Wpatruję się tępo w drzwi.
On tam dalej siedzi. Wiem to. Już nawet nie podchodzę do drzwi, by sprawdzić. To zwykłe marnowanie energii.
Spuszczam wzrok na dół. Na dywanie stoją czarne glany z dwunastoma dziurkami. Czerń i błękit.
Nie rozumiem tego mężczyzny. Nie widzę najmniejszego sensu w tym, by ciągle warował mi przed pokojem.
Doprawdy dziwny człowiek.
A co najbardziej mnie w tym wszystkim irytuje? Kilka godzin temu słyszałem jak Amja pyta tego gościa, tego nieznajomego człowieka, czy zechce zejść i zjeść z nimi śniadanie. A ja? A ja to co? Do mnie nigdy nie przychodziła i nigdy mnie o nic nie pytała. W dodatku on jej odmówił, a ona co na to? Powiedziała, że mu przyniesie! Oczywiście ten grzecznie podziękował. Phi... I pomyśleć, że specjalnie dla niego wchodziła do góry i z śniadaniem, i z obiadem.
Słyszałem jak je, czułem te wszystkie zapachy i robiłem się coraz bardziej głodny. Że też drewniane drzwi tego wszystkiego nie tłumiły. Musiałem to wszystko przetrzymać i zignorować ssanie w żołądku.
Po co on tam siedzi!? To nawet nie jest śmieszne. Ani dla niego, ani dla mnie. Ile tak można? Ja jestem przyzwyczajony do siedzenia w jednym miejscu, ale tym miejscem nigdy, ale to nigdy na dłuższą metę nie był ten cholerny dom... Muszę się uspokoić i jeszcze zobaczymy kiedy ten cały Sierra wymięknie.
Więc siedzieliśmy. Ja na łóżku, on pod drzwiami.
Gdzieś koło 17 do domu wrócił ojczym z siostrą, która na wejściu wypiszczała głośne "Już jesteeeem!". To naprawdę prosty sposób na określenie godziny.
Z tego wszystkiego chyba w końcu zacznę rozważać kto jest bardziej wkurzający.
Zawodnicy w konkursie: Amja, Althea - moja siostra, Doneo- psychiatra oraz Aron- ojczym.
Tak więc... Na szarym końcu jest nasza droga Lala, bo kto bierze pod uwagę głupie blondynki, które w są zależne w swym zachowaniu od ich "mężczyzny"? Z pewnością nie ja.
Trzeci od końca jest z pewnością Aron, do którego nigdy nic nie miałem, ale jako że postarał się ze mną porozmawiać i prawić mi morały wszedł po szczebelkach ponad swą rozpustną kobitkę.
Najbardziej swoimi piskami zapunktowała Althea. Dźwięki, które z siebie wydaje przy najmniejszej okazji doprowadzają mnie do szewskiej pasji. No i oczywiście miałaby szansę utrzymywać się na czele, gdyby nie było tu Sierry. Z kolei ten siedząc mi pod drzwiami i blokując mi wyjście do świata zewnętrznego, a po za nim nikt tego nie robił, właśnie dlatego zdołał zdobyć pierwsze miejsce w mej grze.
Brawa dla pana Sierry! A w nagrodę dostanie ... honorowe miejsce pod mymi drzwiami, ale że jest pan znany ze swojej jakże wielkiej łaskawości to mam nadzieję, że zrzeknie się pan swej nagrody i pójdzie sobie poszukać jakichś ciekawszych zajęć od warowania.
Jak on mnie denerwuje! Przez niego nie mogę się stąd ruszyć. To się nazywa przymusowe zamknięcie. Co prawda mógłbym zakończyć to wszystko otwierając te piękne i oryginalne drzwi, ale kto wie czy nie zachęciłbym tym samym Donea? Niestety zapewne tak, a na to tym bardziej nie mam ochoty.
Jedyne czego chcę to święty spokój, a ten obcy bardzo się stara i mi go nie daje.
Znowu jest noc.
Za oknem świecą gwiazdy, widać wielki, żółty księżyc, jest tam zapewne zimno i ciemno.
Chcę wyjść. Tak bardzo chcę wyjść.
To już druga doba, którą Sierra tu spędza.
Dlaczego nie pozwala mi wyjść? Ja chcę... Ja muszę... Nie wytrzymam...
Kulę się na materacu, miętoląc błękitną pościel.
Dopada mnie duży, ogromny wręcz strach.
Pewnie zaraz zacznę panikować. Nie chcę paniki. Zabierzcie ją stąd.
Serce próbuje mi uciec z piersi, głośno tłukąc. Z trudem łapię kolejne oddechy. Czuję się tak, jakby płuca przestały ze mną współpracować i nie chciały przyjmować dawek tlenu.
Trząsłem się cały. Panicznie wplotłem palce w czarne włosy, zaciskając je boleśnie na kosmkach.
Ja muszę wyjść... Ja tak bardzo muszę wyjść...
Zagryzłem do krwi wargę, dotykając zębami metalowego kolczyka. Było mi tak zimno...
Zacząłem czuć irracjonalny strach przed zamknięciem. Ja... Muszę... Wyjść...
Krew spłynęła mi po podbródku, a przed oczami latały mi mroczki.
Z-zimno... M-muszę... W-wyjść...
Paznokcie wbijały mi się w skórę głowy. Łzy spływały po policzkach.
Duszno, tak bardzo duszno. I gorąco, a zarazem zimno. Masakrycznie zimno.
Muszę coś zrobić. Muszę... wydostać się na zewnątrz.
Ciągle się trzęsąc, powoli wstałem. Nogi miałem jak z waty. Postawiłem pierwszy krok, a potem kolejny. Dreszcze raz, za razem przeszywały moje ciało.
W końcu dowlokłem się do okna.
Niedobrze mi się zrobiło. Za mało powietrza. O wiele za mało. Muszę... Muszę...
Zimno. Gorąco. Zimno.
Z trudem otworzyłem okno, które trzasnęło w kontakcie ze ścianą.
Świerze powietrze... Wręcz się nim zachłysnąłem.
Do moich uszu dotarł jakiś ruch za drzwiami...
Stanie w oknie to ciągle było dla mnie za mało. Oddechy znowu stały się płytsze, a w gardle zacisnęły mi się wszystkie mięśnie.
Muszę się uspokoić... Trzęsące się ręce oparłem o parapet. Dreszcze...
Jak mam dotrzeć na zewnątrz? Nie dam rady zeskoczyć z pierwszego piętra, a oczywiście opiekunom nie przyszedł do głów pomysł zasadzenia pod oknem winorośli, więc nawet nie miałem po czym zejść. Choć wątpię czy w takim stanie mógłbym coś takiego zrobić.
Nie... Nie... Nie dam rady... Muszę na dwór!
Drzwi. Sierra. Ogród.
Jeśli mu otworzę to pomoże mi? Czy zostawi?
Łzy zamazywały mi obraz nieba.
Skąd mam wiedzieć takie rzeczy?! To tylko psycholog... To tylko człowiek... Nie znam go, a on nie zna mnie. Na opiekunów od dawna nie mam na co liczyć. Tylko by się przerazili i odsunęli. Nie obchodziłoby ich to, co się ze mną dzieje. Dla nich pomaganie mi byłoby zbyt kłopotliwe. Nigdy w niczym nie chcieli mi pomóc. A teraz jak już chcą mi pomóc, to ja tego nie chcę. Dla nich nigdy nie będę nic znaczyć.
Ciągle nie mogłem złapać porządnego oddechu. Było mi tak słabo, tak duszno. Za mało powietrza.
A co z siostrą? Tą głupią 13- latką? Nigdy nie byłem blisko niej, bo czy mnie kiedykolwiek obchodził ten jej różowy półświatek pełen jednorożców, tęczy, lalek i innych takich? Dawno przestałem ją uznawać za kogoś ze mną spokrewnionego. Nie pomogłaby. Nie zdobyłaby się na to.
Nikogo nie mam. Taka jest prawda.
Przyjaciół nigdy nie miałem, bo nie uznaję pojęcia "Przyjaciel".
Dusiłem się, nie mogąc złapać oddechu. Myśli przylatywały i odlatywały.
Skoro nikogo nie miałem to nikt nie mógł mi pomóc.
Nikt.
Łzy leciały po moich bladych policzkach samoistnie.
Spazmatyczne oddechy. Kolejny ruch pod drzwiami. Psycholog. Sierra. Drzwi. Ogród.
Zimno. Ja chcę żyć. Na dwór. Tak bardzo chcę jeszcze żyć. Doneo. Drżenie. Drzwi.
Duszę się. Pomocy!
Czy Sierra ma jakiś interes w pomaganiu mi? Tak. Pieniądze. Sen matki o idealnej rodzinie.
Czy ten powód wystarczy?
Musi wystarczyć.
To moja jedyna szansa.
Niestety wiem, że ja bym komuś takiemu nie pomógł. Byłbym całkowicie obojętny. Może trochę bym porozmyślał nad powodem napadu paniki.
Czy on też będzie stał i patrzył jak się duszę? Jak powoli życie ze mnie ulatuje?
Jeśli tego nie sprawdzę to... umrę tu... pod tym oknem...
Chwiejnie ruszam do drzwi. Dywan mnie spowalnia. Mam wrażenie, że nigdy do nich nie dotrę.
Łapiąc spazmatyczne oddechy z ogłuszająco bijącym sercem, próbuję przekręcić klucz w zamku.
Wszystko jest tak niewyraźnie, że nawet nie widzę tego klucza.
Błagam... Muszę na dwór!
Drzwi. Szarpię nieudolnie za klamkę, nie rozumiejąc dlaczego nie chcą się otworzyć.
Sierra.
---
---
Drzewek: I ten dramatyczny koniec *Wyszczerz*
Alfa: No cóż. Podziękowania za ogólne przepisanie tego rozdziału należą się mojej drogiej Wiktorii z Piły. *Uśmieszek* Gdyby nie obietnica, w której powiedziałam, że dodam ten wpis za tydzień, nigdy by do tego wszystkiego nie doszło.
Drzewek: Urwaliśmy rozdział w dość ciekawym momencie, więc mamy nadzieję, że poczekacie do soboty na odsłonę kolejnego rozdziału. *Trze dłonią o dłoń z szatańskim uśmiechem* Ale oczywiście nie obiecujemy, że dokładnie za tydzień ten 8 rozdział wstawimy.
Alfa: Jest to niestety powiązane z tym, czy moja Beta dojdzie do zdrowia. Bo jak nie, to nie będzie kiedy się do tego wszystkiego zebrać.* Rozkłada bezradnie ręce*
Beta: *Leży w łóżku pod kołdrą i choruje*
Drzewek: Z tym rozdziałem też mieliśmy niemały problem, gdyż nie było jak spotkać się z chorą Betą, jednak mamy nadzieję, że zbyt dużej liczby błędów nie przeoczyłem sprawdzając tekst. *Skruszona, acz pełna nadziei mina*
Alfa: To brzmi tak, jakbym nie wiadomo ile błędów W OGÓLE ROBIŁA. *Prycha*
Drzewek: Noo, ja wiem, że się pilnujesz i w ogóle, ale no czasami coś przeoczysz i trzeba ci przypomnieć i zmobilizować do poprawek powtórzeń i innych takich. *Tłumaczy spokojnie*
Alfa: Phi. *Foch*
Beta: Można trochę ciszej? Ja tu próbuję spać. *Trze reką oczy*
Drzewek: To by było na tyle. Do zobaczenia~!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz