlatego zdołał zdobyć pierwsze miejsce w mej grze.
 Brawa dla pana Sierry! A w nagrodę dostanie ... honorowe miejsce pod mymi drzwiami, ale że jest pan znany ze swojej jakże wielkiej łaskawości to mam nadzieję, że zrzeknie się pan swej nagrody i pójdzie sobie poszukać jakichś ciekawszych zajęć od warowania.
 Jak on mnie denerwuje! Przez niego nie mogę się stąd ruszyć. To się nazywa przymusowe zamknięcie. Co prawda mógłbym zakończyć to wszystko otwierając te piękne i oryginalne drzwi, ale kto wie czy nie zachęciłbym tym samym Donea? Niestety zapewne tak, a na to tym bardziej nie mam ochoty.
 Jedyne czego chcę to święty spokój, a ten obcy bardzo się stara i mi go nie daje.
 Znowu jest noc.
 Za oknem świecą gwiazdy, widać wielki, żółty księżyc, jest tam zapewne zimno i ciemno.
 Chcę wyjść. Tak bardzo chcę wyjść.
 To już druga doba, którą Sierra tu spędza.
 Dlaczego nie pozwala mi wyjść? Ja chcę... Ja muszę... Nie wytrzymam...
 Kulę się na materacu, miętoląc błękitną pościel.
 Dopada mnie duży, ogromny wręcz strach.
 Pewnie zaraz zacznę panikować. Nie chcę paniki. Zabierzcie ją stąd.
 Serce próbuje mi uciec z piersi, głośno tłukąc. Z trudem łapię kolejne oddechy. Czuję się tak, jakby płuca przestały ze mną współpracować i nie chciały przyjmować dawek tlenu.
 Trząsłem się cały. Panicznie wplotłem palce w czarne włosy, zaciskając je boleśnie na kosmkach.
 Ja muszę wyjść... Ja tak bardzo muszę wyjść...
 Zagryzłem do krwi wargę, dotykając zębami metalowego kolczyka. Było mi tak zimno...
 Zacząłem czuć irracjonalny strach przed zamknięciem. Ja... Muszę... Wyjść...
 Krew spłynęła mi po podbródku, a przed oczami latały mi mroczki.
 Z-zimno... M-muszę... W-wyjść...
 Paznokcie wbijały mi się w skórę głowy. Łzy spływały po policzkach.
 Duszno, tak bardzo duszno. I gorąco, a zarazem zimno. Masakrycznie zimno.
 Muszę coś zrobić. Muszę... wydostać się na zewnątrz.
 Ciągle się trzęsąc, powoli wstałem. Nogi miałem jak z waty. Postawiłem pierwszy krok, a potem kolejny. Dreszcze raz, za razem przeszywały moje ciało.
 W końcu dowlokłem się do okna.
 Niedobrze mi się zrobiło. Za mało powietrza. O wiele za mało. Muszę... Muszę...
 Zimno. Gorąco. Zimno.
 Z trudem otworzyłem okno, które trzasnęło w kontakcie ze ścianą.
 Świerze powietrze... Wręcz się nim zachłysnąłem.
 Do moich uszu dotarł jakiś ruch za drzwiami...
 Stanie w oknie to ciągle było dla mnie za mało. Oddechy znowu stały się płytsze, a w gardle zacisnęły mi się wszystkie mięśnie.
 Muszę się uspokoić... Trzęsące się ręce oparłem o parapet. Dreszcze...
 Jak mam dotrzeć na zewnątrz? Nie dam rady zeskoczyć z pierwszego piętra, a oczywiście opiekunom nie przyszedł do głów pomysł zasadzenia pod oknem winorośli, więc nawet nie miałem po czym zejść. Choć wątpię czy w takim stanie mógłbym coś takiego zrobić.
 Nie... Nie... Nie dam rady... Muszę na dwór!
 Drzwi. Sierra. Ogród.
 Jeśli mu otworzę to pomoże mi? Czy zostawi?
 Łzy zamazywały mi obraz nieba.
 Skąd mam wiedzieć takie rzeczy?! To tylko psycholog... To tylko człowiek... Nie znam go, a on nie zna mnie. Na opiekunów od dawna nie mam na co liczyć. Tylko by się przerazili i odsunęli. Nie obchodziłoby ich to, co się ze mną dzieje. Dla nich pomaganie mi byłoby zbyt kłopotliwe. Nigdy w niczym nie chcieli mi pomóc. A teraz jak już chcą mi pomóc, to ja tego nie chcę. Dla nich nigdy nie będę nic znaczyć.
 Ciągle nie mogłem złapać porządnego oddechu. Było mi tak słabo, tak duszno. Za mało powietrza.
 A co z siostrą? Tą głupią 13- latką? Nigdy nie byłem blisko niej, bo czy mnie kiedykolwiek obchodził ten jej różowy półświatek pełen jednorożców, tęczy, lalek i innych takich? Dawno przestałem ją uznawać za kogoś ze mną spokrewnionego. Nie pomogłaby. Nie zdobyłaby się na to.
 Nikogo nie mam. Taka jest prawda.
 Przyjaciół nigdy nie miałem, bo nie uznaję pojęcia "Przyjaciel".
 Dusiłem się, nie mogąc złapać oddechu. Myśli przylatywały i odlatywały.
 Skoro nikogo nie miałem to nikt nie mógł mi pomóc.
 Nikt.
 Łzy leciały po moich bladych policzkach samoistnie.
 Spazmatyczne oddechy. Kolejny ruch pod drzwiami. Psycholog. Sierra. Drzwi. Ogród.
 Zimno. Ja chcę żyć. Na dwór. Tak bardzo chcę jeszcze żyć. Doneo. Drżenie. Drzwi.
 Duszę się. Pomocy!
 Czy Sierra ma jakiś interes w pomaganiu mi? Tak. Pieniądze. Sen matki o idealnej rodzinie.
 Czy ten powód wystarczy?
 Musi wystarczyć.
 To moja jedyna szansa.
 Niestety wiem, że ja bym komuś takiemu nie pomógł. Byłbym całkowicie obojętny. Może trochę bym porozmyślał nad powodem napadu paniki.
 Czy on też będzie stał i patrzył jak się duszę? Jak powoli życie ze mnie ulatuje?
 Jeśli tego nie sprawdzę to... umrę tu... pod tym oknem...
 Chwiejnie ruszam do drzwi. Dywan mnie spowalnia. Mam wrażenie, że nigdy do nich nie dotrę.
 Łapiąc spazmatyczne oddechy z ogłuszająco bijącym sercem, próbuję przekręcić klucz w zamku.
 Wszystko jest tak niewyraźnie, że nawet nie widzę tego klucza.
 Błagam... Muszę na dwór!
 Drzwi. Szarpię nieudolnie za klamkę, nie rozumiejąc dlaczego nie chcą się otworzyć.
 Sierra.
---
---


Drzewek: I ten dramatyczny koniec *Wyszczerz*
Alfa: No cóż. Podziękowania za ogólne przepisanie tego rozdziału należą się mojej drogiej Wiktorii z Piły. *Uśmieszek* Gdyby nie obietnica, w której powiedziałam, że dodam ten wpis za tydzień, nigdy by do tego wszystkiego nie doszło.
Drzewek: Urwaliśmy rozdział w dość ciekawym momencie, więc mamy nadzieję, że poczekacie do soboty na odsłonę kolejnego rozdziału. *Trze dłonią o dłoń z szatańskim uśmiechem* Ale oczywiście nie obiecujemy, że dokładnie za tydzień ten 8 rozdział wstawimy.
Alfa: Jest to niestety powiązane z tym, czy moja Beta dojdzie do zdrowia. Bo jak nie, to nie będzie kiedy się do tego wszystkiego zebrać.* Rozkłada bezradnie ręce*
Beta: *Leży w łóżku pod kołdrą i choruje*
Drzewek: Z tym rozdziałem też mieliśmy niemały problem, gdyż nie było jak spotkać się z chorą Betą, jednak mamy nadzieję, że zbyt dużej liczby błędów nie przeoczyłem sprawdzając tekst. *Skruszona, acz pełna nadziei mina* 
Alfa: To brzmi tak, jakbym nie wiadomo ile błędów W OGÓLE ROBIŁA. *Prycha*
Drzewek: Noo, ja wiem, że się pilnujesz i w ogóle, ale no czasami coś przeoczysz i trzeba ci przypomnieć i zmobilizować do poprawek powtórzeń i innych takich. *Tłumaczy spokojnie*
Alfa: Phi. *Foch*
Beta: Można trochę ciszej? Ja tu próbuję spać. *Trze reką oczy*
Drzewek: To by było na tyle. Do zobaczenia~!

sobota, 6 września 2014

Rozdział 6 "Łódka i kudłate morze"

