Translate

Współtwórcy

środa, 9 kwietnia 2014

Uwaga!

Alfa: Więc... Wszystkie posty będą zaktualizowane. Będą w nich ciekawe komentarze naszej ekipy sprzątajacej, dlatego też prosimy o przeglądnięcie CAŁEGO bloga. *Zachowuje poważny wyraz twarzy.*
Beta: Cio to za powaga? Cio to? *Pucia Alfę *
Drzewek: I to niby ja jestem nienormalny.~
Alfa: Emch... Co do dalszych informacji. Na blogu będą się pojawiać od teraz ankiety, a także cytaty z co ciekawszych przeczytanych przez nas książek.
Drzewek: Tak. Ja też czytam książki!
Beta: Łaaaaaał~ Ty umiesz czytaaać?
Alfa: Będą także nowe zakładki, w których zamierzamy stworzyć karty postaci, a także tabelki z ... Czymś. O czym dowiecie się później. 
Beta: Naprawdę?
Drzewek: A taaakże na naszym blogu powstanie link do bloga sąsiedniego, o trochę innej nie tak niewinnej tematyce *Błyszczące oczy* Mogę zdradzić, że to moje najukochańsze jałoi!
Beta: Pisz normalnie dziecko.
Drzewek: "powiedziała najmłodsza". No. O yaoi mi chodziło jakby ktoś nie zrozumiał.
Alfa: O reszcie niespodzianek nie będziemy informować. *Rozanielona mina* I to tyle z ogłoszeń duszpasterskich.
Drzewek i Beta: Ameeen.

Drzewek: A dlaczego to? Bo ładne i kawaii! <3

Rozdział 3 ,,Ten, powstały z piany,,



  To niemożliwe.
  Czytam list znowu i znowu.
  Szok.

  Drogi Aronie Sullivanie,

  Dostałem twój list i pamiętam Cię, przyjacielu. Takie więzi jak nasze szybko nie zanikają.
  Oczywiście rozumiem Twoją sytuację i tak, mieszkam pod podanym wcześniej adresem. Rozumiem, że problemy z Willowem są poważne i oczywiście, przyjmę go jako swojego pacjenta. Przyda mu się psycholog. Skoro do mnie napisałeś wiesz o moich osiągnięciach z dziedziny psychologii. Jestem bardzo wykształconym terapeutą i możesz mi zaufać z tą sytuacją.  Podane przez ciebie wydruki dołączyłem do jego kartoteki i odsyłam Ci je z powrotem. Nie musisz się martwić. Wizyty zapewne na początku nie dadzą pożądanych przez Was skutków, ale od czegoś trzeba zacząć.
  O szczegółach przebiegu sesji powiadomię Was, gdy się spotkamy. Nie piszę takich rzeczy na papierze. Jeśli chodzi o Willowa, bądź dla niego wyrozumiały i postaraj się trzymać swój temperament na wodzy. Możesz być pewien mojego wsparcia. O szczegółach spotkania porozmawiajmy telefonicznie.
                                                                                                      Doneo Sierra,

  Terapeuta? Psycholog?
  Oszaleli. O co im chodzi? To mają ze mną jakieś problemy? Przecież jestem naprawdę spokojny. Bezosobowy. Nie przeszkadzam. Trwam na uboczu i się nie narzucam. O jakie problemy im chodzi? O to, że się przefarbowałem? A jak nie o to, to ja już nic nie rozumiem. Nie jestem chory psychicznie. Po prostu zamknięty, aspołeczny, apatyczny, obojętny. Taki … nienormalny, ale nie chory psychicznie. Psychologa nie potrzebuje, nie ważne co ten gościu wygaduje, jestem całkiem normalny i nic ze mną nie jest. Nie powinni się wtrącać. To moje życie, sam decyduje o sobie. Nikt inny nie ma na mnie wpływu. Nikt. Żaden terapeuta tego nie zmieni.
   Za listem był wydruk z moimi ocenami. Same zera. Same nie zaliczone sprawdziany. Nigdy ocenami się nie przejmowałem. A 0 to nie oceny. To tylko zera. Z resztą 1, czy 2 także nic mi nie robią. Gdybym się martwił takimi rzeczami pewnie wylądowałbym w psychiatryku jako chłopak zdruzgotany tym, że sprawdziany, do których się nie uczył, zaliczyła 1. To znaczy wcale ich nie zalicza. No to byłaby naprawdę dziwna sytuacja.
  Mój plan lekcji. Ilość nieobecności. Nie miałem żadnej obecności w tym roku. Od początku nie chodziłem do klasy. Nawet się nie trudziłem. Ciekawe co ich skłoniło do nagłego zainteresowania takimi sprawami. Bo nigdy ich to nie obchodziło. Mogłem chodzić. Mogłem nie chodzić. I skończyło się na tym, że ja mam na to wywalone, a oni nagle odkrywają mój brak zainteresowania szkołą. Ciekawe.
  Opinie nauczycieli. Nawet na to nie spojrzałem. Po co miałem patrzeć? Nie obchodzą mnie jakieś dziwne uwagi osób postronnych. To nic interesującego, bo zwykle pisze to samo.

 ,,Chłopiec nie ma kolegów. Jest odseparowany od reszty klasy. Zwykle się nie odzywa i nie robi problemów. Spokojny chłopiec. Gdyby chciał, mógłby zdobywać naprawdę wysokie noty.,,

  Zwykle właśnie coś takiego o mnie piszą. Tak dla rozrywki. Nauczycielom brak czasu na interesujące czynności. Dziwni ludzie. Szkoła ich życiem.
  Czy ten list to jakiś żart? Nudziło się im wszystkim? Tak nagle mi terapeutę załatwiają? Bezpodstawnie? Tak for fun.
  Co oni chcą tym mi zrobić? Zaburzyć mój idealny spokój? Moją bezosobowość?
   Psycholog. Czyżby moją matkę – Lalkę Barbie, gryzło sumienie? Pusta blondynka stwierdziła, że musi podbudować sobie ego i mieć ,,idealną,, rodzinę. Tylko, że coś takiego nie istnieje. Miłość nie istnieje. To idealna rodzina też nie. Taka dziwna zależność. Nigdy nikt nie będzie doskonale szczęśliwy.
  Tylko ludzie tak mają. Dążą za przyrostem hormonów szczęścia, bo do niczego innego się nie nadają.
  O co im w ogóle chodzi? Ja chcę tylko świętego spokoju.
  Dotąd było dobrze … Przynajmniej wiem jedno. Nie robi mi to większej różnicy. Po prostu to oleję. Skoro ma im to jakkolwiek pomóc to proszę bardzo, niech próbują.
  Spojrzałem ostatni raz na papiery.
  Doneo Sierra.
  Muszę zapamiętać. To tego mężczyznę będę musiał znosić.. chyba, że … zwyczajnie jego też oleję. Przecież do niczego mnie nie zmuszą.
  Prychnąłem. Nie mają takiego prawa.
  Spojrzałem bez apetytu na murzynka, tonącego w morzu czekolady. Co ci ludzie widzą w tym smaku? Czy wszystko musi być słodkie? No, żeby chociaż było słodkie, ale nie… musi być przesłodzone. Tak bardzo, że nie da się tego przełknąć, bo zaraz masz ochotę wszystko zwrócić.
  Wywaliłem ciasto do kosza. Tam jest jego miejsce. Ten niedobry kawałek czegoś powinienem zjeść? Nigdy w życiu. Niech ta durna bachorzyca –moja siostra, się tym obżera. Skoro ma aż tak zaburzone poczucie smaku i wszystko musi być aż tak słodkie.
  Stylowa idealnie szara kuchnia. Szary blat. Szare szafki. Szare wieszaki na patelnie. Stalowe  stojaki na noże. Stalowe dodatki. Wszystko stalowe, albo szare. Takie przygnębiające i jaskiniowe. Bury świat. Czemu wszystko jest szare?
  Oparłem się na dłoniach o blat. Nerwowo obracałem kolczykiem w dolnej wardze. Tylko ten jeden ruch zdradzał irytację i zdenerwowanie. Zwykle miałem na sobie maski. Powłoki, nie dopuszczające NIC do środka. Żadnych bodźców. Tak było lepiej. Bezpieczniej. Nikt nie powinien wkraczać do mojego świata, skoro musi. To niech szybko się z niego wyniesie.
  W idealnie czystej obudowie lodówki odbijała się moja postać.
   Młody, czarnowłosy Emo. Dzisiaj wyjątkowo bez soczewek. Wpatrzyłem się we własne niebieskie jak niebo, pełne bólu, goryczy, smutku, zrezygnowania oczy. Nie chciałem ich widzieć. Dlatego zaczesałem na twarz długą grzywkę. Po to, by choć trochę zakryła te dwa zwierciadła duszy, wskazujące na duże zranienie i zawiedzenie życiem. Ja wcale nie jestem zawiedziony. To tylko… wymysł.
  Nie lubię widzieć siebie. Tej zewnętrznej powłoki, która podobno jest mną.
  Czarna bluzka za łokcie z czerwonymi napisami – przekleństwa. Szare, luźne spodnie. Bose stopy. Czarna grzywka, opadająca, czy raczej zakrywająca czoło i oczy. Kolczyki w nosie, dolnej wardze, czubkach uszu, pępku. Tunele w małżowinach. Ćwieki na rękach.
  Nie na widzę patrzeć na swoje odbicie. Nie na widzę siebie. Dlaczego? Bo okazuje emocje. Bo coś mnie rusza tam, w środku. Bo czymkolwiek się przejmuję. Bo jestem tak delikatny i podatny na zranienia. Bo jestem za gruby. Bo wszyscy mnie unikają. Bo nikt mnie nie kocha.
Bo … jestem sam.
  Znowu szukam czegoś w lodówce. Zabieram jedną z sałatek. Gyros. Może dobry. Mam nadzieję. Odwijam folie i wbijam w zawartość łyżkę i wracam do salonu. Na chwilę zatrzymuję się przy kanapach. Patrzę na wydruki i na list. Nie zamierzam ukrywać tego, że wiem, ale… I tak to nikogo obchodzi, więc po co nad tym nawet myśleć?
  Czuję stopami, że panele są ciepłe. Ogrzewanie podłogowe.
  Co jest ze mną nie tak? Dlaczego sam siebie odrzucam? Czemu nie potrzebuję siebie? Sam siebie nie potrzebuję. Jestem zbędny. Tylko egzystuje. Sam dla siebie.
  Zaciskam na chwilę powieki. Na dworze jest jeszcze ciemno. Czy widać gwiazdy? Chciałbym teraz popatrzeć na te miniaturowe słońca. Chociaż przez chwilę.
  Czy ktoś mi broni?
  Nie, ale… boję się wyjść. Chcę, ale nie mogę. Mój umysł nie pozwala. Chyba znowu dopadł mnie strach przed społeczeństwem. Boję się ludzi. Czy tylko ja? Na pewno nie. Na pewno ktoś jeszcze ma podobne problemy. Musi ktoś taki być. Musi.
  Idę z miską do swojego pokoju. Do tej miniaturowej utopii, która w sumie należy do mnie, ale moje nie jest,  bo to nie ja tworzyłem to miejsce, nie miałem na nie wpływu. Choć tam mieszkam, to nic, oprócz książek i ubrań, nie należy do mnie. Czy mam związane z nią wspomnienia? Długie chwile gapienia się w przytłaczający mnie do ziemi sufit.
  Zamykam cicho drzwi. Stopy zagłębiają się w puchatym dywanie. To jest chyba jedyna rzecz, w tym miejscu, którą naprawdę lubię. Chyba. Mój kudłaty ocean.
  Siadam na nim po turecku i automatycznie zaczynam jeść. Czuję się tak, jakbym przełykał tekturę. Obrzydliwe. Nie zachęcające. Powodujące odruch wymiotny. Niedobre, ale jem. Nie chcę umrzeć z głodu. Chyba, że będę musiał. Wtedy… czemu nie? Choć rzucenie się z budynku jest szybszej o wiele krócej boli. Albo psychotropy i alkohol. Podobno po tym połączeniu czujesz się zupełnie jak na haju. Nie czujesz nic. Nic do ciebie nie dociera. Świetnie się bawisz… Tylko końcówka. Pełna cierpienia. Masakra.
  Tylko skąd wziąć aż tak silne leki?
   Nie, lepiej bym nie myślał o takich rzeczach. Przecież chcę żyć. Cenie życie, choć nie widzę sensu w moim istnieniu. Zwyczajnie tego sensu nie ma.
   A na przykład takie powieszenie się w salonie? Przynajmniej ktoś by mnie w końcu zauważył. Kit z tym, że widziałby tylko trupa. Martwe ciało. Wiszące. Powoli gnijące. Ale by się zapiszczeli. Zapamiętaliby mnie na wsze czasy i wtedy to IM potrzebny byłby psycholog. Ale… też by bolało. Co prawda także niezbyt długo, ale jednak. Bolałoby.
  Boję się bólu. Nie lubię go odczuwać. To obrzydliwe…
  Boję się ludzi, nie wiem czemu, ale tak jest. Chociaż… może to dlatego, że człowiek bez przerwy kłamie? Nie potrafi żyć w prawdzie. Jest to dla niego o wiele za trudne.
  Jak można złamać daną komuś obietnicę? Jak?!
  Zwyczajnie. Skoro ludzi ,,nie wiąże” przyrzeczenie małżeńskie, to jak zwykłe ,,obiecuję” ma kogoś upewnić w tym, że ktoś dotrzyma obietnicy?
  Nie wiem.
  Dlaczego rodzice się nawzajem zdradzają? Dlaczego?! Kit z tym, że się rozwiedli? Ale dlaczego się zdradzili?!
  Skończyłem jeść. Chwilę patrzyłem się pusto w szklaną ściankę naczynia. Pustka we mnie ciągle wzrastała. Z każdym kolejnym dniem coraz bardziej mnie pożerała. Już czekałem na moment, w którym pochłonie mnie całkowicie. Tylko na to czekam. Może przyniesie to jako takie zapomnienie.
  Wiem, nie powinno się ciągle drążyć tematów, przez które rozdrapuje się stare rany. To niezdrowe. Przecież tak sobie nie pomagam, a pogrążam się jeszcze bardziej. Rodzice mnie nie kochali, więc mnie nie obchodzą.
  Odłożyłem na bok miskę i wplotłem palce w dywan. Błękit.
  Chciałbym być częścią morza. Tak jak ono stałe. Przypływać. Odpływać. Wędrować wraz z Księżycem. Podążać za nim jak za swoim przewodnikiem.
  Chciałbym być tym, powstałym z piany. Tak jak syreny, które po niezdecydowaniu, czy zabiją księcia by się ratować zmieniały się w pianę. Zmieniały się w pianę po to, by kiedyś stać się duchem, który uleci hen wysoko. Czy takie rozwiązanie nie byłoby piękne? Dzięki temu daje się szczęście ukochanemu, samemu za niego cierpiąc swój ból, o którym on się nigdy nie dowie. Piękna, szlachetna śmierć w cieniu. Moja też by taka była. Nikt by nie zauważył. Nikt by nie zrozumiał. I tyle.
  Chciałbym ogarnąć umysłem oceany, morza, wody bezmiar, fale.
  Wszystko, byleby nie być sobą.
  Wzdycham głęboko i kładę się na dywanie. Wpatruję się w sufit tak, jakbym widział za nim niebo.
  Zdaję sobie sprawę z tego, że niedługo wstanie słońce i zaleje świat odcieniami żółci i pomarańczy.
  Wschód słońca- nowa nadzieja. Nowa nadzieja, ale nie dla mnie.
  Będę musiał olewać psychologa.
  To powinno być proste. To zupełnie tak, jakbym olewał ,,rodzinę”. Tak jak olewam cały świat.
  Doneo Sierra. Taak.
---
---

Alfa: Powstały z piany krajobrazik~*Wgapia w piękny obrazek*. Szkoda, że już koniec wakacji.
Beta: Dobra, dobra. Nie rozczulaj się tak nad sobą.
***
W tej części postu znajdują się wycięte sceny z tekstu. Jeśli ma ktoś ochotę może poczytać. Naszej grupie bardzo to poprawiało nastój. Jednakże zrozumiem, jeśli takie właśnie przerywniki zakłócają komuś odbiór tekstu. To na tyle~~ 
***  " Dlaczego rodzice się nawzajem zdradzają? Dlaczego?! Kit z tym, że się rozwiedli? Ale dlaczego się zdradzili?!"
----Rozwiązujemy problemy---
Drzewek: Bo to męskie dziwki. *Fuck logick*. Znaczy się...*Zakłopotany* tylko Aron może być męską tą, a Barbie byłoby ciężko...No, a ojczulek Willisia jeszcze się nie pojawił, no ale to nie wyklucza, że może... 
Alfa: Skończ. Nie pogrążaj się mocniej.
Beta: Drzewek... Proszę to nie odpowiednia strona na takie rozważania...
----Problemy nierozawiązane---

niedziela, 6 kwietnia 2014

Rozdział 2 ,,Dziecko w czerni”





  Siedzę sam w swoim pokoju. Jakim moim? Tu nic nie jest moje. Nic.
  Pode mną, na parterze, trwa w najlepsze impreza. Zapewne alkohol leje się strumieniami. Alkohol, używka, dająca zapomnienie. Może, gdy się rozejdą i zasną, ja sam z niej skorzystam? Wszystko jest równie dobre na zabicie czasu, choć ja zwykle nie pije. Nie chciałbym otrzeźwieć w jakimś dziwnym miejscu.
  Patrzę na książki poustawiane równo na biblioteczce. Encyklopedie, podręczniki, zeszyty, kryminały, fantastyka, dramaty, lektury… To wszystko z czasów, w których interesowała mnie szkoła, nauka, oceny. Teraz to dla mnie nic nie znaczy. To są tylko jakieś śmieci, coś, o czym zwykle nie myślę. Relikty przeszłości.
  Czemu trwa impreza? Kolejny housparty?
  Z prostego powodu. W domu pojawił się ojczym. Aż tutaj słyszę piski bachorzycy. Radość. Bez mojego uczestnictwa, ale ja nic nikomu nie zabraniam. Niech będą szczęśliwy. Bo co to szczęście?
  Tak naprawdę to po prostu hormony wydzielane przez dany organizm. Hormony szczęścia.
Kiedy je wydzielamy? Gdy spacerujemy, wykonujemy łatwą pracę, bawimy się, imprezujemy, zdobywamy dobre oceny, rozmawiamy z przyjaciółmi. To nasz mózg jest temu odpowiedzialny.
  Czy ja kiedyś też coś takiego odczuwałem? Może tak, ale aktualnie mało rzeczy wywołuje we mnie jakiekolwiek odczucia. Przynajmniej na zewnątrz. Środek to co innego.
  Dobrze mi z tym. Dobrze mi z tą pustką, która we mnie zamieszkała. Dobrze mi z moimi przemyśleniami. Dobrze mi z moją samotnością. Dobrze mi z brakiem określenia siebie…
  Przynajmniej tak myślę. Nikt nie zabroni mi wmawiać sobie tego, że zaistniała sytuacja mi odpowiada. Nikt. Tylko…, co z tym poczuciem, że jest coś, czego żałuje? Z czymś, co mnie dręczy, rwie, drapie tam w środku? Przecież nie tak łatwo jest zagłuszyć, bolącą gorycz. To niemalże wykonalne, ale takie osoby jak ja.. Muszą sobie jakoś radzić. Muszą.
  Samotność to jednak straszna rzecz.
  Jeśli szczęście jest tylko pojęciem względnym, gdyż nie jest uczuciem, a zależy tylko od ilości hormonów w organizmie, to czy każde inne odczucie jest spowodowane tym samym? Na przykład to osławione uczucie miłości… Czy to jest spowodowane tylko i wyłącznie popędem seksualnym, który odczuwa każdy mężczyzna i kobieta w wieku dojrzewania i dorosłości? Czy to tylko sposób zaspokojenia siebie? Czyżbyśmy tylko wmawiali sobie poczucie miłości? Tego, co w gruncie rzeczy nie istnieje? A mówimy sobie coś takiego tylko po to, by mieć czyste sumienie. Usprawiedliwienie dla ciągłej rozwiązłości seksualnej.
  Brnąc w to dalej. Jeśli miłość nie istnieje, a jest tylko popęd to ludzkość jest owocem niezaspokojonego pragnienia. Nieszczęśliwe rodziny. Bite dzieci. Morderstwa. Gwałty na nieletnich.
  Ojciec wykorzystuje pod względem seksualnym córkę i matkę. Amoralne. Górę wziął popęd, nad którym nie potrafimy w pełni zapanować. Zawsze znajdzie się jakieś słabe ogniwo.
  Leżę na niebieskiej kołdrze i wpatruję się pusto w szary sufit. Czemu wszystko jest szare?
  Szkoda, że ściana zasłania mi niebo. Lubię patrzeć w ten błękitny bezkres. Obserwować fazy księżyca. Gwiazdy. Słońce. Chmury. Niestety, dzisiaj nie mogę wyjść. Za dużo osób w domu. W tym głupim, szarym domu jest za dużo ludzi. Za dużo. O wiele. Moje ręce się trzęsą. Tak, aż tak się boje. Nie mam pojęcia, dlaczego tak jest. Mam lekką fobię społeczną. Nie chcę by inni, a zwłaszcza otoczenie trzymające się blisko matki i ojczyma, na mnie patrzyło. To jest straszne. Nie wiem, o czym myślą.  I … mogą chcieć mnie zabić. Pobić. Zgwałcić. Nie wiem, dlaczego ciągle tak do tego wracam. Po prostu się boje wyjść z pokoju.
  Ci ludzie, trzymają się moich opiekunów. Tylko się ich trzymają, ponieważ nie mogą się kolegować. Przyjaźń nie istnieje. Wszyscy oczekują na jakieś korzyści, płynące z ,,przylepienia,, do lepszych od siebie. Nie. Przyjaźń nie ma prawa bytu. Nie istnieje. Tak jak nie istnieje szczęście. Tak jak nie istnieje miłość.
  Wracając do tego ostatniego. Dlaczego wszyscy mówią, że matki kochają swoje dzieci? Skoro matka mnie tak kocha, czemu udaje, że nie istnieje? Czemu nigdy się mną nie zainteresowała? Czemu mnie nie rozpieszcza? Czemu nie woła mnie na obiad? Czemu nie robi mi śniadania? Czemu nie robi kolacji? Czemu nie zaprasza na wspólny biwak? Czemu o mnie nie myśli? Czemu jest taka odległa? Czemu ja jej nie uznaję za matkę? Czemu ona mnie nie kocha? Czemu? Dlaczego wyjeżdża wszędzie z ojczymem? Dlaczego rozpieszcza Altheę? Dlaczego jej koleżanki są ważniejsze ode mnie? Dlaczego? O co w tym wszystkim chodzi?
  Czy ludzie są tak ograniczeni, że potrafią dbać tylko o określoną liczbę osób? Czy dlatego nie znalazłem się na liście ,,dobrych,, dzieci? Czy ja jestem aż tak ograniczony, że nie umiem powiedzieć czegoś komukolwiek? Od ,,odwal się,, po ,,kocham cię,, poprzez ,,mhm,, ? Czyżbym był aż tak zacofany w rozwoju?
  Jest mi niewygodnie. Patrzę ciągle w sufit. Jest tu tak duszno i nieprzyjemnie. W powietrzu unosi się zapach, który powinien być miły dla zmysłów. Powinien, ale nie jest. Odświeżacz powietrza miał roznosić woń świeżo wyciskanych cytryn. Przez ten swąd jest mi lekko niedobrze. Czuję się tak, jakby ten tonący w szarości i błękicie pokój, był toaletą. Odświeżacz do kibli…
  Podnoszę dłoń i wpatruję się w pomalowane na czarno paznokcie. Chyba dla zabicia czasu zmienię soczewki z białych na czarne. Lubię soczewki. Kolejna warstwa mnie, która nie okazuje mojej prawdziwej osoby.
 Siadam na pomiętej pościeli. Moje nagie stopy dotykają puchatego dywanu. Dywan wygląda tak jak morze. Zupełnie jakby woda rozlała się koło mych stóp, czy raczej pod nimi. Morze, kudłate morze.
  Przeglądam szafki, głośno trzaskając drzwiczkami, gdy je zamykam. Dźwięki te toną w pustce. Mojej wewnętrznej pustce.
  Ciągle słyszę wesoły rozmowy, które są prowadzone w salonie. Mozart. Muzyka. Już nawet nie słychać tego, co robię by, choć na chwilę zaistnieć.
  Jestem zgnieciony przez ,,przyjaciół,, moich ciemiężycieli.
  Wyjmuję soczewki. Dwie czarne półkule puste w środku. Bariera.
  Jeśli sam, bez niczyjej pomocy, odciąłem się to… brak mi odruchów społecznych. Nie uważam się za kogoś, kto oddałby życie za coś, co od początku nie miałoby sensu.
  Dlatego nigdy nie zrozumiem patriotów, bohaterów narodowych, świętych, męczenników.
  Jedni zginęli za wolność. Drudzy za swą religię. Jaki w tym sens? Bo jakiś jest? Czy to po prostu kolejna choroba psychiczna? Chęć poczucia bólu. Czyli ci wszyscy bohaterowie byli masochistami? Lgnęli do bólu? Dlatego nie przeżyli tej chorej wojny? Czy dlatego nie wrócili do swoich rodzin? Tylko dlatego, że chcieli za coś umrzeć? No jeszcze zakonnika zrozumiem. W końcu nie umrze za ukochaną zakonnicę. Celibat, czy coś tam. No, ale cóż. Najwidoczniej są ludzie bardziej nienormalni ode mnie. No w sumie nie rozumiem tych ludzi i nie obchodzą mnie.
  Po co komu Bóg?
  Jeśli Bóg istnieje… to jest bardzo słabym bóstwem. Jak można pozwolić, by jego wyznawcy umierali? Nawet, jeśli to masochiści i nawet, jeśli sprawia im to przyjemność…Przecież życie ważniejsze…
  Nakładam na źrenice soczewki. Czarne włosy, czarne oczy, czarne soczewki, ciemne kolczyki, czarne ubrania, czarne glany, czarne istnienie, czarny świat, czarne życie.
  Dziecko w czerni.
  Noszę oznaki wiecznej żałoby. Żałoba. Czerń. Smutek.
  Czy jestem smutny? Hmmm… Jestem apatyczny. Bez emocji. Bez siebie. Gdzie tu miejsce na smutek?
  Ktoś się głośno śmieje. Patrzę chwilę w kierunku drzwi i … wiem, że to śmiech ojczyma. Do tego odgłosu radości dołącza piskliwy głosik bachorzycy.
  Czemu oni się śmieją? Hormony szczęścia wydzielane w przydużej ilości. Szukają czynności, która je uwalnia. Tylko tyle.
  Czemu czuję się obco we własnym domu?
  Czy ja kiedyś też tak się śmiałem?
   Z nimi, tam, na dole?
   Nie wiem, nie pamiętam.
  Wiem jedno. Nigdy nie poczuję się częścią tej rodziny.


