Siedzę sam w swoim
pokoju. Jakim moim? Tu nic nie jest moje. Nic.
Pode mną, na
parterze, trwa w najlepsze impreza. Zapewne alkohol leje się strumieniami.
Alkohol, używka, dająca zapomnienie. Może, gdy się rozejdą i zasną, ja sam z
niej skorzystam? Wszystko jest równie dobre na zabicie czasu, choć ja zwykle
nie pije. Nie chciałbym otrzeźwieć w jakimś dziwnym miejscu.
Patrzę na książki
poustawiane równo na biblioteczce. Encyklopedie, podręczniki, zeszyty,
kryminały, fantastyka, dramaty, lektury… To wszystko z czasów, w których
interesowała mnie szkoła, nauka, oceny. Teraz to dla mnie nic nie znaczy. To są
tylko jakieś śmieci, coś, o czym zwykle nie myślę. Relikty przeszłości.
Czemu trwa impreza?
Kolejny housparty?
Z prostego powodu. W
domu pojawił się ojczym. Aż tutaj słyszę piski bachorzycy. Radość. Bez mojego
uczestnictwa, ale ja nic nikomu nie zabraniam. Niech będą szczęśliwy. Bo co to
szczęście?
Tak naprawdę to po
prostu hormony wydzielane przez dany organizm. Hormony szczęścia.
Kiedy je wydzielamy? Gdy spacerujemy, wykonujemy łatwą
pracę, bawimy się, imprezujemy, zdobywamy dobre oceny, rozmawiamy z
przyjaciółmi. To nasz mózg jest temu odpowiedzialny.
Czy ja kiedyś też
coś takiego odczuwałem? Może tak, ale aktualnie mało rzeczy wywołuje we mnie
jakiekolwiek odczucia. Przynajmniej na zewnątrz. Środek to co innego.
Dobrze mi z tym.
Dobrze mi z tą pustką, która we mnie zamieszkała. Dobrze mi z moimi
przemyśleniami. Dobrze mi z moją samotnością. Dobrze mi z brakiem określenia
siebie…
Przynajmniej tak
myślę. Nikt nie zabroni mi wmawiać sobie tego, że zaistniała sytuacja mi
odpowiada. Nikt. Tylko…, co z tym poczuciem, że jest coś, czego żałuje? Z
czymś, co mnie dręczy, rwie, drapie tam w środku? Przecież nie tak łatwo jest
zagłuszyć, bolącą gorycz. To niemalże wykonalne, ale takie osoby jak ja.. Muszą
sobie jakoś radzić. Muszą.
Samotność to jednak
straszna rzecz.
Jeśli szczęście jest
tylko pojęciem względnym, gdyż nie jest uczuciem, a zależy tylko od ilości
hormonów w organizmie, to czy każde inne odczucie jest spowodowane tym samym?
Na przykład to osławione uczucie miłości… Czy to jest spowodowane tylko i
wyłącznie popędem seksualnym, który odczuwa każdy mężczyzna i kobieta w wieku
dojrzewania i dorosłości? Czy to tylko sposób zaspokojenia siebie? Czyżbyśmy
tylko wmawiali sobie poczucie miłości? Tego, co w gruncie rzeczy nie istnieje?
A mówimy sobie coś takiego tylko po to, by mieć czyste sumienie.
Usprawiedliwienie dla ciągłej rozwiązłości seksualnej.
Brnąc w to dalej.
Jeśli miłość nie istnieje, a jest tylko popęd to ludzkość jest owocem
niezaspokojonego pragnienia. Nieszczęśliwe rodziny. Bite dzieci. Morderstwa.
Gwałty na nieletnich.
Ojciec wykorzystuje
pod względem seksualnym córkę i matkę. Amoralne. Górę wziął popęd, nad którym
nie potrafimy w pełni zapanować. Zawsze znajdzie się jakieś słabe ogniwo.
Leżę na niebieskiej
kołdrze i wpatruję się pusto w szary sufit. Czemu wszystko jest szare?
Szkoda, że ściana
zasłania mi niebo. Lubię patrzeć w ten błękitny bezkres. Obserwować fazy
księżyca. Gwiazdy. Słońce. Chmury. Niestety, dzisiaj nie mogę wyjść. Za dużo
osób w domu. W tym głupim, szarym domu jest za dużo ludzi. Za dużo. O wiele.
Moje ręce się trzęsą. Tak, aż tak się boje. Nie mam pojęcia, dlaczego tak jest.
Mam lekką fobię społeczną. Nie chcę by inni, a zwłaszcza otoczenie trzymające
się blisko matki i ojczyma, na mnie patrzyło. To jest straszne. Nie wiem, o
czym myślą. I … mogą chcieć mnie zabić.
Pobić. Zgwałcić. Nie wiem, dlaczego ciągle tak do tego wracam. Po prostu się
boje wyjść z pokoju.
Ci ludzie, trzymają
się moich opiekunów. Tylko się ich trzymają, ponieważ nie mogą się kolegować. Przyjaźń
nie istnieje. Wszyscy oczekują na jakieś korzyści, płynące z ,,przylepienia,,
do lepszych od siebie. Nie. Przyjaźń nie ma prawa bytu. Nie istnieje. Tak jak
nie istnieje szczęście. Tak jak nie istnieje miłość.
Wracając do tego
ostatniego. Dlaczego wszyscy mówią, że matki kochają swoje dzieci? Skoro matka
mnie tak kocha, czemu udaje, że nie istnieje? Czemu nigdy się mną nie
zainteresowała? Czemu mnie nie rozpieszcza? Czemu nie woła mnie na obiad? Czemu
nie robi mi śniadania? Czemu nie robi kolacji? Czemu nie zaprasza na wspólny
biwak? Czemu o mnie nie myśli? Czemu jest taka odległa? Czemu ja jej nie uznaję
za matkę? Czemu ona mnie nie kocha? Czemu? Dlaczego wyjeżdża wszędzie z
ojczymem? Dlaczego rozpieszcza Altheę? Dlaczego jej koleżanki są ważniejsze ode
mnie? Dlaczego? O co w tym wszystkim chodzi?
Czy ludzie są tak
ograniczeni, że potrafią dbać tylko o określoną liczbę osób? Czy dlatego nie
znalazłem się na liście ,,dobrych,, dzieci? Czy ja jestem aż tak ograniczony,
że nie umiem powiedzieć czegoś komukolwiek? Od ,,odwal się,, po ,,kocham cię,,
poprzez ,,mhm,, ? Czyżbym był aż tak zacofany w rozwoju?
Jest mi niewygodnie.
Patrzę ciągle w sufit. Jest tu tak duszno i nieprzyjemnie. W powietrzu unosi
się zapach, który powinien być miły dla zmysłów. Powinien, ale nie jest.
Odświeżacz powietrza miał roznosić woń świeżo wyciskanych cytryn. Przez ten
swąd jest mi lekko niedobrze. Czuję się tak, jakby ten tonący w szarości i
błękicie pokój, był toaletą. Odświeżacz do kibli…
Podnoszę dłoń i
wpatruję się w pomalowane na czarno paznokcie. Chyba dla zabicia czasu zmienię
soczewki z białych na czarne. Lubię soczewki. Kolejna warstwa mnie, która nie
okazuje mojej prawdziwej osoby.
Siadam na pomiętej
pościeli. Moje nagie stopy dotykają puchatego dywanu. Dywan wygląda tak jak
morze. Zupełnie jakby woda rozlała się koło mych stóp, czy raczej pod nimi.
Morze, kudłate morze.
Przeglądam szafki,
głośno trzaskając drzwiczkami, gdy je zamykam. Dźwięki te toną w pustce. Mojej
wewnętrznej pustce.
Ciągle słyszę wesoły
rozmowy, które są prowadzone w salonie. Mozart. Muzyka. Już nawet nie słychać
tego, co robię by, choć na chwilę zaistnieć.
Jestem zgnieciony
przez ,,przyjaciół,, moich ciemiężycieli.
Wyjmuję soczewki.
Dwie czarne półkule puste w środku. Bariera.
Jeśli sam, bez
niczyjej pomocy, odciąłem się to… brak mi odruchów społecznych. Nie uważam się
za kogoś, kto oddałby życie za coś, co od początku nie miałoby sensu.
Dlatego nigdy nie
zrozumiem patriotów, bohaterów narodowych, świętych, męczenników.
