Translate

Współtwórcy

sobota, 30 sierpnia 2014

Rozdział 5 "Tak, jak motyle."


     Łąka, trawa, wiatr, śłońce, ptaki, drzewa, kwiaty, motyle, owady...
 Brak ludzi.
 Wyszedłem z szaro-niebieskiego pokoju koło 6. Nic nie zjadłem. Nic ze sobą nie wziąłem.
 Drzwi w pokoju są zamknięte na klucz. Niech sobie myślą, że się tam zamknąłem. Może im to pomoże w zrozumieniu, że mam ich gdzieś.
 Siedzę wśród zielonej, świeżej trawy i obserwuje motyle. Ich spokojny, lekki lot.
 Są takie wolne, spokojne, piękne. Nie przejmują się niczym. Żyją maksymalnie dwa tygodnie, zależy to jedynie od gatunku. Ale ... żyć tak dwa, trzy dni? Ciekawie...
 Najpierw gąsienice, brzydkie, pełzające robale, a po pewnym czasie przepoczwarzają się i wyrastają im skrzydła. Mogą wzniesć się ku niebu.
 Takie delikatne... tak łatwo jest je zabić, a potem zasuszyć.
 Taka ulotna chwila, piękna, swobodna, jedyna w swoim rodzaju.
 Potrzę na dostojnego Pazia Krolowej. Kolorowy motyl siada mi na czarnym glanie. Siedze oparty na lokciach i obserwuję go.
 Czy ta wczorajsza rozmowa miała na celu zwabienia mnie pod klosz? Chcieli mnie w końcu zacząć kontrolować? Nie mógł bym pewnie wychodzić na zewnatrz... W końcu matka się mnie boi. A może raczej wstydzi?
 Znowu przesiedzę na zewnątrz niewiadomo ile czasu...
 Przymykam oczy i kładę się wśród traw. Moja klatka piersiowa rytmicznie unosi się i opada. Spokój wypełnia mnie od środka. Nic mnie nie interesuje. Nic mnie nie obchodzi.
 Wdycham zapach trawy. Zespalam się z otoczeniem. Staję się jego częścia.
 Plama czerni wśród zieleni.
 Otwieram oczy i patrzę na ciemne niebo.
 Noc.
 Zaskoczony wpatruję się w łąkę, tonącą w ciemności.
 Chłód.
 Przez moje ciało przechodzi dreszcz.
 Zimno.
 Zasnąłem?
 Poruszam zdrętwiałymi palcami. Czuję mrowienie. Cicho wzdycham. Przydałoby się wreszcie wrócić do domu. Do ciepła.
 Mam nadzieję, że już śpią, Oby to było coś więcej niż nadzieja.
 Idę powoli ciemną drogą, środkiem ulicy.
 Czemu dobrowolnie wracam do klatki, w której chcą mnie zamknąć? Brak mi tego zwierzęcego instynktu przetrwania.
 Staję przed szarym domem moich opiekunów. W oknach palą się światła.
 Nie śpią.
 Czuję wzbierającą apatię.
 Czy mam tam dobrowolnie wejść? Tak bez ociągania? No, ale na dworze nie mogę zostać. Jest zdecydowanie za zimno.
 Otwieram drzwi.
 Wchodzę do środka.
 Nie chcę tam iść, ale ... czuję obojętność.
 Wolałbym wrócić na łąkę... a najlepiej być kimś innym...
 Tak, jak motyl.
---
---
 Bardzo Was przepraszamy, ale pisząca to osoba (Czyt. Alfa) dostała nerwicy i pominęła wszystkie rozważania. Dlatego Willi poszedł SPAĆ. 
Drzewek: To by było na tyle oto najkrótszy wpis w historii tego bloga.
Beta: Dla zdrowia psychicznego Alfy (Które i tak nie zostało zachowane) mamy jedno słowowe akapity. Kolejny rozdział będzie należał (Raczej) do tych normalnych i rozbudowanych.
Alfa: *Leży z głową na biurku i biadoli*
Drzewek: Chyba pierwszy raz od dłuższego czasu nasz główno- pisząca znielubiła swoją główną postać. Ale dla wchodzącego w krótce Sierry warto czytać dalej.
 Beta: I to by było na tyle... Może jeszcze jakieś obrazki wrzucimy tak dla poprawienia nastojów ekipy.


Drzewek: Dziękujemy i ...
Beta:  Do widzenia.

5 komentarzy:

  1. Pisze się "świeży" XD To poszalałaś z długością...=.=

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż zdarza się... A błąd już poprawiłam. Tak dla pocieszenia w kolejnym rozdziale dzieje się, że ho ho. Nom. Nie bądź złaa~

      Usuń
    2. "Dzieje się, że ho ho"? Nie przesadzasz?

      Usuń
    3. No cóż. Zabraniasz mi tak mówić? Chodziło mi tylko o to, że coś się tam dzieje. Choć to i tak nie pobije kolejnego rozdziału...

      Usuń
    4. Dobra, dobra. Już się nie wtrącam.

      Usuń