  Zabawa skończyła się jakiś czas temu, a ja siedzę pod drzwiami i nasłuchuję. Jak jakiś uciekinier. Jakbym był złodziejem. Jakbym nie miał prawa tu być.
  Niespokojnie poruszam językiem, którym kręcę kolczyk, tkwiący w dolnej wardze. Ciągle nim ruszam. To mi pomaga. Nie wiem w czym, ale lubię to robić. Tak po prostu.
  Tylko ja tak mogę. Nie każdy ma kolczyk w wardze, więc nie każdy wie, jakie to przyjemne, kojące, uspokajające… Takie… moje, nie moje.
   Nic nie słyszę. To dobrze. Nikogo nie ma, albo wszyscy śpią, chyba że ojczym z matką zajmują się czymś zupełnie odmiennym od snu. Mogą, byle nie głośno. Naprawdę nie interesuje mnie to, co robią, ani z kim. Jeśli woli z tym f**kiem, niech jej będzie. K***a. W końcu są dorośli, prawda? Pożądanie i te sprawy. Kompromitujące odgłosy i … dzieci?
  Uchylam drzwi i wyjątkowo cicho wychodzę z pokoju. Przymykam za sobą stylowe, czarne drzwi. Szaro czarne pierwsze piętro z czerwonymi dodatkami. W końcu dół jest szaro-zielony. Jakaś sprawiedliwość musi być. Ziemia- zieleń. Powietrze- czerwień. Nie widzę w tym sensu, ale ja w niczym nie widzę sensu. Decyzje lalki Barbie zawsze są bezsensowne. Ciekawe dlaczego? Jak ona ma podjąć jakąś mądrą decyzję, mając pusto we łbie? To musi być dla niej nie lada wysiłek. Myśleć. Kto w tych czasach myśli? No … ludzie POTRAFIĄ myśleć tylko o sobie.
  Moja ,,matka” nie ma poczucia stylu. Hamh.
  Spływam po schodach, które ciągną się wzdłuż szarej ściany, wyłożonej grafitowymi kamieniami. Schody też są szare. Bury świat. Czemu to jest szare?
  Schody prowadzą do salonu. Salon jest połączony z kuchnią. Kuchnia jest ,,centrum,, domu, obok której jest długi korytarz z łazienką, prowadzący do biblioteki. Z drugiej strony kuchni też jest korytarz, prowadzący do drzwi wejściowych, wieszaków, szaf na buty. Oczywiście wszystko szare. Z wyjątkowymi akcentami zieleni. W salonie, oprócz stołu jadalnego, ustawionego naprzeciwko schodów, gdzie także stoi barek z alkoholem, stoją dwie czarne, skórzane kanapy, otaczające szklany stolik. Za kanapami, w jedynej ,,nie zajętej,, ścianie, są wielkie okna i drzwi na taras. Wokół całego domu jest wielki ogród. Nawet ładny. Zielony. Latem z mnóstwem kwiatów. Jesienią też. Wiosną jest bardzo kolorowy, a to wszystko dzięki wynajętym ogrodnikom.
  Patrzę przez chwilę na salon, stojąc na ostatnim schodku. Jedynym dowodem na niedawno odbytą imprezę są kieliszki i puste butelki po szampanie.
  Wyczuwam zmieszane ze sobą zapachy damskich perfum, wody kolońskiej, dymu papierosowego i drogiego szampana.
   Nieprzyjemne połączenie- mdlące.
   Dzisiaj nic nie jadłem, dlatego jak zwykle kieruję się do kuchni, gdzie oczywiście otwieram lodówkę i lustruję jej zawartość.
   Są tam jakieś ciasta, sałatki, desery lodowe. Myślę nad tym, czy mam na cokolwiek ochotę. Jak zwykle nie, ale po dłuższej chwili tkwienia w lodówce biorę sobie kawałek ciasta.
   Bomba kalorii uwięziona w czymś tak niewinnym.
   Czy tylko ja, widząc się w lustrze, myślę nad tym, że jestem gruby, będąc niezwykle chudym?
  Pewnie nigdy się nie dowiem, a szkoda…
  Zamyślony siadam na jednej z czarnych kanap. Mój wzrok przykuwa biała koperta na szklanym stoliku.
  Dotykam palcami krawędzi papierowego przedmiotu. List.
  Odkładam na przezroczystą taflę talerz z ciastem.
  Koperta jest już otworzona. Bez wahania wyjmuję zapiski i zapoznaję się z ich zawartością.
  Przeżywam szok.
  To, co tu jest napisane… to… niemożliwe… Nieprawdopodobne.
  Pierwszy raz od jakiegoś czasu czuję jakiekolwiek emocje.
---
---

Alfa: A to taki mały chibi dzieciak w czerni ;)
Beta: Tylko czemu ze skrzypcami?
Drzewek: Bo w przypływie apatii Willi wyrzucił je przez okno, a ten chibi jeszcze tego nie zrobił. *Porąbana logika*
Beta: To niech zrobi to jak najszybciej...

***
W tej części postu znajdują się wycięte sceny z tekstu. Jeśli ma ktoś ochotę może poczytać. Naszej grupie bardzo to poprawiało nastój. Jednakże zrozumiem, jeśli takie właśnie przerywniki zakłócają komuś odbiór tekstu. To na tyle~~ 
***   
 "Tak naprawdę to po prostu hormony wydzielane przez dany organizm. Hormony szczęścia."
----Epizodzikolandia---
Drzewek: Alfi, brakuje ci może hormonów?*Niewinna minka*
Alfa: A co jeśli tak?
Drzewek: To wtedyyyyy dam ci bubeczkę!
Alfa: No to mi nie brakuje hormonów.
Drzewek: Nie chcesz bubeczki?
Alfa: Ty nie umiesz piec... To dziękuję.
Drzewek: Czyli brakuje ci szczęścia! *Skacze dookoła niej i obrzuca ją tęczowym konfetti*
Alfa: Może brakuje mi szczęścia, bo ty całe wykorzystałeś. *Wgapia się w jego uśmiech*
---Happy End---

 "Ciągle słyszę wesoły rozmowy, które są prowadzone w salonie. Mozart. Muzyka. Już nawet nie słychać tego, co robię by, choć na chwilę zaistnieć."
----Przerwa na wybuch śmiechu---
Alfa: Kurcze Mozart. Dobrze, że nie Betoween. *Chichra się. Bo zawsze dostaje głupawki, słuchając muzyki poważnej*.
Beta: Tak masz rację... Byłoby z nami źle...
----I po wybuchu---