Przez cienki materiał bluzki czuję na swojej skórze zimne podmuchy wiatru. Oplatam ramionami własne nogi, a o stopy ciągle ocierają mi się źdźbła traw.
Późna noc.
Księżyc wisi wysoko na niebie otoczony przez odwieczną służbę- gwiazdy. Ten wielki rogal nigdy nie straci towarzystwa. Takiemu to dobrze... Zawsze wśród ciemności będzie on i mniejsze siostry słońca. Miło, że nigdy nie będzie do końca samotny, choć czy na pewno? Księżyc nigdy nie zbliży się do gwiazd. Jest skazany na tułaczkę po niebie, bez możliwości dotknięcia czegokolwiek. Jest podobny do człowieka, bo nieważne ilu przyjaciół zgromadzi w okół siebie słaba istota ludzka, zawsze będzie zdana tylko na siebie. Musi wędrować przez życie samotnie. Samotna jest także, podejmując decyzje. Nikt jej w tym nie pomoże. Bycie indywidualistą ma swoje plusy, ale będąc blisko kogoś, a mimo wszystko tak daleko...
Prawda bywa bolesna. Dlatego czasami lepiej być nieświadomym. Im mniej wiedzy, tym łatwiejsze życie. Przynajmniej tak powinno być. Nie wiedząc, że w Afryce głodują z łatwością możemy wyrzucać jedzenie do kosza, zamiast myśleć o tych biednych dzieciach, które często nie mają co zjeść na śniadanie, a po wodę muszę wędrować z kilka dobrych kilometrów. Życie bywa nie sprawiedliwe, ale czy cokolwiek jest sprawiedliwe?
Nie jest.
Nie mam na nic wpływu. Nic nie mogę zmienić. Nawet nic nie próbuję zmienić. Siedzę sobie na trawie, przed domem, w którym bodajże śpi moja rodzina, do której od dawna się nie przyznaje. Nie chcę mieć tych ludzi za krewnych. Jednak tego nie zmienię. Nie jestem pełnoletni. O ironio za jakiś czas będę, ale to dopiero za jakiś czas. Nawet jak będę już po 18 i tak nie mam co ze sobą zrobić. Miałbym co...? Zabrać się za pracę? Ja? Za pracę? To nawet mi nie wygląda. Pracujący ja...
Po co się tym przejmuję?
Po co o tym myślę?
Nie muszę myśleć.
Nie muszę? Jak nie będę myśleć, nie będę lepszy od tej trzciny giętej na wietrze. Dlatego muszę myśleć. To jedyny dowód, jak dla mnie, że istnieję.
Po kilku sekundach, które dłużą mi się w nieskończoność, ciągle patrzę w oczy Sierry. W te poważne, straszne, piwne tęczówki. Jak można kogoś tak przeszywać wzrokiem? Wygląda i zachowuje się jakby o wszystkim wiedział.
Czemu kiedyś właśnie tak sobie wyobrażałem ojca? Zawsze myślałem o nim jak o superbohaterze, który zabija wzrokiem, przenosi góry, ratuje mnie z każdej opresji, jest wiecznie zabiegany, bo musi ratować walący się ład świata. Dziecięcy ideał. Osobisty obrońca. Bohater.
Mój dawny świat był zbudowany na twierdzeniu, że ojciec jest wszechpotężny i potrafi dokonać niemożliwego.
Jeśli miałem jakiś problem - szedłem do taty.
Jeśli się czegoś bałem- szedłem do taty.
Jeśli czegoś chciałem- szedłem do taty.
Jeśli brakowało mi celu, do którego mógłbym dążyć- szedłem do taty.
Jeśli chciałem się czymś pochwalić- szedłem do taty.
Ciągle tata, tata, tata,
Wtedy nikt nie mógł mnie zranić, bo liczył się dla mnie tylko on.
Teraz widzę jak bardzo pozbawione sensu było tamto myślenie. Nikt nie może być wszechpotężny. To był podstawowy błąd tamtego dzieciaka. Bo to nie byłem ja. To nie mogłem być ja. Z resztą nawet ten "ja" z wczoraj już nie jest tym samym mną. Chodzi mi o to, że ciągle się coś zmienia. Dlatego właśnie ze spokojem mogę się wyprzeć tamtego czegoś z czego ewoluowałem na to, czym jestem dzisiaj.
W tamtych czasach moim oparciem był ojciec, a teraz już nie mam nikogo takiego. Jestem tylko ja.
Althea mnie nie uznaje, brzydzi się mną. Dla niej istnieje tylko ojczym. Nic innego go do tąd nie interesowało, aż nagle ... puff!... coś się zmieniło.
Nie wiem czy on chce się jeszcze bardziej podlizać lalce, czy daje mu satysfakcję przytrzymywanie tu jakiegoś psychologa. Kto go tam wie?
Sierra siedzi obok i się we mnie wpatruje.
Straszny? Zapewne.
Groźny? Chyba nie...
Wstaję i idę w stronę oszklonej ściany, w której znajdują się uchylone drzwi. Wchodzę do środka. Nie zamierzam dłużej marznąć na dworze z tym psycholem u boku.
Chory psychicznie terapeuta.
Idę przez salon w stronę schodów, jednak gdy czuję jak ściska mnie w żołądku zmieniam trasę "przelotu".
Kuchnia. Kierunek kuchnia.
Pod stopami znowu czuję lekki chłód. Panele zostały zastąpione przez, oczywiście, szare kafelki.
Staję przed lodówką i, ignorując swoje odbicie w stalowej powierzchni, otwieram drzwi. Mój wzrok wędruje po półkach w poszukiwaniu czegoś nadającego się do spożycia. Czuję na sobie wzrok psychologa. Czy on musi się na mnie gapić? Jestem tak chwiejny psychicznie, że zaraz wyjmę skądś nóż i zacznę mu nim grozić? Gonić go po domu z ostrzem w rękach i okrzykiem na ustach typu "Zdychaj szkarado! Twoje dni są policzone!" ? Nie wydaje mi się. Chociaż... muszę to kiedyś wypróbować. Jak już stwierdzę, że właśnie w taki sposób chcę przełamać swój celibat milczenia, to czemu nie? Zawsze to jakiś dziwny i dosyć spektakularny sposób skończenia z Done'em. Chcę być młodocianym mordercą?
Nie wyobrażam sobie siebie w takiej sytuacji.
O proszę. Co ja tu w tej lodówce widzę. Talerz z jedzeniem. Hah. Psychologowi przyniosła, a mi nawet nie raczyła zaproponować. Obcy traktowany lepiej ode mnie. No cóż, ale obcy nie sprawia nikomu problemów wychowawczych i nie szarga niczyjego imienia. A czy ja też nie jestem obcym w tym domu?
Może faktycznie czasami lepiej nie myśleć...
Zamiast "obiadu" biorę butelkę z wodą i kolejną sałatkę. Tym razem z tuńczykiem.
Chyba tylko ja się tak odżywiam. Wyjadam opiekunom sałatki z lodówki, a oni nawet się nie orientują, że to ja.
Wymijam obojętnie Sierrę, stojącego w kuchennych drzwiach i przechodzę przez salon. Wspinam się po schodach.
Jak ten blondyn zaciągnął mnie tak szybko na dwór? Kolejna tajemnica do rozwikłania. Nie pamiętam nawet szczegółów. Napady paniki są tak magicznie mocne.
Piwnooki podąża za mną w milczeniu. Nie ma już o czym mówić? Tematy na dzień się mu skończyły? A może musi wszystko planować z wyprzedzeniem, zapisywać na papierze przemowy, uczyć się ich i ćwiczyć przed lustrem? Hmmm... A może by tak zrzucić go ze schodów? Odczepi się wtedy? No od podłoża z pewnością, ale czy ode mnie? Zawsze jakieś rozwiązanie i to już drugie. Ciekawe pomysły dzisiaj mam...
Wspinam się po stalowych schodach i wpatruję się w ścianę, do której są doczepione. Jest ona cała wyłożona ciemnym, szarym kamieniem. Czyżby grafit?
Zagłębiłem się w korytarz, przeszedłem obok krzesła, które stało koło mojego pokoju, otworzyłem drzwi, wszedłem do środka, i zatrzasnąłem je za sobą. Niech ten pies, Sierra, śpi przy nich. Won od mojego pokoju. Waruj, piesku, waruj!
Siadam na swoim błękitnym łóżku i zaczynam jeść.
Czemu ludzie tak zwanego sukcesu nie zakładają dużych rodzin? Nie mają na to czasu. Nie mają na to chęci. Taka dziwna sprawa, zważając na to, że osoby które zarabiają więcej często mniej pracują, chyba że wpadają w pracoholizm. To już inna sprawa. A może tak na prawdę po prostu boją się stałego związku?
Dlaczego dobra kariera jest zwykle naszpikowana serią nieudanych związków, zdrad, bękartów i innych takich? Ja wiem, że w niektórych przypadkach kobiety sypiają ze swoimi szefami by pozostać "przy kasie" i wiążą się z nimi przysięgą, by na pewno im z ich sideł nie uciekł. To jest chore.
Z innej strony tok myślenia chłopaka różni się od spojrzenia na sprawę dziewczyny. On patrzy bardziej na ciało, wygląd itp, a kobieta woli kierować się uczuciami. Niestety znowu są tu odstąpienia od reguły.
Każda osobowość zależy od wielu czynników- środowiska, kultury, rodziny, opinii, mody itd.
Bardzo łatwo jest wpłynąć na naszą psychikę. Ciągle się kształtujemy i wszystko ma na nas wpływ, choć możemy się tego wypierać.
Czy psychikę da się trenować? Czy to jednak zbyt delikatna sprawa by w nią ingerować? Zakończyłoby się coś takiego samobójstwem?
To mógłby być problem.
Pukanie.
Patrzę na drzwi przymrużonymi, czarnymi oczami. O co mu chodzi? Czemu grzecznie nie poczeka pod drzwiami?
- Willow, wpuść mnie do środka.- Spokojny, opanowany ROZKAZ Sierry. Nie podoba mi się to.
Rozkaz.
Rozkaz...
Rozkaz?
Czemu próbujesz mi rozkazywać?
Czuję się z tym nieswojo, a najgorsze w tym wszystkim jest, że mam ochotę spełnić to żądanie. Jakbym się bał, że jeśli tego nie zrobię on zniknie i wszystko się skończy. Odejdę w zapomnienie i znowu nie będzie kogoś takiego jak "Willow Blackburn".
Czy ja czasem nie chciałem świętego spokoju?
Dlaczego człowiek jest istotą społeczną?
Nie chcę być człowiekiem, ale czy mam jakiś wybór? Już tego nie zmienię.
Cholera. Nie będę mu posłuszny!
Nie mogę jednak nic poradzić na to, że mój wzrok ciągle wraca do tej cholernej klamki.
Zaczynam się denerwować.
Jak ja nienawidzę się wahać.
---
---

Alfa: Jakoś tak mi się to spodobało. Niebieskie łóżko jest. Jakaś postać na łóżku jest, więc myślę, że może być. *Wgapia w obrazek z satysfakcją*. W końcu udało mi się przepisać ten rozdział. To naprawdę trudne. Zwłaszcza robienie tego bez Bety. *Wzdych*
Drzewek: Dlatego właśnie przepraszamy za opóźnienie, choć dość mocne mam wrażenie, że tylko my tego bloga czytamy i tylko nam na nim zależy, ale no cóż. Zdarza się.* Siedzi na parapecie i buja nogą*
Alfa: Może uda nam się w sobotę wrzucić kolejny rozdział, ale tego to już na prawdę nie wiemy, bo to wszystko zależy od sytuacji w jakieś się znajdziemy i tak dalej.
Drzewek: A nikt z nas jasnowidzem nie jest, więc trzeba żyć ze świadomością, że trzeba nie dość, że się upominać o rozdziały, to jeszcze dopingować drogą Mirai przy przepisywaniu.
Alfa: No cóż. Ja też człowiek, nu nie?
Drzewek: Wierz w to dalej, wierz...
Beta: *Wpada zdyszana* Przepraszam, co mnie ominęło? *Patrzy na ekran* Aha... Już skonczyliście, dobra.
W tej części postu znajdują się wycięte sceny z tekstu. Jeśli ma ktoś ochotę może poczytać. Naszej grupie bardzo to poprawiało nastój. Jednakże zrozumiem, jeśli takie właśnie przerywniki zakłócają komuś odbiór tekstu. To na tyle~~
"Althea mnie nie uznaje, brzydzi się mną. Ojczym istnieje tylko dla niej. Nic go do tond innego nie interesowało, aż nagle ... puff!... coś się zmieniło."
--->-<---
Drzewek: Puff!!!! Puff!! Pojawia się i znika, i znika, i znika! Puff! *Rozpływa się w obłoczku dymu*
Alfa: Obłoczek dymu. Spaliłeś się? Serio? *Nie dowierza temu ogromowi głupoty.*
Drzewek: Puff! *Pojawia się za nią* No weeeź! Przecież wiem, że ty też lubisz to słowo! Puff! *Rozpływa się*
Alfa: Pff...
Drzewek: No Puuff! Nie pff!
Alfa: Puff?
Alfa: Dobrze wiedzieć. *Wgapia w "tabliczkę"* Jeff, masz zaburzenia psychiczne, zdajesz sobie z tego sprawę? *Odwraca się w stronę kolegi*
Drzewek: JA i zaburzenia? No chyba coś ci się pomyliło. *Cofa się o krok*
Alfa: Ciekawe czy da się to naprawić...
Drzewek: No nie wiem czy tak do końca ciekawe...
---
Gonić go po domu z ostrzem w rękach i okrzykiem na ustach typu "Zdychaj szkarado! Twoje dni są policzone!" ? (...)
Nie wyobrażam sobie siebie w takiej sytuacji. ( D: Nie tylko ty... )
---
Zamiast "obiadu" biorę butelkę z wodą i kolejną sałatkę. Tym razem z tuńczykiem (A: Kocham tę jego dietę <3 )
Drzewek: No pomijając, że ta jego dieta nie jest dietą i jest bardzo nie zdrowa to nikt ci nie zabrania tej jego "diety" nie kochać. *Wzdych*
---
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz