Translate

Współtwórcy

poniedziałek, 31 marca 2014

Rozdział 1 ,, Ten, zagubiony w świecie,,



  Budzę się rano. Jestem niewyspany. Zmęczony. Poirytowany. Taki, jak zawsze.
  Leżę nieruchomo w łóżku, wpatrując się w przygniatający mnie do ziemi szary sufit. Słyszę dźwięki, mówiące mi o tym, że domownicy wstali i rozchodzą się w miejsca pracy, wyjątkowo do szkoły.
  Nikt się mną nie interesuje i mi to pasuje. Pasuje mi to, że ojczym gdzieś wyjechał. Pasuje mi to, że matka wiezie do szkoły rozpieszczoną siostrę. Nic mi w tym nie przeszkadza. Mam dopiero 17 lat. Jestem naprawdę młodym członkiem społeczeństwa. Choć nie czuję się jego częścią i nie dbam o to, czy jakoś się ogółowi przysłużę.
  W końcu podnoszę się, ubieram w to co zwykle, wiążę glany i schodzę na dół. W lodówce, która ma ten dupny szary odcień, nic nie ma.
  Kuchnia jest tu połączona z salonem, który jest na tyle duży, że można w nim spokojnie grać w mini hokeja. Szarość. Wszędzie ta szarość. To, że ja jestem szary wewnątrz i na zewnątrz, nie znaczy, że moje otoczenie też musi takie być. Ale stało się i dom jest szary. Mój pokój również. Szarość.
  Stylowe czarne, skórzane kanapy stoją wokół szklanego, usianego gazetami stolika. W rogu, pod prawą ścianą jest regularnie uzupełniany barek. Idealny na domówki. Ale hause party nigdy mnie nie interesowały. Nie mam nawet z kim imprezować, więc… zwyczajnie nie imprezuje.
  Pod ścianami stoją małe palmy, które powinny nadać pomieszczeniu trochę przyjemniejszy wygląd. Ściany z obrazami są podświetlane od dołu przez lampy. Impresjonizm. Barwne plamy na płótnie. W tym miesiącu przedstawiają martwą naturę. Lasy. Mise z owocami. Łąki. Plaże. Pustynie. Góry. Klimaty tak uwielbiane przez moją ,,matkę,,. Przez tę lalkę barbie. Na komodach z poustawianymi kieliszkami znajdują się te zdjęcia. Zdjęcia, na których nie istnieje. Nie ma mnie. Już nikogo nie interesuje.
  Wypijam kawę. Mocną z cukrem. Zjadam kanapki. Nie czuje tego, co jem. Jestem bardzo ograniczony smakowo. Dla mnie niemalże wszystko smakuje jak papier.
   Wychodzę. Nie na widzę siedzieć w domu. Ta szarość mnie przygniata. Moje rozważania zabieram ze sobą. Nigdy nikt się w to nie zagłębi, ani mi tego nie odbierze. To jedyne co mam tylko dla siebie.
   Kieruje się do pobliskiego parku. Zapuszczonego parku. Miasto nie wydaje pieniędzy na odbudowę takich rzeczy. Pewnie kiedyś sobie przypomną o tym miejscu i zepsują cały jego urok. Na razie drzewa pną się tam gdzie chcą. Trawa jest bujna i długa. Nikt jej nie przycina. Może swobodnie wyciągać się ku słońcu.
 Czasami nawet ludzie nie mają aż tak wielkiej swobody w działaniu.
  Chwasty walczą o teren z polnymi kwiatami. Czasami widać przebiśniegi i krokusy. Biel. Żółć. Fiolet. Dzikie wiśnie usiane są białymi kwiatami. Od czasu do czasu widać drzewa w różu, zieleni,  żółci.
   Wczesna wiosna.
   Torba, którą nie wiem po co zabrałem ze sobą, obija mi się o bok. Włożyłem tam podręczniki. Nie mam pojęcia dlaczego. Skórę mam rozpiętą. Nigdy się z nią nie rozstaje. Jest to chyba część garderoby, pomijając glany, która daje mi jako takie poczucie bezpieczeństwa. Moje małe dziwactwo. Choć jak tu mówić o małym dziwactwie skoro ja cały jestem dziwakiem?
  Szukam sobie miejsca. Miejsca, w którym przeegzystuje kolejny dzień. Kolejny mały azyl. I w końcu docieram do czegoś co jako tako mnie satysfakcjonuje. Wzniesienie. Ławka, a raczej jej resztki.
  Znowu olałem szkołę. Nie wiem kiedy przestało mi zależeć. To było tak dawno. Sam się sobie dziwię. Dołączam do grupy bezmózgowców. Będę kolejnym niewykształconym nastolatkiem.
  Inni robią coś takiego, by pokazać znajomym jacy to oni mocni. Pochwalić się niezależnością. Zapalić. Uchlać się. Naćpać.
   Na samą myśl wywracam oczami.
   Mi po prostu nie zależy. Czy o moim poziomie inteligencji mówią oceny? No chyba nie.
   Siedzę w tym zapuszczonym parku na jakiejś rozwalającej się ławce, bez belek do siedzenia. Przycupnąłem na oparciu. Zielona ławka, obdrapana niemal całkowicie z farby mnie nie obrzydza. Moja czarna torba z wyszytymi czerwoną nicią swastykami, leży na ziemi. Książki walają się pośród trawy, wypadły z na wpół zapiętej torby. Nie chce mi się ich zbierać i tak z nich nie korzystam.
  Przez chwilę rozważam myśl nachlania się w samotności, ale szybko odrzucam ten pomysł. Nie lubię smaku alkoholu.
  Nigdzie mi się nie spieszy, więc trwam na ławce, przyglądając się przechodniom. Ojcowie z wózkami. Matki z dziećmi. Biegające ,,smarki,,. Palący nastolatkowi.
  Wszyscy zamknięci w swoich światach. Każdy ma coś, dzięki czemu odcina się od rzeczywistości. Alkohol. Seks. Narkotyki. Praca. Nauka. Książki. Wymieniać można bez końca.
   Od czasu do czasu ludzie rzucają w moją stronę dziwne spojrzenia, ale udaję, że tego nie dostrzegam. Wyglądam jak zwyczajne, zakolczykowane Emo w jeansach, glanach, skórze, bluzce z jakimś rockowym zespołem.
   Nawet mój wygląd nie pokazuje prawdziwego mnie.
   Dlaczego nikt nie próbuje do mnie dotrzeć?
   Dlaczego ja wszystkich odrzucam?
   Jestem bardzo aspołeczną osobą. Zamkniętą na innych. Każdy w końcu jest zajęty tylko sobą. Nikt inny go nie obchodzi.
   Nie mam żalu do rodziców o ten głupi rozwód. Byli ze sobą nieszczęśliwi. Rozumiem, ale… Teraz zostałem zupełnie sam. Kiedyś przynajmniej udawali, że im na mnie zależy. Zasypywali mnie gradem pytań. Kiedy wrócę. Jak w szkole. Co chcę na kolacje. Czy mam ochotę na lody. Czy chcę coś na urodziny. Jakie dostałem oceny. Wtedy mnie to wkurzało, ale teraz? W końcu zrozumiałem, że te pytania były dowodem ich rodzicielskiej ,,troski,,. Troski, która mnie wnerwiała, troski której teraz tak bym chciał, a równocześnie mnie nie obchodzi czy mnie nią obdarzą czy nie. Obdarzą? No tak. W końcu to dar, ale mnie już to nie dotyka. Niech mają sobie tę rozpuszczoną bachorzycę Altheę.
   Wcześniej to ja byłem rozpieszczany, a potem… okazało się, że są razem tylko ze względu na mnie i na tę dziewczynkę. Gdy po raz kolejny się na nich wypiąłem, oni wypieli się na mnie.
   Naturalny odruch każdego człowieka, odpłacić za krzywdę.
   Jedyne co mnie nurtuje to … jest to, że to właśnie ja odkryłem, że matka ma kogoś. Nie ma to jak nakryć matkę na seksie z zupełnie mi obcą osobą. Jednak okazało się, że było to całkiem normalne. W końcu ojciec także miał kochankę. Ja już nie potrafiłem z nimi tak żyć. Nigdy mnie nie interesowało ich współżycie, ale wydało mi się obrzydliwym to, że spali w jednym łóżku, jednocześnie się zdradzając. Wtedy stałem się zupełnie na nich obojętny. Niech się dzieje co chce. Ja ich nigdy nie potrzebowałem do szczęścia. Niech w końcu się zdecydują czy kochają siebie, czy kogoś innego. Ja chcę tylko spokoju.
   Zamiast skupić się na nauce i dopięcia wszystkiego na ostatni guzik, by chociaż jakoś związać koniec z końcem to ja… szlajam się samotnie po mieście.
   Co mnie czeka jutro?
   Zapewne to samo co dzisiaj.
   Beznadzieja mojego życia mnie dobija.
   Powoli park pustoszeje.
   Tkwię już kilka godzin w tym samym miejscu. Moje ciało zdrętwiało, ale nie zważam na nieprzyjemne odrętwienie.
  Latarnie, stojące po obu stronach drogi zarośniętego parku, zapaliły się. Wielkie, rozłożyste drzewa toną w ciemności. Ostatni, spóźnieni nastolatkowie, mężowie, emeryci spieszą do domów. Ja nadal siedzę na zniszczonej ławce. Książki do szkoły ciągle są rozsypane po ziemi.
  Nie obchodzi mnie chłód. Nic mnie nie obchodzi.
  Wiosenne noce bywają zimne, ale ja nawet nie zapinam swojej czarnej skóry.
  Na ciemnogranatowym niebie widać księżyc w pełni. Tyle gwiazd. Natura potrafi być naprawdę idealna.
   Nie odczuwam głodu. Przywykłem do tego, że w ciągu dnia, nic oprócz śniadania, nie jem. Może dlatego jestem taki chudy? No ale w końcu pulsujący głód zanika, więc da się tak przetrwać.
   Pijacy zaczynają szfędać się po parku.
 Na ciemnej ziemi dostrzegam jaśniejsze akcenty- przebiśniegi.
   Nie wiem ile zamierzam tu siedzieć. Przecież nic mnie nie obchodzi.
   Telefon zniszczyłem tydzień temu. Jakoś mi go nie brakowało, no jedynie brak muzyki lekko bolał.
    Jakoś trzeba tu przeżyć.
    Matka pewnie już jest w domu i jak zawsze, nie zauważyła mojej nieobecności. Nie ma co, troskliwa kobieta.
    Ironizuje. Całe moje życie jest przepełnione ironią.
    Jakoś tak wyszło. Jeśli powoli się staczam, albo już się stoczyłem, to nie moja wina. Nikogo też o to nie oskarżam. Jeśli sytuacja rodzinna może stłamsić to jestem tego najlepszym dowodem.
    Jest coraz zimniej. Wiatr porusza z szumem gałęziami drzew. Gołębie siedzą wśród listowia. Jakiś kot idzie cicho przez trawę, a ja ciągle siedzę na rozwalającej się ławce.
   Jest już pewnie koło 1, ale nie chce mi się stąd iść. Nawet jeśli zamarznę to nikt się tym nie przejmie.
  Bo kto miałby się zmartwić?
  Matka? Ojciec?
  Szmaty jedne.
  Niech sobie żyją własnym życiem. Nich zdradzają. Niech się parzą. Niech się kochają. Niech się gwałcą. Nie obchodzi mnie to. Tak jak nikogo nie obchodzę ja.
  Wpatruje się w nocne niebo. Mogę tu siedzieć godzinami.
   Ciemność już dawno mnie ogarnęła.
   Ciemność wciąż ogarnia mnie i tuli do swej piersi. Jest to jedyna tak dobrze znana mi rzecz.
   W końcu jestem tym zagubionym we świecie.
   I dobrze mi z tą świadomością.
   Nigdy nikt nie odnajdzie prawdziwego mnie.
---
---

Beta: Zapomnieliście się pokolorować.
Drzewek:Właśnie to robimy. Kolorowuje wszystko na różowo! *lata z różową kredką po pokoju i rysuje po ścianach* (Błąd był zamierzony)
...
Alfa: Zgubiłam Park. *Siedzi smutno przed komputerem i wgapia w ekran*.
Beta: No brawo... takie wielkie miejsce, a ty je zgubiłaś...*kręci głową*
Alfa: I co teraz? *Zwiesza głowę*
Beta: Szukaj go.

Alfa: Yey! Znalazłam parczek Willowa!*Skacze ze szczęścia*
Beta: No widzisz. Mówiłam, że dasz radę.
***
W tej części postu znajdują się wycięte sceny z tekstu. Jeśli ma ktoś ochotę może poczytać. Naszej grupie bardzo to poprawiało nastój. Jednakże zrozumiem, jeśli takie właśnie przerywniki zakłócają komuś odbiór tekstu. To na tyle~~ 
*** ----Drzewek komentuje, bo tak---
 Drzewek: Mam wrażenie, że wszyscy tak reagują po obudzeniu się.
~Epizodzik z rana~
 D: Która godzina? A: 9. D: Co tak wcześnie mnie obudziłaś?! *I dźwięk lecącego kapcia w stronę drzwi*. A: Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje! *Chowa się za drzwiami*. D: Tak i to w pysk. Nie ruszam się stąd przed 13, zapamiętaj. A: Tsaaa. To zjem tę czekoladę sama. *Schodzi po schodach*. D:Czemu od razu nie mówiłaś, że masz czekoladę?! *Biegnie za nią z "wywalonym językiem"*
~Koniec epizodu~
Alfa: No cóż. Bycie współlokatorami ma swoje wady.*Westchnienie* I tak cię kiedyś zwiążę i wrzucę do piwnicy!
Drzewek: Uff. Co za szczęście, że jej nie mamy.
Beta: Chętnie wam ją wykopię. *Szatański uśmiech*
Drzewek: Mam się bać?
Beta: Możliwe...
----I po komentarzu---
 "Kieruje się do pobliskiego parku. Zapuszczonego parku. Miasto nie wydaje pieniędzy na odbudowę takich rzeczy. Pewnie kiedyś sobie przypomną o tym miejscu i zepsują cały jego urok. Na razie drzewa pną się tam gdzie chcą. Trawa jest bujna i długa. Nikt jej nie przycina. Może swobodnie wyciągać się ku słońcu."
----Z komentarzem---
Drzewek: Taka dłuuga, bujna i zapuszczona może być ludzka broda gostka, leżącego w zapuszczonym, dużym parku. Taka swoboda w działaniu! Hahaha *Brechta się sobie na ziemi*
Beta: *Patrzy na niego z politowaniem* Jakieś leki uspokajające?
Drzewek: A masz ibuprom? Wtedy wezmę,bo wiesz" I bum, i bum, i bum i bum i bum, i bum, i bum" *Nuci piosenkę z reklamy*
Beta: Jemu już nic nie pomoże... *Smutna kręci głową*
----I bez komentarza---
 " Pijacy zaczynają szfędać się po parku."
----Nie za bardzo potrzebny komentarz---
Beta: A gdzie mają chodzić?
Drzewek: ... biedne obsikane drzewa.
Alfa: *Parsknięcie* Drzewa raczej nic nie czują.
Drzewek: Czuję się obrażony.*Ciąga nosem*
---- I to na tyle---

niedziela, 30 marca 2014

Prolog. ,,Ten, o którego istnieniu wszyscy zapomnieli.”



  Siedzę na szczycie budynku.
  Przechylam się do przodu, balansując na barierce. Pomiędzy butami widzę przepaść, a przede mną rozciąga się piękny, niezwykły widok. Panorama miast, oświetlana przez zachodzące słońce. Jest to jedyna rzecz, która nigdy mi się nie znudzi w tym miejscu. To jest coś, co utrzymuje mnie przy życiu. Sprawia, że ani przez chwilę nie myślę o tym, by skoczyć.
 Miejsce, w którym się obecnie znajduję to jeden z tych wieżowców, poświęconych wielkim koncernom. Jest to zwykła, wielopiętrowa, szklana konstrukcja, która mieści w sobie od grona boksów z urzędnikami. Ci ludzie siedzą i wstukują niezwykle-ważne-informacje-ratujące-ich-życie do bazy danych firmy niczym te postaci z filmów, które przez wieczność siedzą pochylone nad staroświeckimi maszynami do pisania.
  Po prostu siedzę na dachu biurowca, który przetrzymuje zwykłych, zabieganych ludzi.
  Jeśli bym się skupił na opisaniu personelu tejże firmy musiałbym uwzględnić w moich rozważaniach sekretarki, które kreują się na niezwykle ważne, potrzebne światu osoby. Starają się człowiekowi pokazać jak mało ich obchodzą. Zgrywają niedostępne, straszne, odstraszające. A przecież to od ilości klientów zależy czy dalej będą pracować. Jednak w tak dużym koncernie, jak ten, nie muszą się o to martwić.
 Dalej musiałbym wymienić poważanych przez społeczeństwo biznesmenów, czy bizneswomen. Następnie tych ludzi w biurach, którym nie powiodła się droga na szczyt. Dlatego teraz muszą zadowolić się własnym biurkiem i stertą papierów, której nigdy nie ubywa. Dalej trzeba zwrócić uwagę na obrzydliwie bogatych celebrytów, mężczyzn i kobiety, mających ogromne spadki, a tym samym wpływ na politykę. Mogą wykorzystać swoją pozycję społeczną.
 Jak na porządną firmę prawniczą z poddziałami takimi jak: doradztwo finansowe, notariusze, komornicy, pełnomocnictwo cywilne, porady prawne, ubezpieczenia...
 Jest to koncern, z którym mają kontrakty wszystkie ważniejsze instytucje. A przynajmniej tak słyszałem...
 Gdy idzie się przez korytarze tego budynku ma się zetknięcie z różnymi rozmowami, historiami, sytuacjami rodzinnymi, majątkowymi, zdrowotnymi. Jest to istna wycieczka przez ulotne chwile życia innych. Inni pewnie o tych istotnych faktach zapomną, zajmując się następną i następną pracą.
 Jednak mi.... Mi to wszystko zapada głęboko w pamięć.
 Zawsze będę pamiętał te konspiracyjne szepty, te głośne krzyki oburzenia, błagalny ton głosu starszych osób, nie mogących uzyskać własnej renty, te spokojne pytania o występki osób... Zawsze... Zawsze...
 Lubię przysłuchiwać się zza drzwi tym strzępką informacji, które nie dają pełnego poglądu na daną sprawę.
 To jest takie... Niesamowite. Niesamowite widoki. Niesamowite informacje. Niesamowite tragedie. 
 Nie dość, że te tragedie przeżywają pracownicy, bo każdy z nich ma własną rodzinę, to jeszcze przychodzą klienci z niezwykle barwnymi intrygami życia codziennego.
 To jest tak prosty sposób na oderwanie się od rzeczywistości. Zgubienie siebie w historiach innych.
 To takie... Niesamowite.
 Jednak tym razem nie przemykam korytarzami tego przedsiębiorstwa prawnego. Siedzę sobie na dachu, z ciemnymi płytami baterii słonecznych za plecami i próbuję odetchnąć.
 Tu, u góry, jest zimno. Z każdym wdechem powietrze nieprzyjemnie kłuje w płucach.
 Tu, u góry, wieje. Bezlitosny wiatr smaga mnie po twarzy, przenikając przez moje ciało do szpiku kości.
 Tu, na górze, jest wilgotne powietrze. To ono tak utrudnia mi oddychanie.
 Czuć, że niedługo spadnie deszcz, choć na ciemniejącym niebie jeszcze nie zebrały się chmury. Przynajmniej ich nie widać. 
 Nikt się tu, na górze, mną się nie interesuje. Taka przypadłość. Samotność
 Ale to właśnie tutaj, na górze, mogę otwarcie wszystko obserwować.
 Mogę bez kozery wpatrywać się w kontur budynków, otaczających mnie ze wszystkich stron. W pędzące donikąd autostradą samochody. W przechodniów, którzy wyglądają jak mrówki. W ptaki, wzlatujące w niebo, mające problem z rozróżnieniem otwartej przestrzeni od szyb. W drzewa, stojące na rogach ulic, starając się zazielenić, upiększyć miasto. Ale nie przerastają one tych wielkich, stalowych roślin, które od tak w tym miejscu się rozrosły.
 Po prostu mogę obserwować życie, nie czując się jego częścią.
 Dzisiaj księżyc w pełni zawiśnie nad sądem. Tak, bo w tym miejscu znajduje się także sąd. Manufaktura pełna prawników, adwokatów, mecenasów, radców finansowych i innych, znajduje się tuż obok gmachu sądowniczego. Niesamowite, prawda?
 Myślę, że ironia jest pięknym sposobem wyrażenia siebie. Życie jest niesamowite, pełne niesamowitości, ale go nienawidzę i kocham właśnie przez tą niesamowitość.
 Nienawidzę, ale kocham.
 Miasto wieczorem. Niezwykły widok. Ten cały zachód słońca. Trwa tylko kilka minut, a można go podziwiać w nieskończoność i nigdy się nim nie znudzić. Świat pokryty purpurą, szkarłatem, różem. Ukryje niedoskonałości, ślady zbrodni, morderstw, gwałtów, wypadków, bólu. Miasto będzie wyglądać jak jakieś miejsce z bajki… Takie piękne.
 Uwielbiam zachody słońca. Kolejna piękna rzecz dająca światło na życie.
 Na niebie pojawiają się pierwsze gwiazdy. Dzisiaj nad miastem nie wisi smog. Powietrze jest zadziwiająco czyste, zimne, pachnące deszczem, światem, miastem.
 Czy tylko ja zachwycam się takimi rzeczami? Dlaczego? Przecież jestem tylko kolejnym samotnikiem na tej kuli ziemskiej. Wielu takich tu jest... Nic niezwykłego...
 Jestem tu ja i moja wyobraźnia, która daje mi cieszyć się chwilą. Pomaga przetrwać kolejny dzień. Cieszmy się chwilą, zanim ta uleci.
 Będę tu siedział dopóki nie będzie całkowicie ciemno.
 Dlatego czekam.
 Gdy w końcu zapada zmrok, przekręcam się na chłodnej poręczy i z dłońmi w kieszeniach obszernej skóry, kieruję się do wyjścia z zieloną strzałką. Nie wiem czy czuję żal, czy nie. Ale już zwiędła we mnie ta chęć zachwycania się życiem. Może moja nadzieja znowu spadła z tego małego okna, przez które starała się dotrzeć do mojego ciemnego wnętrza. Znowu jej się nie udało.
 Idę powoli przed siebie z opuszczoną głową. Wiem, że nikt nie zwróci na mnie uwagi. Nikt nie będzie zdziwiony faktem, że po budynku pałęta się jakiś nastolatek. Że po budynku pałęta się przybrany syn szefa. Przyjęli to do wiadomości i udają, że nic nie widzą. By się nie narażać. 
 Przechodzę koło uchylonych drzwi do gabinetu, w którym toczy się zażarta kłótnia.
 Na pewno nie między pracownikiem, a klientem.
 Kątem oka wpatruję się w złotą tabliczkę na drzwiach.
 "LUCIA SUNTREE" głosi napis, na który składają się wytłoczone w metalu litery.
- ... mógłbyś w końcu przestać?! Myślisz, że to takie zabawne, gdy mi się w ten sposób na...
 Zdenerwowany, kobiecy głos omiótł mnie, ale nie zatrzymałem się, by posłuchać.
 To nie ten dzień, nie ta godzina.
 Szkoda, że nikomu nie przyszło do głowy by zamknąć do końca drzwi od gabinetu. W mozolnej wędrówce do windy towarzyszą mi dźwięki kłótni damsko-męskiej. Tak na prawdę nie obchodziło mnie do czego ta rozmowa miała doprowadzić.
 Ciekawe czy pracownica tego przybytku - a skoro pracuje na jednym z ostatnich pięter to jest kimś- zagrozi temu nieznajomemu swoim adwokatem. Zabawne, bo zapewne sama nim jest. Może w tej kłótni zawitają paragrafy. "Ze względu na paragraf ten i ten, naruszanie mojej osobistej przestrzeni grozi tym i tym". Żebym ja chociaż znał się na tych sprawach. Ale nie znam się na tym.
 Może to kłótnia małżonków? Może przygotowują się do rozwodu? Może dzisiaj ta kobieta dojrzeje do decyzji rozstania z niesfornym mężem, a może nie, może codziennie tak się kłócą. Może niekoniecznie w biurze, ale się kłócą. Może w tym gabinecie jest tylko ta Suntree, a nie ma żadnego mężczyzny, może jest to rozmowa poprzez skype'a? Może jest to rozmowa telefoniczna, prowadzona na głośniku? 
 Może już od dawna są w separacji.
 Jest dużo możliwości. I choć lubię zagłębiać się w tego typu bezsensowne gdybania to nie wrócę się by to sprawdzić.
  Idę tymi korytarzami i mam gdzieś to, czy ktoś mnie zauważy. Wchodzę do windy.
 Apatycznym gestem wciskam guzik z czarnym zerem i czekam aż drzwi zamkną się z cichym brzęknięciem, oznajmiającym że ta metalowa klatka ruszyła w kolejną podróż. 
 Ciekawe czy w swoim rozstaniu pani Suntree uwzględni dobro swoich dzieci. Bo to właśnie w sądach na nie najczęściej się powołuje. "Ze względu na dobro dzieci..."
 Czy kogoś tak na prawdę wtedy obchodziło moje dobro? Nie… Na pewno nie.
 Czemu tu dzisiaj znowu siedziałem?
 Kim jestem?
 Co ja tu robię?
 Dlaczego znowu doszedłem do tego punktu, w którym zaczynam się nad sobą użalać?
 Takie pytania przychodzą mi do głowy, gdy wpatruje się w swoje odbicie w ścianach windy.
 Otaczają mnie lustra. Lustra pokazują mnie, ale to nie ja. To jakiś inny dzieciak. Chłopak w czerni. Chłopak z pustym spojrzeniem. Chłopak, który równie dobrze mógłby ćpać, puszczać się z każdym, nie zważając czy to facet czy baba. Chłopak, który wagaruje. Chłopak, który chadza spać do wyimaginowanych przyjaciół. To nie ja. Moja postać nie pokazuje prawdziwego mnie.
 Ale skoro ja nie wiem kim jestem i nic o sobie nie mówię to skąd inni mają to wiedzieć?Jeśli ja sam nie wiem po co jestem to także nikt mi tego nie powie.
 Ale kto niby wie takie rzeczy?
  Jak zawsze, siedziałem tu, bo... Matka jest dzisiaj wcześniej w domu. Doszedłem do linii, po której przekroczeniu nie chcę jej znać. Nie chcę z nią przebywać. Nie chcę jej widzieć. Nie chcę słychać jej szczęśliwego głosu.
 A tak, gdy jestem tu nikt tego nie widzi, bo nikt tego nie uważa za dziwne. W końcu czy to dziwne dziecko skrycie nie marzy o tym, by stać się częścią tej firmy?
 Nikt nie zauważa młodego, zakolczykowanego, Emo. Nikt. Nawet ta nieszczęsna matka.
 Już nie zwraca na mnie uwagi...
 Gdy drzwi od windy się otwierają idę do wyjścia, przed którą stoi bramka, przy której stoi dwóch ochroniarzy. Obaj nawet na mnie nie patrzą. Jest już późno, a oni są na nocnej zmianie. I i tak na mnie nie patrzą.
 Zupełnie tak, jakby codziennie po 21 wychodził stąd tłum nastolatków. Bo każdy nastolatek ma na tyle narąbane we łbie by przesiadywać w takiej firmie do późna. Bo tu takich nastolatków jest na pęczki. To przecież popularna forma spędzania czasu.
 Wychodzę na zewnątrz.
  Dookoła jest już ciemno. Kolejna noc. Kolejny wieczór, który wskazuje na to, że doba ma za mało godzin.
  Mnie to nie obchodzi. Po co miałoby mnie to obchodzić?
  Nikt na mnie przecież nie czeka.
  Wiatr rozwiewa moją ciemną grzywkę. Chłód przeszywa ciało.
  Znowu wracam tam, gdzie mnie nie chcą.
  Wchodzę do domu. Zatrzaskuje za sobą drzwi.
  Niech wiedzą, że jeszcze żyję. Niech chociaż dzisiaj o mnie pamiętają. Niech się czepiają, że wszystkich obudziłem. Niech to zrobią, a potem dadzą mi spokój. Niech zaistnieje taki scenariusz.
  Miejsce, w którym mieszka moja rodzina to mały, jednorodzinny domek. Domek tymczasowy. Ściany i elewacje są we wszystkich odcieniach szarości. Szaro-bury dom. Szary świat. Szare miejsce zamieszkania. Klasyczny budynek. Taki, jak wiele innych. Pedantycznie wysprzątany, z pamiątkami z podróży na każdym kroku. Z podróży matki oczywiście. Tylko matki. Wszędzie jest tylko ona. Od czasu do czasu jej mniejsza kopia.
 To nie jest mój świat. Nigdy nim nie był i nim nie będzie.
 Fotki, obok których przechodzę by dostać się do swojego pokoju, przedstawiają przede wszystkim matkę z ojczymem. Ta jej blond czupryna. Mała Lalka Barbie. Głupia, rozpustna, kobieta, która kiedyś była moją matką.  Ma słabość do morza- co doskonale widać po zdjęciach, niekiedy zajmujących całe ściany- i do wysokich brunetów z ciemnymi oczami, rzucającymi pieniędzmi na prawo i na lewo. Czyli do kogoś takiego jak mój ojczym. Jest to dziwny, wiecznie będący w pracy człowiek, choć pracę często przynosi do domu. Można powiedzieć, że czasami tylko tu siedzi - w swoim gabinecie.
 Mam też wrażenie, że odkąd są ze sobą nie odstępuje mojej opiekunki prawnej na krok. A to podwozi do pracy, a to zabiera do wykwintnych kawiarni, restauracji, czy też barów. Wszędzie jest go pełno. Przynajmniej wokół niej. Zatruwa sobą powietrze.
 Przynajmniej nie wpycha się w moje życie. Kiedyś próbował. Ale ja nawet na niego nie zwracałem uwagi, może go to zniechęciło, a potem zajął się sprawą sądową, mającą być wielkim przełomem w życiu jego firmy, bo to bardzo szanowany prokurator, który wyszarpnął mojemu ojcu prawo do opieki nade mną i nad moją siostrą. Siostrą, która ubóstwia swojego nowego tatuśka. Nie wiem czemu ta mała, rozpieszczona nastolatka tak go kocha.
 Sauna, wakacje na Hawajach, wyjazdy na narty, lalki, kosmetyki, pieski, kotki, pluszaki…
 Ona dostaje od niego prezenty, a ja nie. Moja rozpieszczona siostra zawsze musiała wszystko dostać.
  Małe dzieci są dziwne. Małe dzieci nie są kochane. To potwory. Wymuszające wszystko potwory.
  Nie-na-wi-dzę swojej rodziny. To nie jest moja rodzina. To są ludzie, którzy ,,rządzą" moim życiem. Intruzi.
  Nie zdejmuje butów w korytarzu, jakoś nie obchodzi mnie czy zabrudzę im drogie kafelki. Idę, głośno tupiąc, po hebanowych schodach na pierwsze piętro. Otwieram drzwi do jednego z pomieszczeń, wchodzę i zatrzaskuje je tak, że niemal wypadają z zawiasów. To moja mała manifestacja tego że mam ich głęboko w d**ie.
 Pewnie i tak nikt na to nie zwróci uwagi. Dlatego zwykle się z tym nie męczę.
 Pokój, w którym się znajduję, także jest dziwny. Taki do niczego nie pasujący.
 Szafki, szafy z ciemnobrązowego drewna. Niebieski, puchaty dywan na podłodze, zakrywający ciemne panele. Ciemne biurko. Ciemne półki na książki. Szare ściany, dwie są wyjątkowo niebieskie. Niebieskie dodatki, takie jak żaluzje, lampka nocna, wazoniki, doniczki, pudełka na pierdoły, kołdra, poduszki.
 Rzucam się na łóżko w pełni ubrany. Co mnie obchodzi to, że jest to niehigieniczne.
 To miejsce nie wyraża mnie. Ja nawet nie dobierałem kolorów do tego pokoju. Po prostu wszedłem tu, rozłożyłem w szafach swoje rzeczy i tyle… to nie mój świat. To nie moja bajka.
 Całe życie to nie moja bajka.
 Bo ja się zagubiłem. Jestem kimś zagubionym w ciemności. Jestem tym, o którego istnieniu wszyscy zapomnieli.
 Co to znaczy?
 Prosto, zwięźle i na temat.
 Jestem nikim.
---
---

Widok z wieżowca.
A: Od dość dawna chciałam to wszystko zmienić i w końcu zaczęłam to robić. Mam nadzieję, że ta wersja jest lepsza i milsza do czytania.
B: (Miejsce na oczekiwany komentarz Bety)

Post zaktualizowany i zmieniony: 27 września 2015 roku.
Post zbetowany: 
 
                                 
   

Coś na rozpoczęcie

 (Złota) Data ponownego rozpoczęcia pisania bloga: 21.08.2014r

Alfa: *Zakłada spinkę na swoją nową grzyweczkę* Gotowa do pisania.
Drzewek: No. Gotowy do nic nie robienia. *Siada na kolorowej "gejowskiej" poduszce i trzyma w dłoni paluszki do chrupania*
Beta: Przydałoby się chyba "porządnie" przedstawić. Jestem Procesorek Beta Betoniusz.
Drzewek: Jeffek Drzewek Drzeworyt.
Alfa: ... No hej.*Trzyma w rękach narysowany plan domu Willowa*
Beta: Odłóż te kredki i do pracy. *To spojrzenie*
Drzewek: Będę ci kibicował!
Alfa: Czy mi się wydaje, czy tylko ja nie mam porządnej ksywki?
Beta: Ogłaszamy konkurs! *pełne zapału wyciagnięcie ręki ku chmurą.* Kto wymyśli ksywkę dla naszej Alfy dostanie dodatkową porcję jedzenia!
Drzewek: To moja kwestia. *Nadyma obrażony policzki*
Beta: No nie smuć się. Możesz powiedzieć moją.
Drzewek: To ty masz jakąś kwestię? 8Szuka scenariusza* Ooo.. Mam! ~Klątwa ósemkiiiii~ *udaje, że to nazwa filmu grozy*
Alfa: Z kim ja pracuję? *Pełne załamania sięgnięcie po zapisany zeszyt*
Beta: To chyba na tyle, a więc zapraszamy do czytania~!

  
      Drzewek                                        Beta                                     Alfa