Translate

Współtwórcy

niedziela, 27 września 2015

Uwaga!

 Od dnia 27.09.2015 następuje aktualizacja całego bloga. 
 Każdy rozdział będzie odnawiany, treść poprawiana, a także zmieniana na nową.
 Prosimy o zobaczenie odnowionych rozdziałów, korzystając ze Spisu Treści
 Dzisiejszego dnia został odnowiony oczywiście prolog.
 Mile widziane są komentarze.
                                                                                                                               A~

 

wtorek, 7 lipca 2015

Rozdział 12 "Monstrum"

 Idę powoli przed siebie z wzrokiem wbitym w podłoże. Nie miałem za bardzo pomysłu na to, gdzie iść, dlatego też liczyłem na resztki instynktu, które mnie zaprowadzą w jakieś ustronne miejsce. Moja głowa jak zawsze była cała zapchana myślami.
 Nieświadomie skierowałem się w stronę najbliższego, najbardziej zarośniętego przez drzewa miejsca. Jedyne, co na prawdę mnie w tej chwili wkurzało to fakt, że nie miałem czasu porządnie zasznurować glanów, a teraz nie chciało mi się specjalnie stawać, by je zawiązać. Skoro już zdążyłem dobrze się rozpędzić i automatycznie gnałem przed siebie to zatrzymanie się byłoby równoznaczne z późniejszą potrzebą ponownego nabrania pędu. Męczące, nieefektywne, energochłonne.
 Emo-Willow... Poprzedni Willow... Jedna osobowość zmieniona na drugą... Czy ten fakt aż tak potrzebował podkreślenia?
 O łydkę obijała mi się sznurówka, ale nie mogłem nic z nią zrobić (Z wiadomych powodów). Jedynie wpatrywałem się w sznurek, który bez przerwy się poruszał po chodniku. Dłonie miałem wsunięte w kieszenie dżinsów. Dookoła mnie ciągnęły się szeregi drzew i krzaków, których piękne, ociekające zielenią liście tworzyły mozaikę, dzięki której świat złożony z betonu przestawał istnieć. Stawał się tylko ulotnym wspomnieniem.
  A tak w ogóle może dla lepszego pierwszego wrażenia powinienem zacząć się ciąć? Jak na porządnego, przygniecionymi problemami chłopaka przystało? Wtedy będę mógł posiadać rangę monstrum. Będę mógł się moimi bliznami chełpić przed osobami, a tym samym mocniej się pogrążać w oczach psychologa...
 Choć właściwie jak czarny kolor miał robić ze mnie potwora? No i jakieś dziwne rany i blizny na rękach, których na szczęście nie miałem... Nigdy bólu nie lubiłem, ale może to nie jest wcale takie złe? Może po pewnym czasie bym się do tego przyzwyczaił i po prostu uzależnił? Przynajmniej mam takiego farta, iż nienawidzę swojego ciała, więc okaleczanie go nie będzie zbyt dużym problemem. Tylko mdłości mogą być... Niemiłą częścią tego wielkiego, genialnego planu.
 Nie... Aż tak siebie nie zmienię. Nie jestem wstanie... Nie... Nie potrafię.
 Doszedłem do zaniedbanej części parku. Zostawiłem za sobą wszystkich możliwych obserwatorów, którzy przypadkiem o tej porze wybrali się na spacer. Nie wątpię, że w większości byli to turyści. Przynajmniej mnie nie zaczepiali. W końcu i tak, i tak odpowiedzi by ode mnie nie dostali.
 W miejscu, w którym się znalazłem, znajduje się nieużywane od dawna boisko z betonem  zamiast zielonej murawy. Usiadłem na ogradzającym to miejsce płocie, który został stworzony przez jakieś nieznanego, szurniętego architekta, który postanowił dorobić sobie na boku. Składał się on z pozornie zwyczajnych, metalowe ram, które dawno wyszły z użycia. Zdobiły je wypłowiałe od słońca kolory, kiedyś pewnie żywe, kujące w oczy. W tych oto 'ramkach' znajdowała się muśnięta rdzą siatka, zastępująca zwyczajowe sztachety. Ot, w swej zwyczajności, i nie modnym wyglądzie, niezwyczajny płot.
 Utkwiłem wzrok w podłożu. Akurat do obserwacji trafiła mi się kępka zeschniętej trawy, która jakimś cudem przebiła się przez beton. Z resztą było tu więcej takich cudów. Może dzięki temu to miejsce wyglądało na zapuszczone?
 Kto to wie... Może serio jestem taki zły? Może faktycznie taki ze mnie potwór, degenerat, niedobre dziecko, niespełniające wymagań rodziców. Powinni mnie za to skazać na banicję. Swoją drogą. Nie jestem ani przestępcą, ani psychopatą, ani pedofilem, nie jestem osobnikiem wypaczonym w stopniu hardowym. Działam zgodnie z prawem! W końcu w moim kraju mogę od 16 roku życia do szkoły nie chodzić, więc gdzie tu te moje wykroczenia przeciw prawu? Jestem czysty!
 W jakimś stopniu nawet cieszę się, że jestem w tym miejscu sam i w końcu mogę sobie porządnie pomyśleć. Nikt mi tego skomplikowanego procesu nie przerwie. Nikt nic nie zepsuje. Jestem tu tylko ja, zardzewiały płot, boisko, chwasty i te polne kwiaty, które z niewiadomej przyczyny pną się po metalowej siatce. Wróbli wolę w to wszystko nie wciągać. Te paskudy jak dotąd nie zasłużyły na tego typu zaszczyt.
 Sierra to na prawdę szczwany lis. "Wykręca" się od pieniędzy gadką, że spłaca jakiś tam dług. Pewnie uważa, że gdy pokaże takie podejście do całej sprawy, to nie tylko spłaci ten wyimaginowany dług, ale także dostanie duży czek za wielkie zaangażowanie w sprawę. W końcu Aron jest dziany i może podreperować dziurę w budżecie podrzędnego pracownika. Bo kto to tam wie, czy ten cały Doneo tak dobrze prosperuje na rynku. Może ten przyjacielski dług spłaca ARON, dając psychologowi jakąkolwiek pracę? Hm? Czy ta teoria nie miałaby czasem szansy się bronić?
 I co ja mogę poradzić, że w tym wypadku mam podobne zdanie do Amji? W końcu każdy połasi się na duże pieniądze. Tym bardziej bezmózga Barbie.
 W końcu czyż to nie ona żyje na koszt Arona? ( No chyba, że jedna nie zwolniła się z pracy w biurowcu i udaje, że ta posada wcale jej nie urąga. W co szczerze wątpię.) Co prawda moja wiedza na jej temat skończyła się kilka lat temu... No dobra, nie wiedza, a zainteresowania, wiedzy raczej nie da się pozbyć... Mniejsza z tym... Amja ma teraz wszystko, robiąc niewiele. Nie musi nawet zajmować się domem, nie musi gotować, nie musi się martwić o nic. Ma zapewnioną przyszłość i to ją powinno całkowicie zaspokajać. Ale nie... Ona tak nie potrafi. Zawsze była nienasycona.
 Głupia.
 Przynajmniej ja należę do tej apatycznej części społeczeństwa, która jest żałosna na swój własny, oryginalny, sposób.
 Za to ona nie dość, że głupia, to jeszcze zdesperowana, choć nikt tego oczywiście nie widzi!
 Co określam mianem desperacji?
 Słownik określiłby to utratą nadziei, rozpaczą, bądź nieobliczalnością w działaniu, spowodowaną znalezieniem się w ekstremalnej sytuacji.
 Ale Amja zdaje się nie znajdować w żadnym z tych stanów. No właśnie. Zdaje się. Dla mnie jej desperacja jest działaniem spowodowanym ogromnym, zakorzenionym głęboko strachem, o który nikt jej nigdy by nie posądził.
 Dlatego właśnie ja wolę definicję apatii. W końcu jest to stan zmniejszonej wrażliwości na bodźce emocjonalne i fizyczne. Ponoć towarzyszy mu obniżenie aktywności psychicznej i fizycznej, utrata zainteresować, mała liczba kontaktów i takie tam. Prawda, że to trafne dla mnie określenia? Podobno jest to także objaw depresji.
 Podobno. Tego akurat nie sprawdzałem.
 Gwałtowny powiew wiatru wprawił w ruch moje włosy, a także sprawił, że boisko zatonęło w uspokajającym szumie liści.
 To wszystko było takie idealne. Perfekcyjny podkład dla tych wszystkich nie wyrażonych na głos myśli.
 Co ciekawe według niektórych poglądów filozoficznych apatia to stan wolny od wzruszeń, pozwalający osiągnąć pełnię szczęścia.
 Ten pogląd bardzo mi się podoba. W ten sposób wychodzi na to, że jestem szczęśliwym stoikiem.
 Stoikiem? Dobra... Nie. Jestem sobą i tyle. Po co uważać się za kolejną osobę z tłumu?
 Powoli wypuściłem powietrze z płuc, wyobrażając sobie, że wraz z dwutlenkiem węgla z moich ust ulatuje dym. Chcę zatonąć i zakotwiczyć się tam głęboko pod wodą. Nie będę musiał żyć w obłudnej rzeczywistości, w którą próbuje mnie wepchnąć psychiatra.
 Stalowy płot zaskrzypiał, wtórując tym samym serenadzie wyśpiewywanej przez wiatr, na naturalnych instrumentach. Łaskawie zacząłem przyglądać się gromadce wróbli, która zabawiała się skacząc po ramie pustej bramki. Niektóre osobniki znajdywały się także w innych częściach boiska. Niektóre wskakiwały w trawę, inne przechodziły przez oczka w siatce, rozciągniętej między metalowymi ramami. Jedne były śmiesznie nastroszone, próbując się upodobnić do pierzastych piłeczek, a inne szczupłe, przy kości. Samce bardziej, a samice mniej ubarwione. Na każdym ptaszku mogłem swobodnie znaleźć plamę szarości. Właśnie dlatego tak bardzo ich nie lubiłem.
 Chyba... Nie chcę już myśleć. Nie chcę. Nic mi to nie daje, a tylko podłamuje i niepokoi. Zwłaszcza, że zawsze muszę podjąć w rozważaniach nieodpowiednie tematy.
 Sierra niczego się nie dowie. Nie muszę się niepokoić. Nie muszę. Ja nic, NIC, nie pamiętam. Nie pamiętam, NIE PAMIĘTAM przeszłości. N I E  P A M I Ę T A M.
 Nie pamiętam, bo z tym, co się stało, nie da się pogodzić.
 Nie przypomnę sobie tego. N I E.
 Przymknąłem oczy i spuściłem lekko głowę. Pełny spokój. Muszę się na tym skupić. Skupić na spokoju.
 Pamiętam, nie musisz się niepokoić o te wskazówki. Kompletny brak uczuć. Wskazówki pamiętam. To jest dla mnie najlepsze. Nie mogę się przecież denerwować, ale... Dopiero teraz, gdy ktoś próbuje do mnie dotrzeć, poprzez ciągłe, natarczywe naciskanie w jeden punkt, zrozumiałem jakie to wszystko jest trudne.
 Trudne jest to, czego się podjąłem te cztery lata temu.
 Ta liczba. ta czwórka. Ona wcale nie sprawia, że mój puls przyspiesza. Wcale nie ściąga na mnie paniki. Wcale nie jest moim fatum. Wcale nie jest moim przekleństwem. Moją zmazą. To nic.
 Właśnie dlatego. Dlatego, że to nic, nie mogę boleśnie drapać świeżo zagojonej rany. Po prostu NIE.
 Dlaczego jeszcze żyję?
 Nie. Tak, wiem. Nie. Nie mogę iść w tę stronę. Tylko nie w tę stronę.
 Życie to nie jest wcale wartość nadrzędna. To my jesteśmy dla siebie wartością nadrzędną. Nic więcej. Tak, to też pamiętam.
 Siedząc tak na tym płocie powoli zaczynałem czuć się dobrze. Dostawałem teraz dużo więcej spokoju niż w pokoju, niż w tym domu, wśród tych wszystkich ludzi. Doskonale wiedziałem, że to właśnie tak powinno być. Pasował mi ten zastój. Ten całkowity brak czegokolwiek. Tak długo do tego dochodziłem. Tak długo nad tym pracowałem. Tak długo tworzyłem i pielęgnowałem tę czarną dziurę, która zasysała wszystko, co stanęło jej na drodze. Wszystko, co się wcześniej liczyło. Dzięki temu się nie buntowałem. Bunt nigdy nie miał sensu. Sprzeciwianie się Losowi nic nie daje.
 Mam swoje racje, ale pokazywanie komuś różnicy między moim sposobem myślenia, a czyimś wychodziło poza moje kwalifikacje. Nie byłem do tego zobowiązany. Nic nie podpisywałem, nie? A skoro nie odczuwałem żadnej przyjemności z prowadzonej konwersacji, tooo po co mi to było? Z resztą co przyjemnego jest w rozmowie? Po co konfrontować z kimś zdania? Po co te wszystkie potyczki słowne? Po co się w ogóle komunikować? Nie daje to nam nic materialnego.
 Co ja w tym wszystkim kiedyś widziałem?
 Monolog.
 To już w ogóle nie ma sensu.
 Jakby cokolwiek miało sens.
 Lubię parki.