 Niepewność.
 Czemu ja cokolwiek czuję? Przecież jestem bezosobowy. Nie rozumiem tego. Nie powinno tak być. W końcu życie w milczeniu, spokoju, obojętności do czegoś zobowiązuje. Ja chcę taki być. Nie chcę czuć.
 Dlaczego?
 Bo gdy coś czujesz jesteś podatny na zranienie.
 Nie chcę być raniony. Nie chcę, by ktoś słowami sprawiał mi ból. To jest najgorsze co może być. Czuć.
 Myślałem, że pójdą spać. Dadzą spokój. Odwalą się. Tak, jak robili to wcześniej. Mnie odpowiadał brak zainteresowania. A teraz? Nie dość, że nie spali, jak na porządny ludzi przystało, to jeszcze zapewne otworzyli drzwi od mojego pokoju. Logicznie rzecz biorąc, inaczej dawno leżeliby w łóżku.
 Dobrze wiedzieć, że następnym razem muszę zostawić klucz w zamku by nie dostali się do środka szaro-niebieskiego pokoju.
 Patrzę na kanapę, na której siedzą ojczym z matką i mężczyzną, którego nigdy wcześniej nie widziałem.
 Nie zauważyli mnie jeszcze.
 Dobrze? Czy źle?
 Jakby tak nad tym pomyśleć...
 Źle- Ponieważ miałbym tę "dziwną" rozmowę za sobą.
 Dobrze- Są tak zajęci sobą, że znikomą szansę na zaszycie się do momentu, aż sobie pójdą.
 - Często tak znika?- Głos tego obcego faceta. Blond włosy i biała koszula. Resztę zakrywała popielata kanapa.
 -Z tego, co zaobserwowaliśmy, nie wychodził nigdy z pokoju. Ani razu do nas nie zszedł z własnej woli. Od dawna z nami nie rozmawiał. Nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu.- Aron wymawiał te słowa z całkowitym spokojem i ... najwidoczniej przejął kontrolę nad "wspólnym" zdaniem jego i Amji.
 Kim, do cholery, jest ten blondyn?
 -Rozumiem. Czy ma w pokoju komputer, a na nim jakiś komunikator? Konto na portalu społecznościowym? Korzysta z telefonu? Internetu?- Nieznajomy pochylił do przodu. Profesjonalny ton głosu, brak zbędnych emocji, no może to dziwne, zawodowe zainteresowanie.
 - Jedyny komputer jest u mnie w gabinecie, a moja żona wychowywała dzieci bez kontaktu ze światem wirtualnym. Telefon skonfiskowaliśmy, nie chcąc by  nas od niego oddzialał. Chcieliśmy dać mu czas do namysłu nad nową sytuacją w domu. By mógł pogodzić się z tym, że teraz ja jestem jego ojcem. Chłopak, co prawda, nigdy za mną nie przepadał, dlatego też starałem się dać mu trochę czasu na zaakceptowanie mnie. Nigdy na niego nie naciskałem.- Aron. Ten dupek. Czy on uważa, że jest taki mądry? Dupek.
 - Czyli nie zaakceptował tego.- Gdy ten obcy blondyn to mówił, w jego głosie dało się usłyszeć zrozumienie.
 -Willow?- Mówi zaskoczona Amja. Brawo! Lalka Barbie jako pierwsza mnie zauważyła.
 Stałem ciągle w miejscu. No nie ruszę się tylko dlatego, że ona mnie dostrzegła.
 -Willow?- Blondyn powtórzył moje imię, obracając się w moją stronę. Jego uważne, piwne oczy wbiły się we mnie. Łagodny wyraz twarzy. Nie wyglądał na "strasznego" człowieka. Ale wyglądał na faceta z zasadami. Profesjonalista.
 Wszyscy zwariowali.
 Patrzą na mnie, a ja stoję nieruchomo. Kurde. Chyba zmienię imię na jakiegoś, no nie wiem, może "Drew"?  Bardziej będzie pasować do zakolczykowanego Emo.
 - Jestem Sierra Doneo. Będę twoim terapeutą. Miałeś mieć u mnie dzisiaj wizytę.
 Super.
 Poszedłem stamtąd w kierunku schodów.
 Amja była zniesmaczona moim zachowaniem. Baba jedna myśli, że będę słuchał jak ten k**ewny terapeuta mówi?! Ja na prawdę mam go w d**ie i nie chce mi się tu sterczeć.
 - Willow, zatrzymaj się!- Słyszę zdenerwowany rozkaz Arona.
 Walcie się.
 Kątem oka wyłapałem, że ojczym wstał i zrobił krok w moją stronę.
 Został powstrzymany przez Sierrę.
 Wszedłem po schodach. Ja chcę do pokoju...
 - Zostawcie go, ja z nim porozmawiam. Najlepiej tu zostańcie.
 Sierra. Nie idź za mną cholero!
 Zatrzasnąłem za sobą drzwi i zamknąłem je na klucz. Położyłem się na brzuchu na niebieskim łóżku. Niebieska łódź na wzburzonym, błękitnym morzu. Wzbórzony był nie tylko dywan, ale także ja w środku.
 Pukanie.
 -Wpuścisz mnie do środka?- Głos blondyna. Spokojny, uspokajający, profesjonalny.
 Nie odpowiedziałem. Leżałem w ubraniu na pomiętej pościeli.
 -Dobrze, ja tu będę czekał. Jak zechcesz porozmawiać, wpuść mnie do środka.
 I tyle. Ani się nie dobijał, ani nie krzyczał. Po prostu ... czekał?
 Leżałem nieruchomo na łóżku zamkniety w pokoju.
 Dlaczego ten facet tu przyszedł? Czemu? O co `mu chodzi? To tylko jego praca... No tak. On tak zarabia na swoje utrzymanie, dlatego... nie powinienem się martwić.
 Jeżeli ma zamiar tylko siedzieć pod drzwiami, to nic nie zdziała.
 Uspokoiłem się. Znowu ogarnęła mnie obojętność.
 Po co się zakmnąłem? Tylko pokazałem temu Sierrze, że coś czuję. Nie tak powinienem to zacząć. Przecież mam na wszystkie wywalone. Czemu myślę, że coś powinienem zrobić? Nie wiem. Gościu i tak, i tak NIC o mnie nie wie, i ... nie usłyszy moich myśli. Nawet jakby nie wiadomo jak chciał.
 Przewróciłem się na plecy. Wpatrzyłem się w szary sufit. Szarość.
 Jak mam się teraz czuć?
 Zwykle o tej porze jem. Taa, ale skoro ten facet zamierza nie wiadomo ile sterczeć mi pod drzwiami, to marne szanse na to, bym bez otwierania drzwi dostał się do jedzenia.
 Przyszedł nam do domu. Znaczy moim rodzicom, pff... OPIEKUNOM. Ciekawe ile mu zapłacili?
 Każdy robi wszystko dla pieniędzy. Dla wszystkich tylko to się liczy.
 No dobra. Istnieją wyjątki takie jak ja...
 Jest już późna noc, a ja nie potrafię zasnąć. Znowu chciałbym się patrzeć na gwiazdy, ale ten Sierra może usłyszeć dźwięk otwieranego okna. Chyba, że śpi...
 Trochę tam już siedzi. Z pewnością śpi. Nie wierzę w to, że aż tak chciało mu się pilnować, czy otworzę te dupne drzwi.
 Tak myśląć o czymś związanym z tym facetem... Co on tu robi w środku nocy? Chyba ma jakieś życie prywatne? Co, oprócz pieniędzy, go tu trzyma?
 Siadam na krawędzi łóżka.
 Łódka i kudłate morze.
 Ten błękit mnie irytuje, szarość z resztą też. Bo zawsze coś jest szare. Ściany, lodówka, stal, dodatki, kot... Ciągle coś. A błękit ..? Taki sztuczny. Zupełnie inny od koloru nieba.
 Nic mnie nie martwi, ale... jestem trochę głodny.
 Powoli zbliżam się do drzwi. Chcę sprawdzić czy ten facet dalej tam siedzi.
 Wszystkie dźwięki, jakie mogłem wydać, tłumił dywan.
 Przyciskam ucha do drzwi . Przymykam oczy i nasłuchuję. Jest tam, czy go nie ma?
 To musi dziwnie wyglądać. Dziecko w czerni z glanami na nogach, tonących w kudłatym morzu, stoi przy drzwiach i nasłuchuje.
 Chyba wejdzie mi to w nawyk. Nasłuchiwanie. W końcu jestem intruzem. Musiałem to przyjąć, a teraz, gdy się już do tego przyzwyczaiłem, oni próbują mnie zmienić. Ja swoje wiem i żaden terapeuta mi oczu nie zamydli.
 Słyszę czyjś oddech.
 To musi być ten Doneo. Dlaczego on tam ciągle siedzi? Przecież to chore...
 Pracoholik?
 Kładę dłoń na klamce.
 Otworzyć mu? Przecież mi to nic nie zrobi, a on i tak tam po prostu siedzi.
 Otworzyć?
---
---


Alfa: Pierwsza scena z Sierrą ..
Beta i Drzewek: <33333
Alfa: Nie wiem czemu, ale... 
Beta: Każdy kocha Sierrę!
Drzewek: *Kciuk do góry*  3 razy tak.
Beta: Pan przechodzi dalej.

sobota, 30 sierpnia 2014

Rozdział 5 "Tak, jak motyle."


     Łąka, trawa, wiatr, śłońce, ptaki, drzewa, kwiaty, motyle, owady...
 Brak ludzi.
 Wyszedłem z szaro-niebieskiego pokoju koło 6. Nic nie zjadłem. Nic ze sobą nie wziąłem.
 Drzwi w pokoju są zamknięte na klucz. Niech sobie myślą, że się tam zamknąłem. Może im to pomoże w zrozumieniu, że mam ich gdzieś.
 Siedzę wśród zielonej, świeżej trawy i obserwuje motyle. Ich spokojny, lekki lot.
 Są takie wolne, spokojne, piękne. Nie przejmują się niczym. Żyją maksymalnie dwa tygodnie, zależy to jedynie od gatunku. Ale ... żyć tak dwa, trzy dni? Ciekawie...
 Najpierw gąsienice, brzydkie, pełzające robale, a po pewnym czasie przepoczwarzają się i wyrastają im skrzydła. Mogą wzniesć się ku niebu.
 Takie delikatne... tak łatwo jest je zabić, a potem zasuszyć.
 Taka ulotna chwila, piękna, swobodna, jedyna w swoim rodzaju.
 Potrzę na dostojnego Pazia Krolowej. Kolorowy motyl siada mi na czarnym glanie. Siedze oparty na lokciach i obserwuję go.
 Czy ta wczorajsza rozmowa miała na celu zwabienia mnie pod klosz? Chcieli mnie w końcu zacząć kontrolować? Nie mógł bym pewnie wychodzić na zewnatrz... W końcu matka się mnie boi. A może raczej wstydzi?
 Znowu przesiedzę na zewnątrz niewiadomo ile czasu...
 Przymykam oczy i kładę się wśród traw. Moja klatka piersiowa rytmicznie unosi się i opada. Spokój wypełnia mnie od środka. Nic mnie nie interesuje. Nic mnie nie obchodzi.
 Wdycham zapach trawy. Zespalam się z otoczeniem. Staję się jego częścia.
 Plama czerni wśród zieleni.
 Otwieram oczy i patrzę na ciemne niebo.
 Noc.
 Zaskoczony wpatruję się w łąkę, tonącą w ciemności.
 Chłód.
 Przez moje ciało przechodzi dreszcz.
 Zimno.
 Zasnąłem?
 Poruszam zdrętwiałymi palcami. Czuję mrowienie. Cicho wzdycham. Przydałoby się wreszcie wrócić do domu. Do ciepła.
 Mam nadzieję, że już śpią, Oby to było coś więcej niż nadzieja.
 Idę powoli ciemną drogą, środkiem ulicy.
 Czemu dobrowolnie wracam do klatki, w której chcą mnie zamknąć? Brak mi tego zwierzęcego instynktu przetrwania.
 Staję przed szarym domem moich opiekunów. W oknach palą się światła.
 Nie śpią.
 Czuję wzbierającą apatię.
 Czy mam tam dobrowolnie wejść? Tak bez ociągania? No, ale na dworze nie mogę zostać. Jest zdecydowanie za zimno.
 Otwieram drzwi.
 Wchodzę do środka.
 Nie chcę tam iść, ale ... czuję obojętność.
 Wolałbym wrócić na łąkę... a najlepiej być kimś innym...
 Tak, jak motyl.
---
---
 Bardzo Was przepraszamy, ale pisząca to osoba (Czyt. Alfa) dostała nerwicy i pominęła wszystkie rozważania. Dlatego Willi poszedł SPAĆ. 
Drzewek: To by było na tyle oto najkrótszy wpis w historii tego bloga.
Beta: Dla zdrowia psychicznego Alfy (Które i tak nie zostało zachowane) mamy jedno słowowe akapity. Kolejny rozdział będzie należał (Raczej) do tych normalnych i rozbudowanych.
Alfa: *Leży z głową na biurku i biadoli*
Drzewek: Chyba pierwszy raz od dłuższego czasu nasz główno- pisząca znielubiła swoją główną postać. Ale dla wchodzącego w krótce Sierry warto czytać dalej.
 Beta: I to by było na tyle... Może jeszcze jakieś obrazki wrzucimy tak dla poprawienia nastojów ekipy.


Drzewek: Dziękujemy i ...
Beta:  Do widzenia.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Rozdział 4 "Ten, upodobniony do drzew".

