Translate

Współtwórcy

niedziela, 21 września 2014

Rozdział 8 "Kwiaty Magnolii"

  Mroczki latają mi przed oczami. Drżącą dłonią w końcu udaje mi się otworzyć drzwi, które dwoją i troją mi się w oczach. W tym stanie na prawde trudno jest trafić na tę PRAWDZIWĄ klamkę.
 Zamek zaskakuje i drzwi się nareszcie otwierają.
 Zamazana twarz blondyna, a ja czuję się jak na karuzeli. Niemal nie mogę złapać równowagi, zupełnie jakby podłoga usuwała mi się spod nóg. Czemu by się temu uczuciu nie poddać i ...
 Zachwiałem się niebezpiecznie i poczułem na sobie duże, o dziwo, ciepłe dłonie.
 Słyszę słowa, ale ich znaczenie do mnie nie dociera,
 Ciągle nie mogę złapać oddechu, a twarz blondyna jest tak pokracznie zniekształcona. Pewnie w innych okolicznościach mógłbym się z tego pośmiać. Gdybym się nie dusił, mógłbym się czuć tak, jak na haju.
 Zostałem podniesiony i wszystko znowu zawirowało. Zamknąłem oczy, by pozbyć się mdłości. W końcu i tak nie miałem czym wymiotować, to chyba  nie musiałem się tym aż tak przejmować. Ale  zaciśnięte gardło i torsje to ... niezbyt ciekawe połączenie.
 Dociskam twarz do jedynej nie poruszającej się rzeczy w moim otoczeniu. Równy oddech owiewa moje ucho, słyszę kojący szept.
 Jak to się wszystko stało? Czemu mi pomaga? Nawet ojciec czegoś takiego by nie zrobił... Właśnie ojciec...
 Niewiele dociera do mojego otumanionego umysłu, ale po kilku chwilach zrobiło mi się chłodniej. Rozluźniam się automatycznie. Już nie siedzę w swojej klatce.
 Zostaję usadzony na wilgotnej powierzchni. Chowam głowę między kolanami, biorąc głębokie wdechy, jakbym nie mógł się nasycić powietrzem.
 Wiatr, powietrze, po prostu życie. Wystarczy chwila, by je stracić. Przepuścić przez palce coś tak cennego. Nigdy nie będę samobójcą. Nigdy. Nie ważne jak się stoczę. Nie zrobię tego sobie. Nie odbiorę sobie przyjemności obserwowania świata. To jest dla mnie zbyt ważne.
 Mimo, że klatka piersiowa mnie boli od tamtych dreszczy uśmiecham się pod nosem i tak nikt tego nie zobaczy.
- Spokojnie, nie zapomnij o oddychaniu.- Głos Sierry był przesiąknięty łagodnością i troską. Niestety zakłócał moją przestrzeń osobistą. Jego dłoń ciągle znajdowała się na mojej łopatce. Zacisnąłem wargi w cienką kreskę. Mimo wszystko  jestem mu wdzięczny... Nie zostawił mnie.
 Nie wiem jak, ale zorientował się, że nie odpowiada mi jego dotyk. Wstał i mnie obserwował. Nie odszedł.
 Moje łydki lekko drżały. Nie kontrolowałem tego. Nie wiem dlaczego mnie to w jakiś sposób bawiło.
 Boże. Dziękuję. Żyję.
 Siedzę na trawie w ogrodzie. Przymykam oczy.
- Dużo gwiazd dzisiaj widać. - Nie powiem, że mnie to nie zdziwiło. Aż pofatygowałem się aby na niego spojrzeć.Oczywiście w moją stronę nie patrzył, zbyt zajęty wgapianiem w pustkę nocy. Odbiło mu? Sierra wziął głębszy oddech jakby się zaciągał powietrzem o zapachu świeżo skoszonej trawy.- Pełnia. - Dodał kolejne słowo, po którym stwierdziłem, że:
 1 Tak, odbiło mu;
 2 Uratował mnie psychol;
 3 I za co mu niby płacą?
 - Często przesiadujesz na zewnątrz, prawda?- Spytał mężczyzna, a po chwili nie widząc najmniejszej reakcji z mojej strony zaczął prowadzić monolog dalej.- Musisz bardzo lubić otwarte przestrzenie. Przesiadujesz w parku? - No ja oczywiście nie odpowiedziałem.- Z pewnością to miejsce dla ciebie. Możesz się zupełnie odizolować. Nic nie robić, nikim się nie przejmować. To twój świat i czujesz się w nim dobrze.
 Jego piwne oczy wbiły się we mnie, a ja poczułem się nieswojo. Uciekłem wzrokiem gdzieś w bok. I na czym spoczął mój wzrok? Na małej figurce wielkości krasnala ogrodowego. A był tym posążkiem... Mały Chińczyk skulony na kamieniu. Jego twarz zakrywał zsunięty na czoło słomiany kapelusz. Ze wszystkich stron otaczały go karłowate krzewy, pnące się ku niebu między wyrwami w ułożonych obok siebie głazów. Firmament dla figurki stanowiły zamknięte na noc kwiaty magnolii. Na nakryciu głowy Chińczyka leżały zwiędłe płatki, które opadły z drzewa. Z resztą one były wszędzie.
 Kwiaty nocą otaczają samotnego wędrowca i są dla niego jedynymi towarzyszami podróży. Odpoczywa skulony przed złem tego świata. Skulony tak, jak ja. Czy tak samo zabłądziliśmy? Czy tak samo przygniata nas ciężar świata? Nasze rzeczywistości są dla nas nieosiągalne.
 Chciałbym nasunąć taki kapelusz na twarz. Zniknąć pod jego rondem. Schować się w rzucanym przez niego cieniu. Wycofać się na zawsze. I już nic by mnie nie obchodziło.
 - Willow.- Sierra wypowiedział moje imię i usiadł obok mnie.- Wiesz, że jestem tu by ci pomóc? Jakbyś chciał ze mną porozmawiać to ja tu jestem. Możesz mi o wszystkim powiedzieć. Bo to, co się stanie między nami będzie naszą tajemnicą. Nikt się o tym nie dowie, a rodzice pod koniec naszych spotkań po prostu dowiedzą się, że już wszystko z tobą w porządku.- Zamilkł na dłuższą chwilę, a ja powoli przetrawiałem wypowiedziane przez niego zlepki liter. Aż w końcu stwierdziłem, że chrzanię to i niech gada zdrów.
 Tak dla rozrywki przypatruję się soczyście zielonym źdźbłom trawy, Która godzina? 1? 2? 3?
 Panika już znikła, ale wiem, że w każdej chwili może wybuchnąć ze zdwojoną siłą. Jest niebezpieczna. Boję się tych ataków. To nie pierwszy i ostatni raz.
- Wpuścisz mnie do swojego pokoju?- Pytanie zawisło w czystym powietrzu zatrutym spalinami.
 Nie odpowiedziałem. Bo po co?
 Mężczyzna siedział i przeszywał mnie wzrokiem. Zupełnie jakby przyglądał się mojej duszy. Niepokojące wrażenie.
 Zacząłem się wpatrywać w swoje paznokcie u stóp, pomalowane na czarno. Czy to czasem nie kobiety malowały sobie włosów i całej reszty? To chyba takie niemęskie.
 Przypatruję się czarnemu lakierowi jakby mógł odpowiedzieć mi na niezadane pytanie. I co ja niby sobą reprezentuję?
 - Zauważyłem, że nie lubisz mówić. Dla ciebie lepsze jest obserwowanie innych zza bariery, którą sam wykreowałeś. Ale nie zdajesz sobie kompletnie sprawy z tego, że to cię niszczy. Nie walczysz ze swoimi problemami, dlatego dostajesz napadów paniki, strachu i apatii. Wiesz dlaczego to się dzieje? Dlatego, że tłumisz w sobie każde, nawet najmniejsze uczucie.- Blondyn mówił to wszystko z niezwykle poważną i profesjonalną miną. W dodatku zwracał się do mnie tak, jakbym był osobą godną zaufania, ale kto dziś kimś takim jest?
 Z drugiej strony nasuwa mi się pytanie... Po czym on to wszystko wywnioskował? Przecież nic nie robię.
 Panika...
 Istnieją różne stopnie strachu. Zaczynając od tego znikomego, pierwszego, który można zaliczać do drażniącego przeczucia. Ten strach, jeśli można to w ogóle tak nazwać, tylko łamie naszą pewność bezpieczeństwa. Łagodnie, spokojnie, z wyczuciem. To taki instynkt samozachowawczy, który pomaga nam zauważyć coś dziwnego i zarazem niebezpiecznego.
 Tylko instynkt.
 Potem jest ten drugi, kolejny strach. Odczuwamy go w momentach, w których wiemy, że nie możemy już uciec przed niebezpieczeństwem. Nie możemy go ominąć. Ten strach też nie jest zły. Motywuje nas do działania. Dzięki niemu adrenalina zaczyna się produkować w naszych ciałach. Dzieje się tak dlatego, że mamy świadomość, iż jeśli przeciwności losu nie zniszczymy, ona zniszczy nas.
 Adrenalina.
