Idę powoli przed siebie z wzrokiem wbitym w podłoże. Nie miałem za bardzo pomysłu na to, gdzie iść, dlatego też liczyłem na resztki instynktu, które mnie zaprowadzą w jakieś ustronne miejsce. Moja głowa jak zawsze była cała zapchana myślami.
Nieświadomie skierowałem się w stronę najbliższego, najbardziej zarośniętego przez drzewa miejsca. Jedyne, co na prawdę mnie w tej chwili wkurzało to fakt, że nie miałem czasu porządnie zasznurować glanów, a teraz nie chciało mi się specjalnie stawać, by je zawiązać. Skoro już zdążyłem dobrze się rozpędzić i automatycznie gnałem przed siebie to zatrzymanie się byłoby równoznaczne z późniejszą potrzebą ponownego nabrania pędu. Męczące, nieefektywne, energochłonne.
Emo-Willow... Poprzedni Willow... Jedna osobowość zmieniona na drugą... Czy ten fakt aż tak potrzebował podkreślenia?
O łydkę obijała mi się sznurówka, ale nie mogłem nic z nią zrobić (Z wiadomych powodów). Jedynie wpatrywałem się w sznurek, który bez przerwy się poruszał po chodniku. Dłonie miałem wsunięte w kieszenie dżinsów. Dookoła mnie ciągnęły się szeregi drzew i krzaków, których piękne, ociekające zielenią liście tworzyły mozaikę, dzięki której świat złożony z betonu przestawał istnieć. Stawał się tylko ulotnym wspomnieniem.
A tak w ogóle może dla lepszego pierwszego wrażenia powinienem zacząć się ciąć? Jak na porządnego, przygniecionymi problemami chłopaka przystało? Wtedy będę mógł posiadać rangę monstrum. Będę mógł się moimi bliznami chełpić przed osobami, a tym samym mocniej się pogrążać w oczach psychologa...
Choć właściwie jak czarny kolor miał robić ze mnie potwora? No i jakieś dziwne rany i blizny na rękach, których na szczęście nie miałem... Nigdy bólu nie lubiłem, ale może to nie jest wcale takie złe? Może po pewnym czasie bym się do tego przyzwyczaił i po prostu uzależnił? Przynajmniej mam takiego farta, iż nienawidzę swojego ciała, więc okaleczanie go nie będzie zbyt dużym problemem. Tylko mdłości mogą być... Niemiłą częścią tego wielkiego, genialnego planu.
Nie... Aż tak siebie nie zmienię. Nie jestem wstanie... Nie... Nie potrafię.
Doszedłem do zaniedbanej części parku. Zostawiłem za sobą wszystkich możliwych obserwatorów, którzy przypadkiem o tej porze wybrali się na spacer. Nie wątpię, że w większości byli to turyści. Przynajmniej mnie nie zaczepiali. W końcu i tak, i tak odpowiedzi by ode mnie nie dostali.
W miejscu, w którym się znalazłem, znajduje się nieużywane od dawna boisko z betonem zamiast zielonej murawy. Usiadłem na ogradzającym to miejsce płocie, który został stworzony przez jakieś nieznanego, szurniętego architekta, który postanowił dorobić sobie na boku. Składał się on z pozornie zwyczajnych, metalowe ram, które dawno wyszły z użycia. Zdobiły je wypłowiałe od słońca kolory, kiedyś pewnie żywe, kujące w oczy. W tych oto 'ramkach' znajdowała się muśnięta rdzą siatka, zastępująca zwyczajowe sztachety. Ot, w swej zwyczajności, i nie modnym wyglądzie, niezwyczajny płot.
Utkwiłem wzrok w podłożu. Akurat do obserwacji trafiła mi się kępka zeschniętej trawy, która jakimś cudem przebiła się przez beton. Z resztą było tu więcej takich cudów. Może dzięki temu to miejsce wyglądało na zapuszczone?
Kto to wie... Może serio jestem taki zły? Może faktycznie taki ze mnie potwór, degenerat, niedobre dziecko, niespełniające wymagań rodziców. Powinni mnie za to skazać na banicję. Swoją drogą. Nie jestem ani przestępcą, ani psychopatą, ani pedofilem, nie jestem osobnikiem wypaczonym w stopniu hardowym. Działam zgodnie z prawem! W końcu w moim kraju mogę od 16 roku życia do szkoły nie chodzić, więc gdzie tu te moje wykroczenia przeciw prawu? Jestem czysty!
W jakimś stopniu nawet cieszę się, że jestem w tym miejscu sam i w końcu mogę sobie porządnie pomyśleć. Nikt mi tego skomplikowanego procesu nie przerwie. Nikt nic nie zepsuje. Jestem tu tylko ja, zardzewiały płot, boisko, chwasty i te polne kwiaty, które z niewiadomej przyczyny pną się po metalowej siatce. Wróbli wolę w to wszystko nie wciągać. Te paskudy jak dotąd nie zasłużyły na tego typu zaszczyt.
Sierra to na prawdę szczwany lis. "Wykręca" się od pieniędzy gadką, że spłaca jakiś tam dług. Pewnie uważa, że gdy pokaże takie podejście do całej sprawy, to nie tylko spłaci ten wyimaginowany dług, ale także dostanie duży czek za wielkie zaangażowanie w sprawę. W końcu Aron jest dziany i może podreperować dziurę w budżecie podrzędnego pracownika. Bo kto to tam wie, czy ten cały Doneo tak dobrze prosperuje na rynku. Może ten przyjacielski dług spłaca ARON, dając psychologowi jakąkolwiek pracę? Hm? Czy ta teoria nie miałaby czasem szansy się bronić?
I co ja mogę poradzić, że w tym wypadku mam podobne zdanie do Amji? W końcu każdy połasi się na duże pieniądze. Tym bardziej bezmózga Barbie.
W końcu czyż to nie ona żyje na koszt Arona? ( No chyba, że jedna nie zwolniła się z pracy w biurowcu i udaje, że ta posada wcale jej nie urąga. W co szczerze wątpię.) Co prawda moja wiedza na jej temat skończyła się kilka lat temu... No dobra, nie wiedza, a zainteresowania, wiedzy raczej nie da się pozbyć... Mniejsza z tym... Amja ma teraz wszystko, robiąc niewiele. Nie musi nawet zajmować się domem, nie musi gotować, nie musi się martwić o nic. Ma zapewnioną przyszłość i to ją powinno całkowicie zaspokajać. Ale nie... Ona tak nie potrafi. Zawsze była nienasycona.
Głupia.
Przynajmniej ja należę do tej apatycznej części społeczeństwa, która jest żałosna na swój własny, oryginalny, sposób.
Za to ona nie dość, że głupia, to jeszcze zdesperowana, choć nikt tego oczywiście nie widzi!
Co określam mianem desperacji?
Słownik określiłby to utratą nadziei, rozpaczą, bądź nieobliczalnością w działaniu, spowodowaną znalezieniem się w ekstremalnej sytuacji.
Ale Amja zdaje się nie znajdować w żadnym z tych stanów. No właśnie. Zdaje się. Dla mnie jej desperacja jest działaniem spowodowanym ogromnym, zakorzenionym głęboko strachem, o który nikt jej nigdy by nie posądził.
Dlatego właśnie ja wolę definicję apatii. W końcu jest to stan zmniejszonej wrażliwości na bodźce emocjonalne i fizyczne. Ponoć towarzyszy mu obniżenie aktywności psychicznej i fizycznej, utrata zainteresować, mała liczba kontaktów i takie tam. Prawda, że to trafne dla mnie określenia? Podobno jest to także objaw depresji.
Podobno. Tego akurat nie sprawdzałem.
Gwałtowny powiew wiatru wprawił w ruch moje włosy, a także sprawił, że boisko zatonęło w uspokajającym szumie liści.
To wszystko było takie idealne. Perfekcyjny podkład dla tych wszystkich nie wyrażonych na głos myśli.
Co ciekawe według niektórych poglądów filozoficznych apatia to stan wolny od wzruszeń, pozwalający osiągnąć pełnię szczęścia.
Ten pogląd bardzo mi się podoba. W ten sposób wychodzi na to, że jestem szczęśliwym stoikiem.