 Wszelkie uwagi na temat głupich blondynek są tylko na potrzeby tekstu. ;-) Nie mam nic do Was.
                                                                        * * *
 -Ari... Czy to poskutkuje?- Słyszę głos przydużej lalki Barbie.
 -Psycholog to najlepsze. Doneo to mój najlepszy przyjaciel. Będziemy o wszystkim informowani na bierząco, kochanie. Z resztą obiecałem ci, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by spełnic twoje marzenie o idealnej rodzinie.- Obrzydliwy odgłos pocałunku.
 -Ari, boję się, że mu to jeszcze bardziej zaszkodzi...
 -Myślę, że już nic nie może Willow'owi bardziej zaszkodzić, co najwyżej pomóc. Nie mamy się czym martwić na zapas, poczekajmy do jutra.
 Siedzę w łazience. Przed chwilą wymiotowałem. Ciągle czuje ten nieprzyjemny, cierpki smak żółci na podniebieniu. Nawet umycie zębów nic nie dało.
 Nie myśląc dłużej o tym smaku... Pierwszy raz od dłuższego czasu słyszę czyjąś rozmowę na MÓJ temat. Nie za bardzo mi się to podoba.
 Więc ten "pomysł" z psychologiem wypłynął od ojczyma. Marzenie o "idealnej" rodzinie? Naćpali się czegoś?
 Aron Sullivan.
 Chyba nigdy go nie lubiłem.
 Marzenie o idealnej rodzinie. No ja nie mogę, Czy ta głupia Amja, moja "matka", ma  aż tak pusto  we łbie? Zachowuje się jak jakaś nastolatka. Choć co ja się dziwię? W końcu to blondynka.
 - Aronie... Jesteś taki kochany...- Głos mojej opiekunki był taki przesłodzony. Zrobiło się niedobrze.
 Muszę przyznać, że trudno jest sie przyzwyczaić do tego, że twoja rodzicielka przelizuje się z jakimś obcym mężczyzną.
 Znowu napadła mnie ochota pochylenia się nad muszlą klozetową.
 - Wiem, moja kotko, wiem.
 Zaczeli się całować. On chce przelecieć tę lalkę kolejny raz. Proszę bardzo, tylko nie tutaj.
 - Ari, kto mu powie o tej sesji?- Amja najwidoczniej przestała miziać się z kochankiem.
 To jednak nie tylko seks im w głowie.
 No ciekawe kto mi powie? Czy oni naprawdę myślą, że rozmowa coś da? Ludzie są naiwni. Ci nawet mnie nie znają. Niech próbują.
 -Ja z nim porozmawiam, Amjo... Nie martw się tym, dobrze?- Głos Arona był taki... dziwny. Nie umiem określić czym jest przesiąknięty.
 Zapałem? Nie. Obojętnością? Napewno. Złością? Trochę. Radością? Za nic. Pewnością siebie? A to z pewnością.
 Hormony ludzkie są dla mnie takie... niezrozumiałe. Czy zależą od nich WSZYSTKIE nasze emocje? A jeśli tak, to skoro ja praktycznie niczego nie odczuwam, to... barkuje mi hormonów w ciele? To może być wytłumaczenie... jakieś.
 - A teraz zjedzmy w końcu to śniadanie. Zrobimy wszystko na spokojnie. Nie ma co się śpieszyć z tą rozmową.
 K**wa. Czyli będą w kuchni, czyli będę musiał koło nich przejść, czyli ojczym zapewne zechce skorzystać z okazji i przeprowadzić ze mną "rozmowę", która tak na prawdę będzie monologiem. Idąc tym tropem,
wynika z tego, że pierwszy raz od roku spojrzę na nich, a oni zobaczą mnie.
 Bo od kiedy ich unikam? Już chyba trzeci rok.
 Nigdy się na tym za bardzo nie skupiałem. Zwyczajnie jestem apatyczny, więc co mnie obchodzi upływ czasu? Oprócz zmian pór roku nigdy nic mnie nie interesowało. Czemu więc irytuje mnie to, że będę musiał przejść przez salon?
 Chcę świętego spokoju. Dlatego zademonstruje to, jak bardzo mam ich w d**ie.
 Patrzę w  swoje odbicie w lustrze. Czarne, rozczochrane włosy, czarne oczy, długie rzęsy, brak wyrazu twarzy, blada cera, czarna, rozciągnięta koszulka z tekstem rockowym, rurki, bose stopy. Szkoda, że nie mam ze sobą glanów, ani skóry. Pewniej i bezpieczniej bym się czuł, choć dalej bezosobowo.
 Otwieram drewniane drzwi z małymi matowymi okienkami, ciągnącymi się od góry do dołu. Wychodzę na korytarz. Gapię się chwilę na wiszący na przeciwko obraz, który przedstawia dżunglę, tonącą we mgle. Wielkie pnie drzew wyłaniają się  gęstej, mlecznej substancji. Ich ciemnozielone gałęzie, owinięte pnączami tworzyły ciekawe wzory.
 Piękny krajobraz. Chociaż  fajniej byłoby zobaczyć to na własne oczy, ale to tylko takie przemyślenie. Nic nie znaczące.
 Drzewa są teraz regularnie ścinam. Te piękne rośliny, cechujace się twardością, niemotą, pięknością, trwaniem, wielkością, ciagłym rozrastaniem.
 Chciałbym być takim drzewem. Nie musieć sie niczym martwić. Zatonąć w przemyśleniach, milczeć, być nieczułym na uwagi. Nie musiałbym się wtedy niczym martwić. Choć w sumie to się nie martwię. Teraz tylko myślicielem.
 Czyżbym był tym, upodobnionym do drzew?
 Choć nie jestem piękny, choć  nie jestem wielki, ale tak jak one jestem niezauważany. Nie chcę zostać dostrzeżony. Nie zależy mi.
 Powoli idę w stronę salonu, a co za tym idzie do kuchni i do schodów.
 Ciemnoszare ściany są przyozdobione pasem zieleni przy podłodze. Szarość?
 Wchodzę cicho do salonu i od razu nie wiadomo dlaczego zwracam na siebie uwagę. Patrzą na mnie dwie pary oczu: zielone- Amji, brązowe- Arona.
 Zauważyli mnie. Czyżbym zachował się ciut za głośno? Czy też moje "ciche" wejście aż tak ich zdziwiło?
 Specjalnie to wszystko ignoruję i kieruję swe kroki w stronę schodów. Tak, niech wiedzą, że ich słyszałem.
 Kątem oka widzę co wyrażają ich twarze.
 Amji- Szok, zaskoczenie, zdruzgotanie, aż po lekki niesmak.
 Czyżby moja rodzicielka jest mną obrzydzona?
 Aron- Spokój, pewność siebie, gotowość, lekkie spięcie.
 Dla tego mężczyzny nic nie znaczę. Jestem dla niego kimś takim jak ... karaluch, który psuje mu wrażenie czystej podłogi. Mała kropka na podłodze, którą można czymś zakryć, ale najlepiej byłoby zdezintegrować.
 -Willow.
 Moje imię w ustach ojczyma. Niezbyt dobrze, aczkolwiek nic mi nie zrobią. Nie mogą.
 Odwracam się w ich kierunku i po prostu na nich patrzę. Ja nic nie powiem. Mówcie sobie. Możecie być pewni, że posłucham, ale nic więcej nie zrobię.
 - Jutro jesteś umówiony na spotkanie z psychologiem.- Mówiąc to, Aron trzymał za rękę Amję. Chyba tak ją uspokajał. Mu to nie było potrzebne. Jest zbyt pewny siebie. To aż obrzydzało.- Zawiozę cię tam na 11. Pierwsza sesja potrwa z dwie, najwyżej trzy godziny.
 Nie odzywam się. Nie protestuję. Dlaczego? Po pierwsze nie miałoby to najmniejszego sensu, bo ten mężczyzna nie odpuści. Po drugie ja nie zamierzam pomagać mu w "odnowieniu" więzi rodzinnych. Może spróbować, ale kiedyś sobie odpuści. Zrozumie, że to, co robi, nie pomaga.
 Chyba byli zaskoczeni, że przyjąłem to z takim spokojem. Po prostu na nich patrzyłem.
 - Zrozum, że się o ciebie martwimy. Chcemy ci pomóc, a ten człowiek pomoże nam do ciebie dotrzeć, Willow.
 Willow.
 Damskie imię. Moje imię. Jestem chłopakiem z damskim imieniem. Czy matka aż tak chciała bym był dziewczynką? Tak bardzo, że aż po moich narodzinach nazywa mnie jak kobieta? Uroki Ameryki? W końcu tutaj nie potrafią rozróżniać czy dana nazwa jest damska czy męska. Jeśli chłopiec może mieć na imię "Maria", a dziewczynka "Collin" to nic nie stoi na przeszkodzie nazywać mnie "Willow'em".
 -Twoja matka boi się o ciebie, Willow. Chcemy by nasza rodzina była kompletna, a ty także jesteś jej cześcią.
 Matka się o mnie boi? Czy też boi się mnie? Te moje kolczyki najwidoczniej ją obrzydzają, ale co mi do tego?
 Nigdy nie będę częścią tej rodziny. Oni najwidoczniej tego nie rozumieją. Już dawno zatrzasneli mi drzwi przed nosem, a teraz skoro chcą je otworzyć, z łaski swojej, to nie skorzystam. Litość nie jest dla mnie czymś, co przyjmuję. Bo ten, nad kim się litujesz, jest według ciebie słaby.
 Ja może i jestem słaby, ale nie muszą mi tego udowadniać. Tak do mnie nie dotrą. Z innej strony. Ja ich do siebie nie dopuszczę, a bez mojej woli niczego nie dokonają.
 -Rozumiem, że czujesz się w mojej obecności niekomfortowo, ale jestem teraz twoim ojcem i dla mnie niemozliwością jest to, co robisz ze swoim życiem. Dlatego pozwól mi razem z tobą to skonczyć.
 Gdy Aron "przemawiał" Amja patrzy na mnie tak, jakby czekała na jakąkolwiek pozytywną reakcję. On ma poważny wyraz twarzy, który doskonale pasował do czarnego garnituru i szarej koszuli. Jego brązowe włosy są ułożone na tonę żelu. Amja jest ubrana w koktajlową sukienkę z przydużym dekoltem. Jej szyję zdobi naszyjnik z ogromnym rubinem,splatała "spazmatycznie" swoje palce z jego. Blond loki są idealnie ułożone na głowie.
 -Dlatego jutro pojedziesz na tę sesję. Po to, byś w końcu podniósł sie i poukładał sobie życie. Ja zrobię wszystko, by ci pomóc.
 Założę się, że po prostu chce zdobyć zaufanie Lalki Barbie by ją ponownie przelecieć. Nie będę tego delikatniej określał. Po prostu chce poczuć chwilowe spełnienie. W końcu tylko wokół tego obraca się ich związek. Seks, pieniądze i narkotyki. Używki w ruch. Phi.
 -Willow, proszę, powiedz cokolwiek!- Amja przerywa swojemu partenrowi w czasie przemowy. Jest zaniepokojona. Nie rozumie mojego zachowania i to ją chyba przerażało.
 Nie reaguję. Nadal stoję w miejscu, na podgrzewanej podłodze i patrzę na nich bez wyrazu.
 - Willow, proszę ... odezwij się!
 Jest chyva bardziej irytująca od ojczyma. Nie zamierzam się odzywać. Nie widzę potrzeby. Tak, jak nie widzę sensu w tym, bym ciągle tu stał.
 Odwróciłem się i zacząłem wchodzić po schodach.
 - Willow, stój. Nikt nie pozwolił ci iść.- Stanowczy głos Arona.
 - Willow, wracaj!- Słyszę za sobą nieco piskliwy rozkaz matki.
 Nie zareagowałem. Wchodzę do pokoju. Trzaskam drzwiami. Jestem spokojny, bezosobowy, niemy ... jak drzewo.
---
---