 Dziwne stwierdzenie, nawiązujące... Dobra. To do niczego nie nawiązuje.
 Może zapnę skórę...
 I tak też zrobiłem. Powoli zaciągnąłem zamek na samą górę. Od razu zrobiło mi się cieplej.
 Kątem oka zarejestrowałem fakt, że ganiające dookoła ptaki coś przepłoszyło. Wzleciały ciemną chmurą do góry, szukając w popłochu miejsc, w których mogłyby się ukryć. Wróble poprzysiadały na gałązkach okolicznych krzaków, drzew, a także odległych fragmentów płotu, spoglądając w moją stronę z niepokojem.
 Zwierzęta to jednak są ostrożne. Zapobiegają instynktownie najmniejszej szansie śmierci.
- Will.- Obok mnie oparł się osobnik, którego tembr głosu zdążyłem już zapamiętać. Czemu on tak uczepił się tego zdrobnienia? Co w nim takiego było? Tak go wymawianie tej sylaby ekscytowało, czy co?
 Nawet nie spojrzałem w kierunku przybysza, uważając z góry takie działanie za zbyteczne.
 Założę się, że gdyby Sierra był przedmiotem to z pewnością byłby... Bumerangiem. Raz wprawiony w odpowiedni w ruch uparcie wraca do osoby, dzięki której mógł przeciąć przestworza.
 Z kolei ja byłbym poduszką. Nie wiem dlaczego akurat nią, bo do puchatych osób nie należę. Ale tak. Taki jasiek. Taki ręcznie haftowany w bajeczne wzory, albo taki zwykły, koloru letniego, bezchmurnego nieba.
- Nie możesz ciągle uciekać.- Głos szarookiego był spokojny i łagodny, ale przecież się mylił. Nikt nie zabroni mi się wycofywać.- Zabraniam ci. Odtąd przestaniesz uciekać.- Miałem wrażenie, że jego wzrok się we mnie wbił.- Nie martw się. Zadbam o to, byś podchodził do prób starcia się ze swoimi problemami.
 O to nawet martwy by się nie martwił, człowieku, a co dopiero ja.
- Wiem, że nie wierzysz w słowa twojej matki. Jak na razie to dobrze. Przynajmniej w tej sytuacji. Twoja mama kierowała się emocjami. Nie sądzę by przemyślała to, co powiedziała.- Haloo. I kto tu powinien mieć swojego psychiatrę? Ja czy ona?- Will, pamiętaj, że nie jesteś potworem, tylko chłopakiem, który nie poradził sobie z własnymi problemami. Sądzę, że to nie twoja wina.- Czyżbym został przez Sierrę uniewinniony, a jednocześnie czyż nie zasugerował mi, że jestem nieudacznikiem?
 Zawsze o takim połączeniu marzyłem! Szkoda jedynie, że zupełnie nic mi ono nie daje.
 I niby on mnie rozumie? Nie sądzę by był on wstanie mnie zrozumieć. Rozmijamy się wiekowo, więc ten, ciebie, Sierro, na samym początku ten fakt skreśla.
 W końcu czy ktokolwiek o tym myślał, czy też brał to do siebie?
 Nie będę odpowiadać na te pytania.
 To nie moja sprawa.
 Chyba...
______________________________________
Alfa: I tym oto sposobem po dość długim czasie wstawiam nowy post. Może ktoś tu jeszcze jednak zajrzy. Przynajmniej taką mam nadzieję.
 Życzę wszystkim dobrych wakacji!
 No i dziękuję za doping. ;-; Zdecydowanie przyda mi się, jeśli średnio za tydzień chcę dodać kolejny post.
 Dasz radę, Reijinaldzie?

sobota, 21 lutego 2015

Rozdział 11 "Wszystko zależy od Willow'a."

- Jest pan tu juz trzeci dzień. Dlaczego z Willow'em nie jest lepiej? Czy już nie powinniśmy widzieć jakichkolwiek skutków pańskiej pracy? Mówił pan, że gdyby wpuści pana do pokoju to będzie duży krok do przodu w jego terapii. Dlaczego więc nie ma różnicy?- Słyszałem denerwujące pytania Amji. Wstrętna lalka Barbie. Już nawet swoją troskę o mnie pozoruje.
- Właśnie! Mama ma racje! Braciszek powinien zjeść dzisiaj z nami śniadanie, ale dalej jest na nas obrażony i nie przyszedł!- Piskliwe wtrąciła się Althea. Jestem na nich obrażony? Skoro tak mówi... Nie będę się spierał. Dziewczynki są takie upierdliwe. Co ona sobie myśli? Że niby co ja powinienem robić? Że kim ja niby dla niej jestem? Ona nie jest moją siostrą, więc ja nie mogę być dla niej bratem, a co dopiero braciszkiem, phi.
- Ale kochanie daj rozmawiać dorosłym.- Łagodne upomnienie Arona. Chyba mogłem sobie wyobrazić jak właśnie przygładza dłonią jej jasne kudły... Ale po co miałbym to robić?
- Mówiłem pani. Takie terapie nie działają od razu. To nie jest magia. Wszystko zależy od tego jak Willow da sobie pomóc. Ja jestem tu tylko dodatkiem. Po jednej rozmowie ze mną państwa syn się nie zmieni. Jego problemy są mocno zakorzenione i zanim dotrę do prawdziwej przyczyny jego odseparowania od świata minie trochę czasu. Musi mi pani dać działać. Każdy, nawet najmniejszy krok do przodu jest dużym osiągnięciem...- Słowa Sierry były takie... Spokojne.
- Mówi pan, że mamy poczekać?! Ale ile to ma niby trwać? Miesiąc, dwa, trzy ?! To za długo!- Ta blondyna chyba zaczęła się denerwować. Chyba. Na pewno.
- Taaak, chcę braciszka z powrotem!- Pisk bachorzycy. Ten jej głos. Ten ton. Jak. Ja. Go. Nie-na-wi-dzę.
- Prosiłbym, aby mówiła pani ciszej. Nie ma powodów do złości. To, co mówiłem to po prostu fakty, których nie da się przeskoczyć. Jedyne, co możemy w tej sytuacji zdziałać to zachowanie spokoju i bycie cierpliwym. Cieszę się, że tobie Altheo zależy tak na zdrowiu brata, ale lepiej byś nie podnosiła głosu, gdyż nie chcemy go obudzić. Dlatego proszę cię o zachowanie ciszy.- Ten blondyn miał tupet. Nie wahał się w zwracaniu uwagi. Nie rozumiem tego gościa. Jak można się nie zirytować rozmową z takimi osobami? To jest niepojęte.
- Przeszkadzam tak braciszkowi?- Jeszcze tylko tu brakuje wielkich, błyszczących oczu i trzepotu rzęsami. Udaje niewinną osóbkę? Jak można być tak głupim by się w ten sposób zachowywać?
- Tak, Altheo.- Ciekawe czy się do niej uśmiechnął? Czy ten człowiek się w ogóle uśmiechał czy bez przerwy zachowuje tę przerażającą powagę? Tak, chyba zacznę kojarzyć powagę i spokój z czymś niepokojącym, a w mojej sytuacji by to na dobre nie wyszło. Bo przecież bez przerwy otacza mnie cisza, a ten gościu też chyba chce być częścią mego otoczenia. Jakby nie patrzeć wydaje mi się, że do tego to zmierza. Nie podoba mi się to. Jego obecność mnie przytłacza. Za dużo go, nawet nie w takim sensie jak za dużo było Arona, który co chwilę wyskakiwał z tymi wycieczkami, prezentami, który starał się nas od siebie uzależnić i sprawić, że zaczniemy na nim polegać, uważać go za część rodziny. Za dużo jest go dlatego... Dlatego, że... Jakby wiedział. Wiedział wszystko. To, że teraz siedzę na korytarzu, przed moim pokojem, że tego wszystkiego słucham. Jest go za dużo, bo wydaje się być wszędzie. Jest tu krótko, a co będzie jak zostanie na dłużej?
- Pszzzzpraaaaaszam.- Przesłodzona odpowiedź dzieciaka.
- Jak pan tak może zwracać się tak do dziecka i do mnie?- Komuś tu wzrasta ciśnienie. To już te lata, Amjo?
- Kochanie, proszę cię, nie atakuj tak Sierry. Mówiłem ci już, że nie byłoby tu go, gdybym mu nie ufał. On zna się na swojej pracy, więc pozwól mu ją wykonywać. I wcale nie chodzi mi tu o to, że nie podzielam twoich uczuć, ale robię to dla dobra Willow'a. W końcu chcemy by do nas wrócił.- Aron na swój sposób zaczął łagodzić napiętą atmosferę. I tak go nie lubię.- Kontynuujmy. - Mogę się założyć, że kiwnął głową. To zachowanie po prostu tak pasuje do tego ulizanego amanta.
- Jak już mówiłem,- znudzony i chyba lekko zirytowany Sierra wznowił swój wywód.- wszystko zależy od tego, czy Willow będzie współpracował.