Stoikiem? Dobra... Nie. Jestem sobą i tyle. Po co uważać się za kolejną osobę z tłumu?
Powoli wypuściłem powietrze z płuc, wyobrażając sobie, że wraz z dwutlenkiem węgla z moich ust ulatuje dym. Chcę zatonąć i zakotwiczyć się tam głęboko pod wodą. Nie będę musiał żyć w obłudnej rzeczywistości, w którą próbuje mnie wepchnąć psychiatra.
Stalowy płot zaskrzypiał, wtórując tym samym serenadzie wyśpiewywanej przez wiatr, na naturalnych instrumentach. Łaskawie zacząłem przyglądać się gromadce wróbli, która zabawiała się skacząc po ramie pustej bramki. Niektóre osobniki znajdywały się także w innych częściach boiska. Niektóre wskakiwały w trawę, inne przechodziły przez oczka w siatce, rozciągniętej między metalowymi ramami. Jedne były śmiesznie nastroszone, próbując się upodobnić do pierzastych piłeczek, a inne szczupłe, przy kości. Samce bardziej, a samice mniej ubarwione. Na każdym ptaszku mogłem swobodnie znaleźć plamę szarości. Właśnie dlatego tak bardzo ich nie lubiłem.
Chyba... Nie chcę już myśleć. Nie chcę. Nic mi to nie daje, a tylko podłamuje i niepokoi. Zwłaszcza, że zawsze muszę podjąć w rozważaniach nieodpowiednie tematy.
Sierra niczego się nie dowie. Nie muszę się niepokoić. Nie muszę. Ja nic, NIC, nie pamiętam. Nie pamiętam, NIE PAMIĘTAM przeszłości. N I E P A M I Ę T A M.
Nie pamiętam, bo z tym, co się stało, nie da się pogodzić.
Nie przypomnę sobie tego. N I E.
Przymknąłem oczy i spuściłem lekko głowę. Pełny spokój. Muszę się na tym skupić. Skupić na spokoju.
Pamiętam, nie musisz się niepokoić o te wskazówki. Kompletny brak uczuć. Wskazówki pamiętam. To jest dla mnie najlepsze. Nie mogę się przecież denerwować, ale... Dopiero teraz, gdy ktoś próbuje do mnie dotrzeć, poprzez ciągłe, natarczywe naciskanie w jeden punkt, zrozumiałem jakie to wszystko jest trudne.
Trudne jest to, czego się podjąłem te cztery lata temu.
Ta liczba. ta czwórka. Ona wcale nie sprawia, że mój puls przyspiesza. Wcale nie ściąga na mnie paniki. Wcale nie jest moim fatum. Wcale nie jest moim przekleństwem. Moją zmazą. To nic.
Właśnie dlatego. Dlatego, że to nic, nie mogę boleśnie drapać świeżo zagojonej rany. Po prostu NIE.
Dlaczego jeszcze żyję?
Nie. Tak, wiem. Nie. Nie mogę iść w tę stronę. Tylko nie w tę stronę.
Życie to nie jest wcale wartość nadrzędna. To my jesteśmy dla siebie wartością nadrzędną. Nic więcej. Tak, to też pamiętam.
Siedząc tak na tym płocie powoli zaczynałem czuć się dobrze. Dostawałem teraz dużo więcej spokoju niż w pokoju, niż w tym domu, wśród tych wszystkich ludzi. Doskonale wiedziałem, że to właśnie tak powinno być. Pasował mi ten zastój. Ten całkowity brak czegokolwiek. Tak długo do tego dochodziłem. Tak długo nad tym pracowałem. Tak długo tworzyłem i pielęgnowałem tę czarną dziurę, która zasysała wszystko, co stanęło jej na drodze. Wszystko, co się wcześniej liczyło. Dzięki temu się nie buntowałem. Bunt nigdy nie miał sensu. Sprzeciwianie się Losowi nic nie daje.
Mam swoje racje, ale pokazywanie komuś różnicy między moim sposobem myślenia, a czyimś wychodziło poza moje kwalifikacje. Nie byłem do tego zobowiązany. Nic nie podpisywałem, nie? A skoro nie odczuwałem żadnej przyjemności z prowadzonej konwersacji, tooo po co mi to było? Z resztą co przyjemnego jest w rozmowie? Po co konfrontować z kimś zdania? Po co te wszystkie potyczki słowne? Po co się w ogóle komunikować? Nie daje to nam nic materialnego.
Co ja w tym wszystkim kiedyś widziałem?
Monolog.
To już w ogóle nie ma sensu.
Jakby cokolwiek miało sens.
Lubię parki.
Dziwne stwierdzenie, nawiązujące... Dobra. To do niczego nie nawiązuje.
Może zapnę skórę...
I tak też zrobiłem. Powoli zaciągnąłem zamek na samą górę. Od razu zrobiło mi się cieplej.
Kątem oka zarejestrowałem fakt, że ganiające dookoła ptaki coś przepłoszyło. Wzleciały ciemną chmurą do góry, szukając w popłochu miejsc, w których mogłyby się ukryć. Wróble poprzysiadały na gałązkach okolicznych krzaków, drzew, a także odległych fragmentów płotu, spoglądając w moją stronę z niepokojem.
Zwierzęta to jednak są ostrożne. Zapobiegają instynktownie najmniejszej szansie śmierci.
- Will.- Obok mnie oparł się osobnik, którego tembr głosu zdążyłem już zapamiętać. Czemu on tak uczepił się tego zdrobnienia? Co w nim takiego było? Tak go wymawianie tej sylaby ekscytowało, czy co?
Nawet nie spojrzałem w kierunku przybysza, uważając z góry takie działanie za zbyteczne.
Założę się, że gdyby Sierra był przedmiotem to z pewnością byłby... Bumerangiem. Raz wprawiony w odpowiedni w ruch uparcie wraca do osoby, dzięki której mógł przeciąć przestworza.
Z kolei ja byłbym poduszką. Nie wiem dlaczego akurat nią, bo do puchatych osób nie należę. Ale tak. Taki jasiek. Taki ręcznie haftowany w bajeczne wzory, albo taki zwykły, koloru letniego, bezchmurnego nieba.
- Nie możesz ciągle uciekać.- Głos szarookiego był spokojny i łagodny, ale przecież się mylił. Nikt nie zabroni mi się wycofywać.- Zabraniam ci. Odtąd przestaniesz uciekać.- Miałem wrażenie, że jego wzrok się we mnie wbił.- Nie martw się. Zadbam o to, byś podchodził do prób starcia się ze swoimi problemami.
O to nawet martwy by się nie martwił, człowieku, a co dopiero ja.
- Wiem, że nie wierzysz w słowa twojej matki. Jak na razie to dobrze. Przynajmniej w tej sytuacji. Twoja mama kierowała się emocjami. Nie sądzę by przemyślała to, co powiedziała.- Haloo. I kto tu powinien mieć swojego psychiatrę? Ja czy ona?- Will, pamiętaj, że nie jesteś potworem, tylko chłopakiem, który nie poradził sobie z własnymi problemami. Sądzę, że to nie twoja wina.- Czyżbym został przez Sierrę uniewinniony, a jednocześnie czyż nie zasugerował mi, że jestem nieudacznikiem?
Zawsze o takim połączeniu marzyłem! Szkoda jedynie, że zupełnie nic mi ono nie daje.
I niby on mnie rozumie? Nie sądzę by był on wstanie mnie zrozumieć. Rozmijamy się wiekowo, więc ten, ciebie, Sierro, na samym początku ten fakt skreśla.
W końcu czy ktokolwiek o tym myślał, czy też brał to do siebie?
Nie będę odpowiadać na te pytania.
To nie moja sprawa.
Chyba...
______________________________________
Alfa: I tym oto sposobem po dość długim czasie wstawiam nowy post. Może ktoś tu jeszcze jednak zajrzy. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Życzę wszystkim dobrych wakacji!
No i dziękuję za doping. ;-; Zdecydowanie przyda mi się, jeśli średnio za tydzień chcę dodać kolejny post.
Dasz radę, Reijinaldzie?