Alfa: Początkowo miało to być zdjęcie Dżungli we mgle, ale że jeden z członków ekipy edytującej był straaasznie głodny- Szczegół, że wszyscy byli głodni.- Zostało tu wstawione zdjęcie budyniu, który zjedliśmy.
Drzewek: *Leży na podłodze i płacze ze szczęścia nad napoczętą michą budyniu*
Alfa: A ty co ryczysz?
Drzewek: Bo widzisz. Ta obojętność Willisia mnie tak strasznie rozczuliła. Był taki kawaii, że moja druga strona zachciała go zjeść zamiast budyniu. Achh *wzdycha*  Mój budyń~ 
Beta: ...
Drzewek: Jako, że nasza Beta komentowała cały rozdział na bierzaco pod koniec zamilkła.
Beta: Nie prawda! Ja nadal gadam!
Drzewek: Zaginamy rzeczywistość *Pokazuje język*.
Beta: Dzięki. Oddawaj budyń. *Wyrywa*( Wyrywam laski *śpiewa*)
Alfa: Gdyby wzrok umiał zabijać...
Drzewek: M-mój b-budyń... *Siedzi na dywanie, który JEST BARDZO MAŁY, i płacze.* i co ja mam teraz jeść? Skrzypiącą podłogę?
Beta: Podłoga skrzypi tylko w jednym miejscu, nie przesadzaj. A budyń jest mój.

Alfa: Życzymy wszystkim miłej nocy. *W tle slychać śpiew ptaków i świeci słońce. A pozostała dwójka ekipy zakłóca ten piękny krajobraz kłócąc się o miskę budyniu* ( Drzewek: To była MICHA)
***
W tej części postu znajdują się wycięte sceny z tekstu. Jeśli ma ktoś ochotę może poczytać. Naszej grupie bardzo to poprawiało nastój. Jednakże zrozumiem, jeśli takie właśnie przerywniki zakłócają komuś odbiór tekstu. To na tyle~~ 
*** 
"Chcę świętego spokoju. Dlatego zademonstruje to, jak bardzo mam ich w d**ie."
---- Komentarz od procesorka---
 Beta: Że mu się wszyscy tam mieszczą.
 Cisza w pokoju i ogólny brecht.
----Koniec komentarza---

 "Piękny krajobraz. Chociaż ..."
---- Bo Jeffek jest głodny---
Drzewek: Chociaż... budyń byłby lepszy...
----Jeffek zajął się podziwianiem lizaka---
"... fajniej byłoby zobaczyć to na własne oczy,..."


" Aron- Spokój, pewność siebie, gotowość, lekkie spięcie."
---- Znowu Drzewek ~> ---
 Drzewek: Mimo, że ten kolo nie umie odczytywać jego nastroju, to stwierdzam, że Aron właśnie gotuje się do podbicia Kartaginy z obcęgami w zębach. Albo może garnek mu się przypalił? Kto to wie... Aron w fartuszku w kwiatki. hahaha.
----Jeffek tarza się po podłodze, więc mamy go z głowy---

 "Jego brązowe włosy są ułożone na tonę żelu (Alfa: Procesorek się przy tym upierał...) Amja jest ubrana w koktajlową sukienkę z przydużym dekoltem. Jej szyję zdobi naszyjnik z ogromnym rubinem,( Drzewek: Nasza kumpela lubi jak coś jest DUŻE i czegoś DUŻO) splatała "spazmatycznie" swoje palce z jego. Blond loki są idealnie ułożone na głowie."