Jedni zginęli za
wolność. Drudzy za swą religię. Jaki w tym sens? Bo jakiś jest? Czy to po
prostu kolejna choroba psychiczna? Chęć poczucia bólu. Czyli ci wszyscy
bohaterowie byli masochistami? Lgnęli do bólu? Dlatego nie przeżyli tej chorej
wojny? Czy dlatego nie wrócili do swoich rodzin? Tylko dlatego, że chcieli za
coś umrzeć? No jeszcze zakonnika zrozumiem. W końcu nie umrze za ukochaną
zakonnicę. Celibat, czy coś tam. No, ale cóż. Najwidoczniej są ludzie bardziej
nienormalni ode mnie. No w sumie nie rozumiem tych ludzi i nie obchodzą mnie.
Po co komu Bóg?
Jeśli Bóg istnieje…
to jest bardzo słabym bóstwem. Jak można pozwolić, by jego wyznawcy umierali? Nawet,
jeśli to masochiści i nawet, jeśli sprawia im to przyjemność…Przecież życie
ważniejsze…
Nakładam na źrenice
soczewki. Czarne włosy, czarne oczy, czarne soczewki, ciemne kolczyki, czarne
ubrania, czarne glany, czarne istnienie, czarny świat, czarne życie.
Dziecko w czerni.
Noszę oznaki
wiecznej żałoby. Żałoba. Czerń. Smutek.
Czy jestem smutny?
Hmmm… Jestem apatyczny. Bez emocji. Bez siebie. Gdzie tu miejsce na smutek?
Ktoś się głośno
śmieje. Patrzę chwilę w kierunku drzwi i … wiem, że to śmiech ojczyma. Do tego
odgłosu radości dołącza piskliwy głosik bachorzycy.
Czemu oni się
śmieją? Hormony szczęścia wydzielane w przydużej ilości. Szukają czynności,
która je uwalnia. Tylko tyle.
Czemu czuję się obco
we własnym domu?
Czy ja kiedyś też
tak się śmiałem?
Z nimi, tam, na
dole?
Nie wiem, nie
pamiętam.
Wiem jedno. Nigdy
nie poczuję się częścią tej rodziny.
Zabawa skończyła się
jakiś czas temu, a ja siedzę pod drzwiami i nasłuchuję. Jak jakiś uciekinier.
Jakbym był złodziejem. Jakbym nie miał prawa tu być.
Niespokojnie
poruszam językiem, którym kręcę kolczyk, tkwiący w dolnej wardze. Ciągle nim
ruszam. To mi pomaga. Nie wiem w czym, ale lubię to robić. Tak po prostu.
Tylko ja tak mogę.
Nie każdy ma kolczyk w wardze, więc nie każdy wie, jakie to przyjemne, kojące,
uspokajające… Takie… moje, nie moje.
Nic nie słyszę. To
dobrze. Nikogo nie ma, albo wszyscy śpią, chyba że ojczym z matką zajmują się
czymś zupełnie odmiennym od snu. Mogą, byle nie głośno. Naprawdę nie interesuje
mnie to, co robią, ani z kim. Jeśli woli z tym f**kiem, niech jej będzie. K***a.
W końcu są dorośli, prawda? Pożądanie i te sprawy. Kompromitujące odgłosy i …
dzieci?
Uchylam drzwi i
wyjątkowo cicho wychodzę z pokoju. Przymykam za sobą stylowe, czarne drzwi.
Szaro czarne pierwsze piętro z czerwonymi dodatkami. W końcu dół jest
szaro-zielony. Jakaś sprawiedliwość musi być. Ziemia- zieleń. Powietrze-
czerwień. Nie widzę w tym sensu, ale ja w niczym nie widzę sensu. Decyzje lalki
Barbie zawsze są bezsensowne. Ciekawe dlaczego? Jak ona ma podjąć jakąś mądrą
decyzję, mając pusto we łbie? To musi być dla niej nie lada wysiłek. Myśleć. Kto
w tych czasach myśli? No … ludzie POTRAFIĄ myśleć tylko o sobie.
Moja ,,matka” nie ma
poczucia stylu. Hamh.
Spływam po schodach,
które ciągną się wzdłuż szarej ściany, wyłożonej grafitowymi kamieniami. Schody
też są szare. Bury świat. Czemu to jest szare?
Schody prowadzą do
salonu. Salon jest połączony z kuchnią. Kuchnia jest ,,centrum,, domu, obok
której jest długi korytarz z łazienką, prowadzący do biblioteki. Z drugiej
strony kuchni też jest korytarz, prowadzący do drzwi wejściowych, wieszaków,
szaf na buty. Oczywiście wszystko szare. Z wyjątkowymi akcentami zieleni. W
salonie, oprócz stołu jadalnego, ustawionego naprzeciwko schodów, gdzie także
stoi barek z alkoholem, stoją dwie czarne, skórzane kanapy, otaczające szklany
stolik. Za kanapami, w jedynej ,,nie zajętej,, ścianie, są wielkie okna i drzwi
na taras. Wokół całego domu jest wielki ogród. Nawet ładny. Zielony. Latem z
mnóstwem kwiatów. Jesienią też. Wiosną jest bardzo kolorowy, a to wszystko
dzięki wynajętym ogrodnikom.
Patrzę przez chwilę
na salon, stojąc na ostatnim schodku. Jedynym dowodem na niedawno odbytą imprezę
są kieliszki i puste butelki po szampanie.
Wyczuwam zmieszane
ze sobą zapachy damskich perfum, wody kolońskiej, dymu papierosowego i drogiego
szampana.
Nieprzyjemne
połączenie- mdlące.
Dzisiaj nic nie
jadłem, dlatego jak zwykle kieruję się do kuchni, gdzie oczywiście otwieram
lodówkę i lustruję jej zawartość.
Są tam jakieś
ciasta, sałatki, desery lodowe. Myślę nad tym, czy mam na cokolwiek ochotę. Jak
zwykle nie, ale po dłuższej chwili tkwienia w lodówce biorę sobie kawałek
ciasta.
Bomba kalorii
uwięziona w czymś tak niewinnym.
Czy tylko ja,
widząc się w lustrze, myślę nad tym, że jestem gruby, będąc niezwykle chudym?
Pewnie nigdy się nie
dowiem, a szkoda…
Zamyślony siadam na
jednej z czarnych kanap. Mój wzrok przykuwa biała koperta na szklanym stoliku.
Dotykam palcami
krawędzi papierowego przedmiotu. List.
Odkładam na
przezroczystą taflę talerz z ciastem.
Koperta jest już
otworzona. Bez wahania wyjmuję zapiski i zapoznaję się z ich zawartością.
Przeżywam szok.
To, co tu jest
napisane… to… niemożliwe… Nieprawdopodobne.
Pierwszy raz od
jakiegoś czasu czuję jakiekolwiek emocje.
---
---

Alfa:
A to taki mały chibi dzieciak w czerni ;)
Beta:
Tylko czemu ze skrzypcami?
Drzewek:
Bo w przypływie apatii Willi wyrzucił je przez okno, a ten chibi jeszcze tego nie zrobił. *Porąbana logika*
Beta:
To niech zrobi to jak najszybciej...
***
W tej części postu znajdują się
wycięte sceny z tekstu. Jeśli ma ktoś ochotę może poczytać. Naszej
grupie bardzo to poprawiało nastój. Jednakże zrozumiem, jeśli takie
właśnie przerywniki zakłócają komuś odbiór tekstu. To na tyle~~
***
"Tak naprawdę to po
prostu hormony wydzielane przez dany organizm. Hormony szczęścia."
----Epizodzikolandia---
Drzewek:
Alfi, brakuje ci może hormonów?*Niewinna minka*
Alfa:
A co jeśli tak?
Drzewek:
To wtedyyyyy dam ci bubeczkę!
Alfa:
No to mi nie brakuje hormonów.
Drzewek:
Nie chcesz bubeczki?
Alfa:
Ty nie umiesz piec... To dziękuję.
Drzewek:
Czyli brakuje ci szczęścia! *Skacze dookoła niej i obrzuca ją tęczowym konfetti*
Alfa:
Może brakuje mi szczęścia, bo ty całe wykorzystałeś. *Wgapia się w jego uśmiech*
---Happy End---
"Ciągle słyszę wesoły
rozmowy, które są prowadzone w salonie. Mozart. Muzyka. Już nawet nie słychać
tego, co robię by, choć na chwilę zaistnieć."
----Przerwa na wybuch śmiechu---
Alfa:
Kurcze Mozart. Dobrze, że nie Betoween. *Chichra się. Bo zawsze dostaje głupawki, słuchając muzyki poważnej*.
Beta:
Tak masz rację... Byłoby z nami źle...
----I po wybuchu---