- Wolałabym usłyszeć jakieś konkrety!- Rozbrzmiał oburzony, damski głos.- Chcę wiedzieć co dokładnie pan zamierza, nie podoba mi się to, że pan daje nam wymijajace odpowiedzi. Jakieś nieznaczące założenia. O czym będzie pan z nim rozmawiał. Co pan planuje. Jak zamierza pan to wszystko naprawić. Czy pan nie rozumie, że to dziecko od dawna z nami nie rozmawia? A teraz, gdy w końcu jest to możliwe pan mówi, że potrzebuje czasu i nie dopuszcza nas do Willow'a, gdyż jest za wcześnie?- Jest możliwa rozmowa ze mną? Od kiedy? Choć w sumie też chętnie poznałbym odpowiedzi na zadane przez Amję pytania. Ułatwiłoby mi to życie. Wiedziałbym mniej więcej co będzie... Tylko, że on tego nie powie, idiotko.
- Spokojnie, kochanie. Altheo, nie podskakuj tak. To nie czas na zabawę. - Mizia Amję, by ją uspokoić? A co do małej... Brak mi słów...
- Konkrety...- Że też ten gościu ciągle tam siedział, a nie wyszedł i kazał im się wszystkim wypchać. Ma jakieś leki uspokajające? Też coś takiego dostanę? To mogłoby być fajne... Hmmm... Mógłbym się naćpać lekami uspokajającymi, ale miałbym odlot... Może lepiej sobie nie robić nadziei. Czy czasem nie mówiłem, że ona umarła?- Nie mogę pani ich zapewnić. Zawsze jest tak możliwość, że planować będę jedno, a stanie się drugie. Tu trzeba być na wszystko przygotowanym, a przecież nie zamierzam wprowadzać was w błąd.
- Oczywiście nie mamy nic przeciwko.- Ni z tego ni z owego z tymi słowami wyskoczył Aron. Ach. Amja musiała wbić w niego morderczy wzrok. Dwa rozżarzone węgielki wypełnione żądzą zemsty... Ale zaraz. Nie mają nic przeciwko czemu? Może jednak przegapienie tej ich początkowej rozmowy nie było takim dobrym pomysłem? Ale wtedy nie wydało mi się to takie ciekawe. Przecież usiadłem tu dopiero, gdy usłyszałem pierwszy pisk Althei... W końcu ten sobie najpierw gadał, i gadał, i siedział w tym pokoju, i się na mnie gapił, i znowu zaczynał gadać, potem był tylko cicho. A po kilku godzinach, gdy już myślałem, że podejdę i mu strzelę ktoś zapukał do drzwi. To było... Dziwne... Ale w tamtym momencie dość pożądane. Więc nie zmartwiło mnie to, że Aron zabrał Sierrę. Przez pewien czas siedziałem, uspokajałem się... Wpadłem w ten mój typ letargu, zastępujący mi sen... A potem ten okropny pisk... Musiałem się ruszyć i sprawdzić, czy się ta gówniara nie podpaliła. Może jednak ominęło mnie coś ważnego?
- Powtórzę te słowa jeszcze raz. Wszystko zależy od Willow'a.
 Skoro wszystko zależy ode mnie to może powinienem zejść tam na dół i tak po prostu sobie wyjść, mając ich wszystkich w głębokim poważaniu? Tak, zróbmy to!
- Niech pani mnie nie obraża. Już wcześniej mówiłem, że nie robię tego dla pieniędzy. Tylko ze względu na moją przyjaźń z Aronem. To przysługa, dlatego niech pani nie wygaduje takich herezji.- Teraz ton głosu Sierry był ostrzejszy. Przesiąknięty do głębi powagą. Chyba... Znowu coś mnie ominęło. Po prostu musiało mnie coś ominąć. Od tak przeszedł od "Wszystko zależy od Willowa" do "Proszę mnie nie obrażać"? Zdecydowanie musiałem przegapić jakieś słowa mojej opiekunki. Choć w normalnych okolicznościach za nic bym tego nie żałował. Bo co ona może powiedzieć wartościowego? Właściwie to nic, ale cała rozmowa byłaby bardziej składna i wiedziałbym CO dokładnie powiedziała, no i w jaki sposób można rozgniewać psychologa... Tak tylko mogę się domyślać. Mogę, ale nie muszę, nie? A jeśli chodzi o ten zanik tej jej kwestii... Może się przemęczyłem i dlatego jej słowa do mnie nie dotarły? To wszystko jest... dziwne.
 Zamrugałem kilka razy, przesuwając językiem po kolczyku. Wzrok utkwiony miałem w szarej ściany. Ten znienawidzony przeze mnie kolor oczywiście musiał zdominować mój świat.
 Zmusiłem się do skupienia na toczonej na dole rozmowie.
- Chciałbym prosić państwa o pomoc.- Zainteresowało mnie to. Pan profesjonalista potrzebuje pomocy? Czyli jednak nie zrobię tego. Przynajmniej nie w najbliższym czasie. Oczywiście chodzi mi tu o wyjście z domu...
 Czego Sierra może chcieć od tych nic nieznaczących ludzi? Najbardziej nieznaczącym w tym wszystkim człowiekiem był Aron, ale on nie mógł o tym wiedzieć. Inaczej... Nie, tej koncepcji rozważać nie będę. Aż tak mi się nie nudzi.
 Przeniosłem swoje spojrzenie na czarną powierzchnię glanów, w których odbijało się światło lampek, umieszczonych w suficie. Oczywiście dom musiał być dokładnie oświetlony i to nawet o takiej porze... Choć nawet nie orientuję się, która jest godzina... Najwidoczniej Aron nie przejmował się takimi wydatkami i w ogóle nie oszczędzał.
- Jak już mówiłem będę potrzebował by w domu była zachowana jak największa cisza. To ma zwiększyć komfort Willow'a, do którego będę się starał dotrzeć. W dodatku chciałbym z wami jeszcze raz porozmawiać o pewnych sprawach, żeby naprostować nieścisłości. Wiem, że pełne zaufanie z waszej strony będzie trudne, ale jest ono nam potrzebne. Jeszcze chcę ustalić kilka zasad, które będą tu panowały i to także robię ze względu na chłopaka. - Ten psychopata jest na prawdę przebiegły. Chce wyłudzić cenne informacje, a  potem mnie nimi zaatakować. Jest, na szczęście dla mnie, jeden problem. By dotrzeć do sedna sprawy musiał by być cudotwórcą. To się nazywają plusy pokręconego życia... Dlatego w sumie nie mam czym się przejmować. Znaczy się mam, ale nie mam. Cóż, nie będę tego tłumaczył. W końcu ja to rozumiem.
 Jakieś zasady? On to normalnie władca despotyczny. Wie, że Aron i Amja będą się musieli na wszystko zgodzić. Sprytna bestia.
- I to sprawi, że brat w końcu przestanie strzelać na nas fochy?- Tym razem gdybym nie był aż tak skupiony na tym, co Sierra mówił, nawet nie usłyszałbym co ta mała powiedziała. Nawet jeśli starała się nie piszczeć to i tak mnie irytowała. Fochy, serio?
 O dziwo nie usłyszałem żadnej odpowiedzi blondyna. Może ograniczył się do spokojnego kiwnięcia głową? Całkiem to było możliwe...
- O jakie nieścisłości chodzi?- Spytał ojczym. Swoją drogą co to za brzydkie określenie - ojczym. "Oj", "czym" zawiniłem? "Oj" czy "m"? Ojciec czy matka? Ooo, transwestyta... A może tu chodzi o to za kogo mężczyzna, noszący taki przydomek, robi? Czy jest odpowiednikiem matki czy ojca, albo czy robi za oboje naraz? Do czego tu pasuje Aron?
 Jeśli chodzi o stosunek do mnie to niemal na pewno jest to właśnie "Oj czym zawiniłem?".
 A za kogo robi?
 Z pewnością kobietą nie jest... W różowym fartuszku to on po domu nie lata. To z resztą byłby uszczerbek na jego honorze.
 Znowu nachodzi mnie dziwne spostrzeżenie, że jestem chory psychicznie. Normalnym ludziom nie chodzą takie myśli po głowie, nie?
- Powiedzieliście, że Willow nigdzie nie wychodzi, a jest właśnie na odwrót. On jest o wiele częściej na dworze, niż w domu. Dlatego też stwierdzenie, że się ciągle zamyka w pokoju jest niewłaściwe.- I czemu te słowa w ustach tego faceta brzmiały tak poważnie? Jakby wygłaszał niesamowitą i ostateczną opinię specjalisty.
- Czyli jednak pan coś zmienił.- Barbie odetchnęła z ulgą. Do niej chyba nie dotarło... Toż ona nie może być AŻ TAK głupia. No i uwaga, właśnie zeszło z niej całe powietrze, więc potrzebuje pomocy. Aronie, przygotuj się do operacji usta-usta. Tylko nie przy dzieciach, proszę.
- Źle pani mnie zrozumiała. Tak jest od dłuższego czasu. Nie musiałem tego zmieniać.- Taa, nie musiał, że też ten mężczyzna nie brzmiał jak osoba zirytowana tym, że do niektórych nic nie docierało.
- To nie możliwe. Willow całe dnie przesiaduje w swoim pokoju.- Dlaczego ona zaprzeczała prawdzie, która z resztą została jej już ujawniona? Banda przygłupów... Z kim ja, kurde, mieszkam?- Z resztą pan widział jak to dziecko zachowało się, gdy pan tu przyszedł. Niemalże pobiegł do swojego pokoju i się w nim zabunkrował. Jak tu jesteśmy ciągle tak robi. Jeśli już gdzieś wychodzi to wraca zły na cały świat i nawet się nie odezwie. Wie pan jakie to nieprzyjemne? Ten chłopak nie przypomina ani trochę mojego syna. On nie jest moim dawnym Willow'em! Zrobił z siebie chodzącego potwora! Te kolczyki, soczewki, włosy, to, jak się ubiera! W dodatku nie poprzestał na sobie! Zepsuł całą atmosferę w domu! To monstrum tu przesiaduje! Nie rozumiem czemu to spotkało moją rodzinę! On psuje nasze wszystkie plany! Miał pan coś z tym zrobić, a nie wyprowadzać go na spacery! Pan ma mi sprowadzić z powrotem mojego Willowa!
 Nie wiedziałem, że istnieją dwaj Willow'owie. Ten Willow od Barbie i Emo-Willow. Nie wiedziałem też kiedy dokładnie się podniosłem i zacząłem iść w stronę wyjścia z domu.
 Powinien we mnie wrzeć gniew. Słowa tej kobiety powinny sprawić, że zaleje mnie furia, że poczuję się zraniony. Nie było tak. Po prostu byłem apatyczny. Mogła sobie gadać. To przecież były bezsensowne skargi.
 Schodziłem ze spokojem po schodach.
 Kto by pomyślał, że mogę zaliczać się do monstrum, które niszczą biednym blondynką marzenia i plany.
 Zszedłem na dół i przesunąłem wzrokiem po ludzkiej zbieraninie.
 Amja zamilkła i teraz wpatrywała się we mnie swoimi rozgniewanymi oczyma. Próbowałem przez chwilę znaleźć w tych oczach... Coś, co miało być dla mnie ważne. Ale... Ona jedynie wyglądała tak przezabawnie w różowym sweterku i miniówce w kwiaty w tym samym kolorze. Czyżby próbowała się w ten sposób odmładzać?
 Nie znajdując niczego godnego uwagi w mej opiekunce... Przeniosłem wzrok na Arona. Po prostu korzystałem z tej chwili ciszy... Mężczyzna wydawał się być... Zmartwiony wybuchem swojego "kotka"? No któż się mógł tego spodziewać? Słodka Barbie pokazała pazurki i to zapewne nie pierwszy raz.
 Spojrzałem na psychiatrę, który oczywiście się we mnie wpatrywał z uwagą. Wiedział, że zejdę? Pewnie tak. Po nim można było się czegoś podobnego spodziewać.
- Braciszek?- Tę jakże nagłą ciszę przerwała dziewczynka, której przez dłuższy czas nie widziałem, a jedynie słyszałem zza ścian. Za dużo to się ona nie zmieniła... Ale w tych dwóch kitkach... Nie przypadła mi do gustu. Na nią też przez jakiś czas się popatrzyłem...
 Nie miała prawa mnie tak nazywać. Może dostrzegła to w moich oczach, bo zakryła usta dłonią, a jej oczy stały się tak obrzydliwie... Mokre.
 Odwróciłem się do nich plecami i ruszyłem do drzwi. Wyszedłem z domu, idąc tam, gdzie poniosą mnie nogi.
 Nikt mnie nie zatrzymywał, albo zwyczajnie nie zarejestrował tego mój mózg. Zapewne to drugie, bo gdzieżby Aron i Sierra nie mieliby zareagować? Pff. Dom świrów.

http%3A%2F%2F41.media.tumblr.com%2Fc44dce9aa28c7cad9c4e7942178713d2%2Ftumblr_nj8z1zVLeT1siq8rfo4_1280.jpg

Alfa: Tematyczny glan zawsze spoko. Tak więc wstawiłam po tym długim czasie kolejny rozdział. Po prostu życzę miłego czytania. Dobranoc, a że jeszcze dzień, to szczegół...