 Następny strach, trzeci, jest tym najgorszym z możliwych. Nie pomaga, nie motywuje, nie zachęca nas do działania. Wręcz przeciwnie. On nas wbija w ziemię. Sprawia, że nie możesz się ruszać. Stoisz wtedy w miejscu i czekasz aż niebezpieczny osobnik się na ciebie rzuci, powali, skopie i zabije. Trójka oddziałuje na naszą psychikę i paraliżuje.
 Niszczy.
 Mówią, że pokonanie strachu to odwaga. Ale czy człowiek odważny w ogóle istnieje? Czy to tylko kolejny wymysł tego chorego społeczeństwa?
 Nikt nie może się pochwalić tym, że pozbył się strachu. Bo nawet jeśliby to zrobił zaszczytu mu to nie przyniesie. Ci, co nie odczuwają strachu zaliczają się do osób wypaczonych. Są chorzy psychicznie.
 Szaleńcza brawura.
 Jak ktoś ma się bać, jeśli nigdy nie odczuwał bólu i nawet nie wie, że coś takiego istnieje?
 Moja głowa znowu jest zapchana myślami. Czy to przez to jestem taki zamknięty w sobie? Myśli mogą wpływać na stan psychiczny? To, według mnie, nielogiczne. Gdy ktoś nie myśli jest chory. Istnieje cienka granica między szaleństwem, a normalnością. Trudno ją wyczuć, a łatwo przekroczyć.
 Czy ja jestem osobą szaloną? A może dopiero będę?
- Zapamiętaj sobie tylko, że ja cię nie opuszczę. Mimo, że możesz myśleć, że kiedyś dam sobie spokój, pójdę, a ty będziesz mógł dalej tak żyć. Mylisz się.- Ten człowiek ciągle mnie obserwował, a jego słowa...
 Wpatrzyłem się w niego obojętnie. Nie musi wiedzieć, że mnie to ruszyło. Nie musi. Nie powinien.
- Zależy mi na tym, byś zaczął normalnie funkcjonować. Nie zniknę od tak. Jedyne co sprawi, że cię zostawię w spokoju to koniec kłopotów z tobą. Im bardziej będziesz współpracować, tym szybciej dostaniesz ten swój święty spokój.
 Teraz to wręcz mnie zatkało.
 Niby zwykły człowiek, a gada jakby był wszechwiedzący.
 Przeszył mnie dreszcz zupełnie nie związany z chłodem nocy.
 Dla świętego spokoju mam go do siebie dopuścić?
---
---

Alfa: Co prawda na zdjęciu nie widnieje obraz ogrodu opiekunów Willowa, jednakże chwycił on nas za serca swym pięknem i pozytywizmem jakim promieniuje. Te otwarte pąki magnolii wyglądają niezwykle rozbrajająco w świetle słonecznym. W dodatku idealnie harmonizują się z otoczeniem, a kontrast, pomiędzy nimi, a niebem sprawia, że ma się ochotę uśmiechnąć, zapominając o trudach minionego dnia...
Drzewek: Shit. Zebrało ci się za opis martwej natury? *Robi skonsternowaną minę* Może nie powinienem cię dokarmiać na boku kostkami czekolady. *Drapie się zakłopotany po tyle głowy.* Przerażasz mnie ukryty humanie.
Beta: Dałeś jej czekoladę? Jak mogłeś? 
***
W tej części postu znajdują się wycięte sceny z tekstu. Jeśli ma ktoś ochotę może poczytać. Naszej grupie bardzo to poprawiało nastój. Jednakże zrozumiem, jeśli takie właśnie przerywniki zakłócają komuś odbiór tekstu. To na tyle~~ 

"- Spokojnie, nie zapomnij o oddychaniu."
Drzewek:  Bo o tym da się zapomnieć? 
--
"Siedzę na trawie w ogrodzie. Przymykam oczy.
- Dużo gwiazd dzisiaj widać"
Drzewek: Takie... Lel. Że co? Niby a propos co są te jego słowa ?
Beta: Może tak... Po prostu?
--
"Sierra nabrał głębszy wdech jakby się zaciągał powietrzem o zapachu świeżo skoszonej trawy."
Drzewek:  I teraz takie.. kto tę trawę kosi? No chyba nie Aron...
---
Alfa: To właśnie ten komentarz sprawił, że zrobiliśmy nową ankietę.
---
"Wiesz, że jestem tu by ci pomóc? Jakbyś chciał ze mną porozmawiać ( D: No chyba nie) to ja tu jestem. Możesz mi o wszystkim powiedzieć. Bo to, co się stanie między nami ( D: Lel. Powiało Yaoi.) będzie naszą tajemnicą. "
---
" Która godzina? 1? 2? 3?"
Drzewek: Umiesz liczyć do trzech! Brawo dla Willowa! 
---
 "Pytanie zawisło w czystym powietrzu zatrutym spalinami."
Beta: Przemycamy wartości edukacyjne. Oto jakże trafny przykład oksymoronu.
---
" Czy to czasem nie kobiety malowały sobie włosów i całej reszty? To chyba takie niemęskie."
Beta: O bosze! I'm so much uke!
---
 "Istnieją różne stopnie strachu ( B: I wentylatora )."
Alfa: O co chodzi z tym wentylatorem to niech już Beta wytłumaczy. Mi się nie chce, albowiem lenistwo jest tak słodką i naturalną rzeczą, że aż Kompleks Shikamaru mi się udziela...
Drzewek: *Zatyka Alfie buzie łapką* Tak, tak. No to Betoniusz wszystko wytłumaczy.
Beta: Emm... Ja? No dobra. "Wentylator Stopniów Yaoi", czyli w skrócie WSY. Określa skalę, na ile tekst podchodzi pod Yaoi. Skala jest 5-stopniowa. 1- ani trochę, 2- wytrawne oko znajdzie, 3- widoczne podteksty, 4- shounen-ai oraz 5-najprawdziwsze Yaoi. WSY będzie się przewijać przez następne rozdziały, już ja o to zadbam. *Szatański uśmiech*

sobota, 13 września 2014

Rozdział 7 "Panika"

 Ciągle siedzę po turecku na łóżku. Koniec końców się nie zdecydowałem, bo ... CHYBA wolę być sam.
 Wpatruję się tępo w drzwi.
 On tam dalej siedzi. Wiem to. Już nawet nie podchodzę do drzwi, by sprawdzić. To zwykłe marnowanie energii.
 Spuszczam wzrok na dół. Na dywanie stoją czarne glany z dwunastoma dziurkami. Czerń i błękit.
 Nie rozumiem tego mężczyzny. Nie widzę najmniejszego sensu w tym, by ciągle warował mi przed pokojem.
 Doprawdy dziwny człowiek.
 A co najbardziej mnie w tym wszystkim irytuje? Kilka godzin temu słyszałem jak Amja pyta tego gościa, tego nieznajomego człowieka, czy zechce zejść i zjeść z nimi śniadanie. A ja? A ja to co? Do mnie nigdy nie przychodziła i nigdy mnie o nic nie pytała. W dodatku on jej odmówił, a ona co na to? Powiedziała, że mu przyniesie! Oczywiście ten grzecznie podziękował. Phi... I pomyśleć, że specjalnie dla niego wchodziła do góry i z śniadaniem, i z obiadem.
 Słyszałem jak je, czułem te wszystkie zapachy i robiłem się coraz bardziej głodny. Że też drewniane drzwi tego wszystkiego nie tłumiły. Musiałem to wszystko przetrzymać i zignorować ssanie w żołądku.
 Po co on tam siedzi!? To nawet nie jest śmieszne. Ani dla niego, ani dla mnie. Ile tak można? Ja jestem przyzwyczajony do siedzenia w jednym miejscu, ale tym miejscem nigdy, ale to nigdy na dłuższą metę nie był ten cholerny dom... Muszę się uspokoić i jeszcze zobaczymy kiedy ten cały Sierra wymięknie.
 Więc siedzieliśmy. Ja na łóżku, on pod drzwiami.
 Gdzieś koło 17 do domu wrócił ojczym z siostrą, która na wejściu wypiszczała głośne "Już jesteeeem!". To naprawdę prosty sposób na określenie godziny.
 Z tego wszystkiego chyba w końcu zacznę rozważać kto jest bardziej wkurzający.
 Zawodnicy w konkursie: Amja, Althea - moja siostra, Doneo- psychiatra oraz Aron- ojczym.
 Tak więc... Na szarym końcu jest nasza droga Lala, bo kto bierze pod uwagę głupie blondynki, które w są zależne w swym zachowaniu od ich "mężczyzny"? Z pewnością nie ja.
 Trzeci od końca jest z pewnością Aron, do którego nigdy nic nie miałem, ale jako że postarał się ze mną porozmawiać i prawić mi morały wszedł po szczebelkach ponad swą rozpustną kobitkę.
 Najbardziej swoimi piskami zapunktowała Althea. Dźwięki, które z siebie wydaje przy najmniejszej okazji doprowadzają mnie do szewskiej pasji. No i oczywiście miałaby szansę utrzymywać się na czele, gdyby nie było tu Sierry. Z kolei ten siedząc mi pod drzwiami i blokując mi wyjście do świata zewnętrznego, a po za nim nikt tego nie robił, właśnie dlatego zdołał zdobyć pierwsze miejsce w mej grze.
 Brawa dla pana Sierry! A w nagrodę dostanie ... honorowe miejsce pod mymi drzwiami, ale że jest pan znany ze swojej jakże wielkiej łaskawości to mam nadzieję, że zrzeknie się pan swej nagrody i pójdzie sobie poszukać jakichś ciekawszych zajęć od warowania.
 Jak on mnie denerwuje! Przez niego nie mogę się stąd ruszyć. To się nazywa przymusowe zamknięcie. Co prawda mógłbym zakończyć to wszystko otwierając te piękne i oryginalne drzwi, ale kto wie czy nie zachęciłbym tym samym Donea? Niestety zapewne tak, a na to tym bardziej nie mam ochoty.
 Jedyne czego chcę to święty spokój, a ten obcy bardzo się stara i mi go nie daje.
 Znowu jest noc.
 Za oknem świecą gwiazdy, widać wielki, żółty księżyc, jest tam zapewne zimno i ciemno.
 Chcę wyjść. Tak bardzo chcę wyjść.
 To już druga doba, którą Sierra tu spędza.
 Dlaczego nie pozwala mi wyjść? Ja chcę... Ja muszę... Nie wytrzymam...
 Kulę się na materacu, miętoląc błękitną pościel.
 Dopada mnie duży, ogromny wręcz strach.
 Pewnie zaraz zacznę panikować. Nie chcę paniki. Zabierzcie ją stąd.
 Serce próbuje mi uciec z piersi, głośno tłukąc. Z trudem łapię kolejne oddechy. Czuję się tak, jakby płuca przestały ze mną współpracować i nie chciały przyjmować dawek tlenu.
 Trząsłem się cały. Panicznie wplotłem palce w czarne włosy, zaciskając je boleśnie na kosmkach.
 Ja muszę wyjść... Ja tak bardzo muszę wyjść...
 Zagryzłem do krwi wargę, dotykając zębami metalowego kolczyka. Było mi tak zimno...
 Zacząłem czuć irracjonalny strach przed zamknięciem. Ja... Muszę... Wyjść...
 Krew spłynęła mi po podbródku, a przed oczami latały mi mroczki.
 Z-zimno... M-muszę... W-wyjść...
 Paznokcie wbijały mi się w skórę głowy. Łzy spływały po policzkach.
 Duszno, tak bardzo duszno. I gorąco, a zarazem zimno. Masakrycznie zimno.
 Muszę coś zrobić. Muszę... wydostać się na zewnątrz.
 Ciągle się trzęsąc, powoli wstałem. Nogi miałem jak z waty. Postawiłem pierwszy krok, a potem kolejny. Dreszcze raz, za razem przeszywały moje ciało.
 W końcu dowlokłem się do okna.
 Niedobrze mi się zrobiło. Za mało powietrza. O wiele za mało. Muszę... Muszę...
 Zimno. Gorąco. Zimno.
 Z trudem otworzyłem okno, które trzasnęło w kontakcie ze ścianą.
 Świerze powietrze... Wręcz się nim zachłysnąłem.
 Do moich uszu dotarł jakiś ruch za drzwiami...
 Stanie w oknie to ciągle było dla mnie za mało. Oddechy znowu stały się płytsze, a w gardle zacisnęły mi się wszystkie mięśnie.
 Muszę się uspokoić... Trzęsące się ręce oparłem o parapet. Dreszcze...
 Jak mam dotrzeć na zewnątrz? Nie dam rady zeskoczyć z pierwszego piętra, a oczywiście opiekunom nie przyszedł do głów pomysł zasadzenia pod oknem winorośli, więc nawet nie miałem po czym zejść. Choć wątpię czy w takim stanie mógłbym coś takiego zrobić.
 Nie... Nie... Nie dam rady... Muszę na dwór!
 Drzwi. Sierra. Ogród.
 Jeśli mu otworzę to pomoże mi? Czy zostawi?
 Łzy zamazywały mi obraz nieba.
 Skąd mam wiedzieć takie rzeczy?! To tylko psycholog... To tylko człowiek... Nie znam go, a on nie zna mnie. Na opiekunów od dawna nie mam na co liczyć. Tylko by się przerazili i odsunęli. Nie obchodziłoby ich to, co się ze mną dzieje. Dla nich pomaganie mi byłoby zbyt kłopotliwe. Nigdy w niczym nie chcieli mi pomóc. A teraz jak już chcą mi pomóc, to ja tego nie chcę. Dla nich nigdy nie będę nic znaczyć.
 Ciągle nie mogłem złapać porządnego oddechu. Było mi tak słabo, tak duszno. Za mało powietrza.
 A co z siostrą? Tą głupią 13- latką? Nigdy nie byłem blisko niej, bo czy mnie kiedykolwiek obchodził ten jej różowy półświatek pełen jednorożców, tęczy, lalek i innych takich? Dawno przestałem ją uznawać za kogoś ze mną spokrewnionego. Nie pomogłaby. Nie zdobyłaby się na to.
 Nikogo nie mam. Taka jest prawda.
 Przyjaciół nigdy nie miałem, bo nie uznaję pojęcia "Przyjaciel".
 Dusiłem się, nie mogąc złapać oddechu. Myśli przylatywały i odlatywały.
 Skoro nikogo nie miałem to nikt nie mógł mi pomóc.
 Nikt.
 Łzy leciały po moich bladych policzkach samoistnie.
 Spazmatyczne oddechy. Kolejny ruch pod drzwiami. Psycholog. Sierra. Drzwi. Ogród.
 Zimno. Ja chcę żyć. Na dwór. Tak bardzo chcę jeszcze żyć. Doneo. Drżenie. Drzwi.
 Duszę się. Pomocy!
 Czy Sierra ma jakiś interes w pomaganiu mi? Tak. Pieniądze. Sen matki o idealnej rodzinie.
 Czy ten powód wystarczy?
 Musi wystarczyć.
 To moja jedyna szansa.
 Niestety wiem, że ja bym komuś takiemu nie pomógł. Byłbym całkowicie obojętny. Może trochę bym porozmyślał nad powodem napadu paniki.
 Czy on też będzie stał i patrzył jak się duszę? Jak powoli życie ze mnie ulatuje?
 Jeśli tego nie sprawdzę to... umrę tu... pod tym oknem...
 Chwiejnie ruszam do drzwi. Dywan mnie spowalnia. Mam wrażenie, że nigdy do nich nie dotrę.
 Łapiąc spazmatyczne oddechy z ogłuszająco bijącym sercem, próbuję przekręcić klucz w zamku.
 Wszystko jest tak niewyraźnie, że nawet nie widzę tego klucza.
 Błagam... Muszę na dwór!
 Drzwi. Szarpię nieudolnie za klamkę, nie rozumiejąc dlaczego nie chcą się otworzyć.
 Sierra.
---
---


Drzewek: I ten dramatyczny koniec *Wyszczerz*
Alfa: No cóż. Podziękowania za ogólne przepisanie tego rozdziału należą się mojej drogiej Wiktorii z Piły. *Uśmieszek* Gdyby nie obietnica, w której powiedziałam, że dodam ten wpis za tydzień, nigdy by do tego wszystkiego nie doszło.
Drzewek: Urwaliśmy rozdział w dość ciekawym momencie, więc mamy nadzieję, że poczekacie do soboty na odsłonę kolejnego rozdziału. *Trze dłonią o dłoń z szatańskim uśmiechem* Ale oczywiście nie obiecujemy, że dokładnie za tydzień ten 8 rozdział wstawimy.
Alfa: Jest to niestety powiązane z tym, czy moja Beta dojdzie do zdrowia. Bo jak nie, to nie będzie kiedy się do tego wszystkiego zebrać.* Rozkłada bezradnie ręce*
Beta: *Leży w łóżku pod kołdrą i choruje*
Drzewek: Z tym rozdziałem też mieliśmy niemały problem, gdyż nie było jak spotkać się z chorą Betą, jednak mamy nadzieję, że zbyt dużej liczby błędów nie przeoczyłem sprawdzając tekst. *Skruszona, acz pełna nadziei mina* 
Alfa: To brzmi tak, jakbym nie wiadomo ile błędów W OGÓLE ROBIŁA. *Prycha*
Drzewek: Noo, ja wiem, że się pilnujesz i w ogóle, ale no czasami coś przeoczysz i trzeba ci przypomnieć i zmobilizować do poprawek powtórzeń i innych takich. *Tłumaczy spokojnie*
Alfa: Phi. *Foch*
Beta: Można trochę ciszej? Ja tu próbuję spać. *Trze reką oczy*
Drzewek: To by było na tyle. Do zobaczenia~!

sobota, 6 września 2014

Rozdział 6 "Łódka i kudłate morze"

 Niepewność.
 Czemu ja cokolwiek czuję? Przecież jestem bezosobowy. Nie rozumiem tego. Nie powinno tak być. W końcu życie w milczeniu, spokoju, obojętności do czegoś zobowiązuje. Ja chcę taki być. Nie chcę czuć.
 Dlaczego?
 Bo gdy coś czujesz jesteś podatny na zranienie.
 Nie chcę być raniony. Nie chcę, by ktoś słowami sprawiał mi ból. To jest najgorsze co może być. Czuć.
 Myślałem, że pójdą spać. Dadzą spokój. Odwalą się. Tak, jak robili to wcześniej. Mnie odpowiadał brak zainteresowania. A teraz? Nie dość, że nie spali, jak na porządny ludzi przystało, to jeszcze zapewne otworzyli drzwi od mojego pokoju. Logicznie rzecz biorąc, inaczej dawno leżeliby w łóżku.
 Dobrze wiedzieć, że następnym razem muszę zostawić klucz w zamku by nie dostali się do środka szaro-niebieskiego pokoju.
 Patrzę na kanapę, na której siedzą ojczym z matką i mężczyzną, którego nigdy wcześniej nie widziałem.
 Nie zauważyli mnie jeszcze.
 Dobrze? Czy źle?
 Jakby tak nad tym pomyśleć...
 Źle- Ponieważ miałbym tę "dziwną" rozmowę za sobą.
 Dobrze- Są tak zajęci sobą, że znikomą szansę na zaszycie się do momentu, aż sobie pójdą.
 - Często tak znika?- Głos tego obcego faceta. Blond włosy i biała koszula. Resztę zakrywała popielata kanapa.
 -Z tego, co zaobserwowaliśmy, nie wychodził nigdy z pokoju. Ani razu do nas nie zszedł z własnej woli. Od dawna z nami nie rozmawiał. Nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu.- Aron wymawiał te słowa z całkowitym spokojem i ... najwidoczniej przejął kontrolę nad "wspólnym" zdaniem jego i Amji.
 Kim, do cholery, jest ten blondyn?
 -Rozumiem. Czy ma w pokoju komputer, a na nim jakiś komunikator? Konto na portalu społecznościowym? Korzysta z telefonu? Internetu?- Nieznajomy pochylił do przodu. Profesjonalny ton głosu, brak zbędnych emocji, no może to dziwne, zawodowe zainteresowanie.
 - Jedyny komputer jest u mnie w gabinecie, a moja żona wychowywała dzieci bez kontaktu ze światem wirtualnym. Telefon skonfiskowaliśmy, nie chcąc by  nas od niego oddzialał. Chcieliśmy dać mu czas do namysłu nad nową sytuacją w domu. By mógł pogodzić się z tym, że teraz ja jestem jego ojcem. Chłopak, co prawda, nigdy za mną nie przepadał, dlatego też starałem się dać mu trochę czasu na zaakceptowanie mnie. Nigdy na niego nie naciskałem.- Aron. Ten dupek. Czy on uważa, że jest taki mądry? Dupek.
 - Czyli nie zaakceptował tego.- Gdy ten obcy blondyn to mówił, w jego głosie dało się usłyszeć zrozumienie.
 -Willow?- Mówi zaskoczona Amja. Brawo! Lalka Barbie jako pierwsza mnie zauważyła.
 Stałem ciągle w miejscu. No nie ruszę się tylko dlatego, że ona mnie dostrzegła.
 -Willow?- Blondyn powtórzył moje imię, obracając się w moją stronę. Jego uważne, piwne oczy wbiły się we mnie. Łagodny wyraz twarzy. Nie wyglądał na "strasznego" człowieka. Ale wyglądał na faceta z zasadami. Profesjonalista.
 Wszyscy zwariowali.
 Patrzą na mnie, a ja stoję nieruchomo. Kurde. Chyba zmienię imię na jakiegoś, no nie wiem, może "Drew"?  Bardziej będzie pasować do zakolczykowanego Emo.
 - Jestem Sierra Doneo. Będę twoim terapeutą. Miałeś mieć u mnie dzisiaj wizytę.
 Super.
 Poszedłem stamtąd w kierunku schodów.
 Amja była zniesmaczona moim zachowaniem. Baba jedna myśli, że będę słuchał jak ten k**ewny terapeuta mówi?! Ja na prawdę mam go w d**ie i nie chce mi się tu sterczeć.
 - Willow, zatrzymaj się!- Słyszę zdenerwowany rozkaz Arona.
 Walcie się.
 Kątem oka wyłapałem, że ojczym wstał i zrobił krok w moją stronę.
 Został powstrzymany przez Sierrę.
 Wszedłem po schodach. Ja chcę do pokoju...
 - Zostawcie go, ja z nim porozmawiam. Najlepiej tu zostańcie.
