Translate

Współtwórcy

niedziela, 30 marca 2014

Prolog. ,,Ten, o którego istnieniu wszyscy zapomnieli.”



  Siedzę na szczycie budynku.
  Przechylam się do przodu, balansując na barierce. Pomiędzy butami widzę przepaść, a przede mną rozciąga się piękny, niezwykły widok. Panorama miast, oświetlana przez zachodzące słońce. Jest to jedyna rzecz, która nigdy mi się nie znudzi w tym miejscu. To jest coś, co utrzymuje mnie przy życiu. Sprawia, że ani przez chwilę nie myślę o tym, by skoczyć.
 Miejsce, w którym się obecnie znajduję to jeden z tych wieżowców, poświęconych wielkim koncernom. Jest to zwykła, wielopiętrowa, szklana konstrukcja, która mieści w sobie od grona boksów z urzędnikami. Ci ludzie siedzą i wstukują niezwykle-ważne-informacje-ratujące-ich-życie do bazy danych firmy niczym te postaci z filmów, które przez wieczność siedzą pochylone nad staroświeckimi maszynami do pisania.
  Po prostu siedzę na dachu biurowca, który przetrzymuje zwykłych, zabieganych ludzi.
  Jeśli bym się skupił na opisaniu personelu tejże firmy musiałbym uwzględnić w moich rozważaniach sekretarki, które kreują się na niezwykle ważne, potrzebne światu osoby. Starają się człowiekowi pokazać jak mało ich obchodzą. Zgrywają niedostępne, straszne, odstraszające. A przecież to od ilości klientów zależy czy dalej będą pracować. Jednak w tak dużym koncernie, jak ten, nie muszą się o to martwić.
 Dalej musiałbym wymienić poważanych przez społeczeństwo biznesmenów, czy bizneswomen. Następnie tych ludzi w biurach, którym nie powiodła się droga na szczyt. Dlatego teraz muszą zadowolić się własnym biurkiem i stertą papierów, której nigdy nie ubywa. Dalej trzeba zwrócić uwagę na obrzydliwie bogatych celebrytów, mężczyzn i kobiety, mających ogromne spadki, a tym samym wpływ na politykę. Mogą wykorzystać swoją pozycję społeczną.
 Jak na porządną firmę prawniczą z poddziałami takimi jak: doradztwo finansowe, notariusze, komornicy, pełnomocnictwo cywilne, porady prawne, ubezpieczenia...
 Jest to koncern, z którym mają kontrakty wszystkie ważniejsze instytucje. A przynajmniej tak słyszałem...
 Gdy idzie się przez korytarze tego budynku ma się zetknięcie z różnymi rozmowami, historiami, sytuacjami rodzinnymi, majątkowymi, zdrowotnymi. Jest to istna wycieczka przez ulotne chwile życia innych. Inni pewnie o tych istotnych faktach zapomną, zajmując się następną i następną pracą.
 Jednak mi.... Mi to wszystko zapada głęboko w pamięć.
 Zawsze będę pamiętał te konspiracyjne szepty, te głośne krzyki oburzenia, błagalny ton głosu starszych osób, nie mogących uzyskać własnej renty, te spokojne pytania o występki osób... Zawsze... Zawsze...
 Lubię przysłuchiwać się zza drzwi tym strzępką informacji, które nie dają pełnego poglądu na daną sprawę.
 To jest takie... Niesamowite. Niesamowite widoki. Niesamowite informacje. Niesamowite tragedie. 
 Nie dość, że te tragedie przeżywają pracownicy, bo każdy z nich ma własną rodzinę, to jeszcze przychodzą klienci z niezwykle barwnymi intrygami życia codziennego.
 To jest tak prosty sposób na oderwanie się od rzeczywistości. Zgubienie siebie w historiach innych.
 To takie... Niesamowite.
 Jednak tym razem nie przemykam korytarzami tego przedsiębiorstwa prawnego. Siedzę sobie na dachu, z ciemnymi płytami baterii słonecznych za plecami i próbuję odetchnąć.
 Tu, u góry, jest zimno. Z każdym wdechem powietrze nieprzyjemnie kłuje w płucach.
 Tu, u góry, wieje. Bezlitosny wiatr smaga mnie po twarzy, przenikając przez moje ciało do szpiku kości.
 Tu, na górze, jest wilgotne powietrze. To ono tak utrudnia mi oddychanie.
 Czuć, że niedługo spadnie deszcz, choć na ciemniejącym niebie jeszcze nie zebrały się chmury. Przynajmniej ich nie widać. 
 Nikt się tu, na górze, mną się nie interesuje. Taka przypadłość. Samotność
 Ale to właśnie tutaj, na górze, mogę otwarcie wszystko obserwować.
 Mogę bez kozery wpatrywać się w kontur budynków, otaczających mnie ze wszystkich stron. W pędzące donikąd autostradą samochody. W przechodniów, którzy wyglądają jak mrówki. W ptaki, wzlatujące w niebo, mające problem z rozróżnieniem otwartej przestrzeni od szyb. W drzewa, stojące na rogach ulic, starając się zazielenić, upiększyć miasto. Ale nie przerastają one tych wielkich, stalowych roślin, które od tak w tym miejscu się rozrosły.
 Po prostu mogę obserwować życie, nie czując się jego częścią.
 Dzisiaj księżyc w pełni zawiśnie nad sądem. Tak, bo w tym miejscu znajduje się także sąd. Manufaktura pełna prawników, adwokatów, mecenasów, radców finansowych i innych, znajduje się tuż obok gmachu sądowniczego. Niesamowite, prawda?
 Myślę, że ironia jest pięknym sposobem wyrażenia siebie. Życie jest niesamowite, pełne niesamowitości, ale go nienawidzę i kocham właśnie przez tą niesamowitość.
 Nienawidzę, ale kocham.
 Miasto wieczorem. Niezwykły widok. Ten cały zachód słońca. Trwa tylko kilka minut, a można go podziwiać w nieskończoność i nigdy się nim nie znudzić. Świat pokryty purpurą, szkarłatem, różem. Ukryje niedoskonałości, ślady zbrodni, morderstw, gwałtów, wypadków, bólu. Miasto będzie wyglądać jak jakieś miejsce z bajki… Takie piękne.
 Uwielbiam zachody słońca. Kolejna piękna rzecz dająca światło na życie.
 Na niebie pojawiają się pierwsze gwiazdy. Dzisiaj nad miastem nie wisi smog. Powietrze jest zadziwiająco czyste, zimne, pachnące deszczem, światem, miastem.
 Czy tylko ja zachwycam się takimi rzeczami? Dlaczego? Przecież jestem tylko kolejnym samotnikiem na tej kuli ziemskiej. Wielu takich tu jest... Nic niezwykłego...
 Jestem tu ja i moja wyobraźnia, która daje mi cieszyć się chwilą. Pomaga przetrwać kolejny dzień. Cieszmy się chwilą, zanim ta uleci.
 Będę tu siedział dopóki nie będzie całkowicie ciemno.
 Dlatego czekam.
 Gdy w końcu zapada zmrok, przekręcam się na chłodnej poręczy i z dłońmi w kieszeniach obszernej skóry, kieruję się do wyjścia z zieloną strzałką. Nie wiem czy czuję żal, czy nie. Ale już zwiędła we mnie ta chęć zachwycania się życiem. Może moja nadzieja znowu spadła z tego małego okna, przez które starała się dotrzeć do mojego ciemnego wnętrza. Znowu jej się nie udało.
 Idę powoli przed siebie z opuszczoną głową. Wiem, że nikt nie zwróci na mnie uwagi. Nikt nie będzie zdziwiony faktem, że po budynku pałęta się jakiś nastolatek. Że po budynku pałęta się przybrany syn szefa. Przyjęli to do wiadomości i udają, że nic nie widzą. By się nie narażać. 
 Przechodzę koło uchylonych drzwi do gabinetu, w którym toczy się zażarta kłótnia.
 Na pewno nie między pracownikiem, a klientem.
 Kątem oka wpatruję się w złotą tabliczkę na drzwiach.
 "LUCIA SUNTREE" głosi napis, na który składają się wytłoczone w metalu litery.
- ... mógłbyś w końcu przestać?! Myślisz, że to takie zabawne, gdy mi się w ten sposób na...
 Zdenerwowany, kobiecy głos omiótł mnie, ale nie zatrzymałem się, by posłuchać.
 To nie ten dzień, nie ta godzina.
 Szkoda, że nikomu nie przyszło do głowy by zamknąć do końca drzwi od gabinetu. W mozolnej wędrówce do windy towarzyszą mi dźwięki kłótni damsko-męskiej. Tak na prawdę nie obchodziło mnie do czego ta rozmowa miała doprowadzić.
 Ciekawe czy pracownica tego przybytku - a skoro pracuje na jednym z ostatnich pięter to jest kimś- zagrozi temu nieznajomemu swoim adwokatem. Zabawne, bo zapewne sama nim jest. Może w tej kłótni zawitają paragrafy. "Ze względu na paragraf ten i ten, naruszanie mojej osobistej przestrzeni grozi tym i tym". Żebym ja chociaż znał się na tych sprawach. Ale nie znam się na tym.
 Może to kłótnia małżonków? Może przygotowują się do rozwodu? Może dzisiaj ta kobieta dojrzeje do decyzji rozstania z niesfornym mężem, a może nie, może codziennie tak się kłócą. Może niekoniecznie w biurze, ale się kłócą. Może w tym gabinecie jest tylko ta Suntree, a nie ma żadnego mężczyzny, może jest to rozmowa poprzez skype'a? Może jest to rozmowa telefoniczna, prowadzona na głośniku? 
 Może już od dawna są w separacji.
 Jest dużo możliwości. I choć lubię zagłębiać się w tego typu bezsensowne gdybania to nie wrócę się by to sprawdzić.
  Idę tymi korytarzami i mam gdzieś to, czy ktoś mnie zauważy. Wchodzę do windy.
 Apatycznym gestem wciskam guzik z czarnym zerem i czekam aż drzwi zamkną się z cichym brzęknięciem, oznajmiającym że ta metalowa klatka ruszyła w kolejną podróż. 
 Ciekawe czy w swoim rozstaniu pani Suntree uwzględni dobro swoich dzieci. Bo to właśnie w sądach na nie najczęściej się powołuje. "Ze względu na dobro dzieci..."
 Czy kogoś tak na prawdę wtedy obchodziło moje dobro? Nie… Na pewno nie.
 Czemu tu dzisiaj znowu siedziałem?
 Kim jestem?
 Co ja tu robię?
 Dlaczego znowu doszedłem do tego punktu, w którym zaczynam się nad sobą użalać?
 Takie pytania przychodzą mi do głowy, gdy wpatruje się w swoje odbicie w ścianach windy.
 Otaczają mnie lustra. Lustra pokazują mnie, ale to nie ja. To jakiś inny dzieciak. Chłopak w czerni. Chłopak z pustym spojrzeniem. Chłopak, który równie dobrze mógłby ćpać, puszczać się z każdym, nie zważając czy to facet czy baba. Chłopak, który wagaruje. Chłopak, który chadza spać do wyimaginowanych przyjaciół. To nie ja. Moja postać nie pokazuje prawdziwego mnie.
 Ale skoro ja nie wiem kim jestem i nic o sobie nie mówię to skąd inni mają to wiedzieć?Jeśli ja sam nie wiem po co jestem to także nikt mi tego nie powie.
 Ale kto niby wie takie rzeczy?
  Jak zawsze, siedziałem tu, bo... Matka jest dzisiaj wcześniej w domu. Doszedłem do linii, po której przekroczeniu nie chcę jej znać. Nie chcę z nią przebywać. Nie chcę jej widzieć. Nie chcę słychać jej szczęśliwego głosu.
 A tak, gdy jestem tu nikt tego nie widzi, bo nikt tego nie uważa za dziwne. W końcu czy to dziwne dziecko skrycie nie marzy o tym, by stać się częścią tej firmy?
 Nikt nie zauważa młodego, zakolczykowanego, Emo. Nikt. Nawet ta nieszczęsna matka.
 Już nie zwraca na mnie uwagi...
 Gdy drzwi od windy się otwierają idę do wyjścia, przed którą stoi bramka, przy której stoi dwóch ochroniarzy. Obaj nawet na mnie nie patrzą. Jest już późno, a oni są na nocnej zmianie. I i tak na mnie nie patrzą.
 Zupełnie tak, jakby codziennie po 21 wychodził stąd tłum nastolatków. Bo każdy nastolatek ma na tyle narąbane we łbie by przesiadywać w takiej firmie do późna. Bo tu takich nastolatków jest na pęczki. To przecież popularna forma spędzania czasu.
 Wychodzę na zewnątrz.
  Dookoła jest już ciemno. Kolejna noc. Kolejny wieczór, który wskazuje na to, że doba ma za mało godzin.
  Mnie to nie obchodzi. Po co miałoby mnie to obchodzić?
  Nikt na mnie przecież nie czeka.
  Wiatr rozwiewa moją ciemną grzywkę. Chłód przeszywa ciało.
  Znowu wracam tam, gdzie mnie nie chcą.
  Wchodzę do domu. Zatrzaskuje za sobą drzwi.