 Sierra. Nie idź za mną cholero!
 Zatrzasnąłem za sobą drzwi i zamknąłem je na klucz. Położyłem się na brzuchu na niebieskim łóżku. Niebieska łódź na wzburzonym, błękitnym morzu. Wzbórzony był nie tylko dywan, ale także ja w środku.
 Pukanie.
 -Wpuścisz mnie do środka?- Głos blondyna. Spokojny, uspokajający, profesjonalny.
 Nie odpowiedziałem. Leżałem w ubraniu na pomiętej pościeli.
 -Dobrze, ja tu będę czekał. Jak zechcesz porozmawiać, wpuść mnie do środka.
 I tyle. Ani się nie dobijał, ani nie krzyczał. Po prostu ... czekał?
 Leżałem nieruchomo na łóżku zamkniety w pokoju.
 Dlaczego ten facet tu przyszedł? Czemu? O co `mu chodzi? To tylko jego praca... No tak. On tak zarabia na swoje utrzymanie, dlatego... nie powinienem się martwić.
 Jeżeli ma zamiar tylko siedzieć pod drzwiami, to nic nie zdziała.
 Uspokoiłem się. Znowu ogarnęła mnie obojętność.
 Po co się zakmnąłem? Tylko pokazałem temu Sierrze, że coś czuję. Nie tak powinienem to zacząć. Przecież mam na wszystkie wywalone. Czemu myślę, że coś powinienem zrobić? Nie wiem. Gościu i tak, i tak NIC o mnie nie wie, i ... nie usłyszy moich myśli. Nawet jakby nie wiadomo jak chciał.
 Przewróciłem się na plecy. Wpatrzyłem się w szary sufit. Szarość.
 Jak mam się teraz czuć?
 Zwykle o tej porze jem. Taa, ale skoro ten facet zamierza nie wiadomo ile sterczeć mi pod drzwiami, to marne szanse na to, bym bez otwierania drzwi dostał się do jedzenia.
 Przyszedł nam do domu. Znaczy moim rodzicom, pff... OPIEKUNOM. Ciekawe ile mu zapłacili?
 Każdy robi wszystko dla pieniędzy. Dla wszystkich tylko to się liczy.
 No dobra. Istnieją wyjątki takie jak ja...
 Jest już późna noc, a ja nie potrafię zasnąć. Znowu chciałbym się patrzeć na gwiazdy, ale ten Sierra może usłyszeć dźwięk otwieranego okna. Chyba, że śpi...
 Trochę tam już siedzi. Z pewnością śpi. Nie wierzę w to, że aż tak chciało mu się pilnować, czy otworzę te dupne drzwi.
 Tak myśląć o czymś związanym z tym facetem... Co on tu robi w środku nocy? Chyba ma jakieś życie prywatne? Co, oprócz pieniędzy, go tu trzyma?
 Siadam na krawędzi łóżka.
 Łódka i kudłate morze.
 Ten błękit mnie irytuje, szarość z resztą też. Bo zawsze coś jest szare. Ściany, lodówka, stal, dodatki, kot... Ciągle coś. A błękit ..? Taki sztuczny. Zupełnie inny od koloru nieba.
 Nic mnie nie martwi, ale... jestem trochę głodny.
 Powoli zbliżam się do drzwi. Chcę sprawdzić czy ten facet dalej tam siedzi.
 Wszystkie dźwięki, jakie mogłem wydać, tłumił dywan.
 Przyciskam ucha do drzwi . Przymykam oczy i nasłuchuję. Jest tam, czy go nie ma?
 To musi dziwnie wyglądać. Dziecko w czerni z glanami na nogach, tonących w kudłatym morzu, stoi przy drzwiach i nasłuchuje.
 Chyba wejdzie mi to w nawyk. Nasłuchiwanie. W końcu jestem intruzem. Musiałem to przyjąć, a teraz, gdy się już do tego przyzwyczaiłem, oni próbują mnie zmienić. Ja swoje wiem i żaden terapeuta mi oczu nie zamydli.
 Słyszę czyjś oddech.
 To musi być ten Doneo. Dlaczego on tam ciągle siedzi? Przecież to chore...
 Pracoholik?
 Kładę dłoń na klamce.
 Otworzyć mu? Przecież mi to nic nie zrobi, a on i tak tam po prostu siedzi.
 Otworzyć?
---
---


Alfa: Pierwsza scena z Sierrą ..
Beta i Drzewek: <33333
Alfa: Nie wiem czemu, ale... 
Beta: Każdy kocha Sierrę!
Drzewek: *Kciuk do góry*  3 razy tak.
Beta: Pan przechodzi dalej.