  Niech wiedzą, że jeszcze żyję. Niech chociaż dzisiaj o mnie pamiętają. Niech się czepiają, że wszystkich obudziłem. Niech to zrobią, a potem dadzą mi spokój. Niech zaistnieje taki scenariusz.
  Miejsce, w którym mieszka moja rodzina to mały, jednorodzinny domek. Domek tymczasowy. Ściany i elewacje są we wszystkich odcieniach szarości. Szaro-bury dom. Szary świat. Szare miejsce zamieszkania. Klasyczny budynek. Taki, jak wiele innych. Pedantycznie wysprzątany, z pamiątkami z podróży na każdym kroku. Z podróży matki oczywiście. Tylko matki. Wszędzie jest tylko ona. Od czasu do czasu jej mniejsza kopia.
 To nie jest mój świat. Nigdy nim nie był i nim nie będzie.
 Fotki, obok których przechodzę by dostać się do swojego pokoju, przedstawiają przede wszystkim matkę z ojczymem. Ta jej blond czupryna. Mała Lalka Barbie. Głupia, rozpustna, kobieta, która kiedyś była moją matką.  Ma słabość do morza- co doskonale widać po zdjęciach, niekiedy zajmujących całe ściany- i do wysokich brunetów z ciemnymi oczami, rzucającymi pieniędzmi na prawo i na lewo. Czyli do kogoś takiego jak mój ojczym. Jest to dziwny, wiecznie będący w pracy człowiek, choć pracę często przynosi do domu. Można powiedzieć, że czasami tylko tu siedzi - w swoim gabinecie.
 Mam też wrażenie, że odkąd są ze sobą nie odstępuje mojej opiekunki prawnej na krok. A to podwozi do pracy, a to zabiera do wykwintnych kawiarni, restauracji, czy też barów. Wszędzie jest go pełno. Przynajmniej wokół niej. Zatruwa sobą powietrze.
 Przynajmniej nie wpycha się w moje życie. Kiedyś próbował. Ale ja nawet na niego nie zwracałem uwagi, może go to zniechęciło, a potem zajął się sprawą sądową, mającą być wielkim przełomem w życiu jego firmy, bo to bardzo szanowany prokurator, który wyszarpnął mojemu ojcu prawo do opieki nade mną i nad moją siostrą. Siostrą, która ubóstwia swojego nowego tatuśka. Nie wiem czemu ta mała, rozpieszczona nastolatka tak go kocha.
 Sauna, wakacje na Hawajach, wyjazdy na narty, lalki, kosmetyki, pieski, kotki, pluszaki…
 Ona dostaje od niego prezenty, a ja nie. Moja rozpieszczona siostra zawsze musiała wszystko dostać.
  Małe dzieci są dziwne. Małe dzieci nie są kochane. To potwory. Wymuszające wszystko potwory.
  Nie-na-wi-dzę swojej rodziny. To nie jest moja rodzina. To są ludzie, którzy ,,rządzą" moim życiem. Intruzi.
  Nie zdejmuje butów w korytarzu, jakoś nie obchodzi mnie czy zabrudzę im drogie kafelki. Idę, głośno tupiąc, po hebanowych schodach na pierwsze piętro. Otwieram drzwi do jednego z pomieszczeń, wchodzę i zatrzaskuje je tak, że niemal wypadają z zawiasów. To moja mała manifestacja tego że mam ich głęboko w d**ie.
 Pewnie i tak nikt na to nie zwróci uwagi. Dlatego zwykle się z tym nie męczę.
 Pokój, w którym się znajduję, także jest dziwny. Taki do niczego nie pasujący.
 Szafki, szafy z ciemnobrązowego drewna. Niebieski, puchaty dywan na podłodze, zakrywający ciemne panele. Ciemne biurko. Ciemne półki na książki. Szare ściany, dwie są wyjątkowo niebieskie. Niebieskie dodatki, takie jak żaluzje, lampka nocna, wazoniki, doniczki, pudełka na pierdoły, kołdra, poduszki.
 Rzucam się na łóżko w pełni ubrany. Co mnie obchodzi to, że jest to niehigieniczne.
 To miejsce nie wyraża mnie. Ja nawet nie dobierałem kolorów do tego pokoju. Po prostu wszedłem tu, rozłożyłem w szafach swoje rzeczy i tyle… to nie mój świat. To nie moja bajka.
 Całe życie to nie moja bajka.
 Bo ja się zagubiłem. Jestem kimś zagubionym w ciemności. Jestem tym, o którego istnieniu wszyscy zapomnieli.
 Co to znaczy?
 Prosto, zwięźle i na temat.
 Jestem nikim.
---
---

Widok z wieżowca.
A: Od dość dawna chciałam to wszystko zmienić i w końcu zaczęłam to robić. Mam nadzieję, że ta wersja jest lepsza i milsza do czytania.
B: (Miejsce na oczekiwany komentarz Bety)

Post zaktualizowany i zmieniony: 27 września 2015 roku.
Post zbetowany: 
 
                                 
   

8 komentarzy:

  1. Uwielbiam twoje blogi. Umm... PIERWSZA!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha... No dobra procesorku, bez przesady. Kolejna część dopiero za tydzień ^^

      Usuń
  2. Super ! Nie mogę się doczekać następnej części ! : )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie, że aż tak się wam podoba... Kolejną część już mam, ale nanoszę poprawki i dopiero za tydzień wrzucę.. ;)

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Zostanę Twoim prywatnie prywatnym hejterem! i równocześnie zostanę bogiem i przestanę istnieć, ale to tylko taki mały szczególik . Mówiłam Ci już kiedyś, że zbytnio się wszystkim przejmujesz? Właśnie dlatemu zacznę Cię hejcić, aby pokazać Ci, że świat jest bardziej okrutni, niż i się zdaje. Ale to dla twojego dobra, i tak wiesz, że Cię kocham. a! skoro już piszam, to zrób coś z tym zegarem, bo to mi tak trochu bardzu przeszkadza, tu i na naszym blogu... Si, rusz dupkę do pracy mój murzynku! /od dzisiaj Twoja oddana hejterka <3

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń