Translate

Współtwórcy

niedziela, 6 kwietnia 2014

Rozdział 2 ,,Dziecko w czerni”





  Siedzę sam w swoim pokoju. Jakim moim? Tu nic nie jest moje. Nic.
  Pode mną, na parterze, trwa w najlepsze impreza. Zapewne alkohol leje się strumieniami. Alkohol, używka, dająca zapomnienie. Może, gdy się rozejdą i zasną, ja sam z niej skorzystam? Wszystko jest równie dobre na zabicie czasu, choć ja zwykle nie pije. Nie chciałbym otrzeźwieć w jakimś dziwnym miejscu.
  Patrzę na książki poustawiane równo na biblioteczce. Encyklopedie, podręczniki, zeszyty, kryminały, fantastyka, dramaty, lektury… To wszystko z czasów, w których interesowała mnie szkoła, nauka, oceny. Teraz to dla mnie nic nie znaczy. To są tylko jakieś śmieci, coś, o czym zwykle nie myślę. Relikty przeszłości.
  Czemu trwa impreza? Kolejny housparty?
  Z prostego powodu. W domu pojawił się ojczym. Aż tutaj słyszę piski bachorzycy. Radość. Bez mojego uczestnictwa, ale ja nic nikomu nie zabraniam. Niech będą szczęśliwy. Bo co to szczęście?
  Tak naprawdę to po prostu hormony wydzielane przez dany organizm. Hormony szczęścia.
Kiedy je wydzielamy? Gdy spacerujemy, wykonujemy łatwą pracę, bawimy się, imprezujemy, zdobywamy dobre oceny, rozmawiamy z przyjaciółmi. To nasz mózg jest temu odpowiedzialny.
  Czy ja kiedyś też coś takiego odczuwałem? Może tak, ale aktualnie mało rzeczy wywołuje we mnie jakiekolwiek odczucia. Przynajmniej na zewnątrz. Środek to co innego.
  Dobrze mi z tym. Dobrze mi z tą pustką, która we mnie zamieszkała. Dobrze mi z moimi przemyśleniami. Dobrze mi z moją samotnością. Dobrze mi z brakiem określenia siebie…
  Przynajmniej tak myślę. Nikt nie zabroni mi wmawiać sobie tego, że zaistniała sytuacja mi odpowiada. Nikt. Tylko…, co z tym poczuciem, że jest coś, czego żałuje? Z czymś, co mnie dręczy, rwie, drapie tam w środku? Przecież nie tak łatwo jest zagłuszyć, bolącą gorycz. To niemalże wykonalne, ale takie osoby jak ja.. Muszą sobie jakoś radzić. Muszą.
  Samotność to jednak straszna rzecz.
  Jeśli szczęście jest tylko pojęciem względnym, gdyż nie jest uczuciem, a zależy tylko od ilości hormonów w organizmie, to czy każde inne odczucie jest spowodowane tym samym? Na przykład to osławione uczucie miłości… Czy to jest spowodowane tylko i wyłącznie popędem seksualnym, który odczuwa każdy mężczyzna i kobieta w wieku dojrzewania i dorosłości? Czy to tylko sposób zaspokojenia siebie? Czyżbyśmy tylko wmawiali sobie poczucie miłości? Tego, co w gruncie rzeczy nie istnieje? A mówimy sobie coś takiego tylko po to, by mieć czyste sumienie. Usprawiedliwienie dla ciągłej rozwiązłości seksualnej.
  Brnąc w to dalej. Jeśli miłość nie istnieje, a jest tylko popęd to ludzkość jest owocem niezaspokojonego pragnienia. Nieszczęśliwe rodziny. Bite dzieci. Morderstwa. Gwałty na nieletnich.
  Ojciec wykorzystuje pod względem seksualnym córkę i matkę. Amoralne. Górę wziął popęd, nad którym nie potrafimy w pełni zapanować. Zawsze znajdzie się jakieś słabe ogniwo.
  Leżę na niebieskiej kołdrze i wpatruję się pusto w szary sufit. Czemu wszystko jest szare?
  Szkoda, że ściana zasłania mi niebo. Lubię patrzeć w ten błękitny bezkres. Obserwować fazy księżyca. Gwiazdy. Słońce. Chmury. Niestety, dzisiaj nie mogę wyjść. Za dużo osób w domu. W tym głupim, szarym domu jest za dużo ludzi. Za dużo. O wiele. Moje ręce się trzęsą. Tak, aż tak się boje. Nie mam pojęcia, dlaczego tak jest. Mam lekką fobię społeczną. Nie chcę by inni, a zwłaszcza otoczenie trzymające się blisko matki i ojczyma, na mnie patrzyło. To jest straszne. Nie wiem, o czym myślą.  I … mogą chcieć mnie zabić. Pobić. Zgwałcić. Nie wiem, dlaczego ciągle tak do tego wracam. Po prostu się boje wyjść z pokoju.
  Ci ludzie, trzymają się moich opiekunów. Tylko się ich trzymają, ponieważ nie mogą się kolegować. Przyjaźń nie istnieje. Wszyscy oczekują na jakieś korzyści, płynące z ,,przylepienia,, do lepszych od siebie. Nie. Przyjaźń nie ma prawa bytu. Nie istnieje. Tak jak nie istnieje szczęście. Tak jak nie istnieje miłość.
  Wracając do tego ostatniego. Dlaczego wszyscy mówią, że matki kochają swoje dzieci? Skoro matka mnie tak kocha, czemu udaje, że nie istnieje? Czemu nigdy się mną nie zainteresowała? Czemu mnie nie rozpieszcza? Czemu nie woła mnie na obiad? Czemu nie robi mi śniadania? Czemu nie robi kolacji? Czemu nie zaprasza na wspólny biwak? Czemu o mnie nie myśli? Czemu jest taka odległa? Czemu ja jej nie uznaję za matkę? Czemu ona mnie nie kocha? Czemu? Dlaczego wyjeżdża wszędzie z ojczymem? Dlaczego rozpieszcza Altheę? Dlaczego jej koleżanki są ważniejsze ode mnie? Dlaczego? O co w tym wszystkim chodzi?
  Czy ludzie są tak ograniczeni, że potrafią dbać tylko o określoną liczbę osób? Czy dlatego nie znalazłem się na liście ,,dobrych,, dzieci? Czy ja jestem aż tak ograniczony, że nie umiem powiedzieć czegoś komukolwiek? Od ,,odwal się,, po ,,kocham cię,, poprzez ,,mhm,, ? Czyżbym był aż tak zacofany w rozwoju?
  Jest mi niewygodnie. Patrzę ciągle w sufit. Jest tu tak duszno i nieprzyjemnie. W powietrzu unosi się zapach, który powinien być miły dla zmysłów. Powinien, ale nie jest. Odświeżacz powietrza miał roznosić woń świeżo wyciskanych cytryn. Przez ten swąd jest mi lekko niedobrze. Czuję się tak, jakby ten tonący w szarości i błękicie pokój, był toaletą. Odświeżacz do kibli…
  Podnoszę dłoń i wpatruję się w pomalowane na czarno paznokcie. Chyba dla zabicia czasu zmienię soczewki z białych na czarne. Lubię soczewki. Kolejna warstwa mnie, która nie okazuje mojej prawdziwej osoby.
 Siadam na pomiętej pościeli. Moje nagie stopy dotykają puchatego dywanu. Dywan wygląda tak jak morze. Zupełnie jakby woda rozlała się koło mych stóp, czy raczej pod nimi. Morze, kudłate morze.
  Przeglądam szafki, głośno trzaskając drzwiczkami, gdy je zamykam. Dźwięki te toną w pustce. Mojej wewnętrznej pustce.
  Ciągle słyszę wesoły rozmowy, które są prowadzone w salonie. Mozart. Muzyka. Już nawet nie słychać tego, co robię by, choć na chwilę zaistnieć.
  Jestem zgnieciony przez ,,przyjaciół,, moich ciemiężycieli.
  Wyjmuję soczewki. Dwie czarne półkule puste w środku. Bariera.
  Jeśli sam, bez niczyjej pomocy, odciąłem się to… brak mi odruchów społecznych. Nie uważam się za kogoś, kto oddałby życie za coś, co od początku nie miałoby sensu.
  Dlatego nigdy nie zrozumiem patriotów, bohaterów narodowych, świętych, męczenników.
  Jedni zginęli za wolność. Drudzy za swą religię. Jaki w tym sens? Bo jakiś jest? Czy to po prostu kolejna choroba psychiczna? Chęć poczucia bólu. Czyli ci wszyscy bohaterowie byli masochistami? Lgnęli do bólu? Dlatego nie przeżyli tej chorej wojny? Czy dlatego nie wrócili do swoich rodzin? Tylko dlatego, że chcieli za coś umrzeć? No jeszcze zakonnika zrozumiem. W końcu nie umrze za ukochaną zakonnicę. Celibat, czy coś tam. No, ale cóż. Najwidoczniej są ludzie bardziej nienormalni ode mnie. No w sumie nie rozumiem tych ludzi i nie obchodzą mnie.
  Po co komu Bóg?
  Jeśli Bóg istnieje… to jest bardzo słabym bóstwem. Jak można pozwolić, by jego wyznawcy umierali? Nawet, jeśli to masochiści i nawet, jeśli sprawia im to przyjemność…Przecież życie ważniejsze…
  Nakładam na źrenice soczewki. Czarne włosy, czarne oczy, czarne soczewki, ciemne kolczyki, czarne ubrania, czarne glany, czarne istnienie, czarny świat, czarne życie.
  Dziecko w czerni.
  Noszę oznaki wiecznej żałoby. Żałoba. Czerń. Smutek.
  Czy jestem smutny? Hmmm… Jestem apatyczny. Bez emocji. Bez siebie. Gdzie tu miejsce na smutek?
  Ktoś się głośno śmieje. Patrzę chwilę w kierunku drzwi i … wiem, że to śmiech ojczyma. Do tego odgłosu radości dołącza piskliwy głosik bachorzycy.
  Czemu oni się śmieją? Hormony szczęścia wydzielane w przydużej ilości. Szukają czynności, która je uwalnia. Tylko tyle.
  Czemu czuję się obco we własnym domu?
  Czy ja kiedyś też tak się śmiałem?
   Z nimi, tam, na dole?
   Nie wiem, nie pamiętam.
  Wiem jedno. Nigdy nie poczuję się częścią tej rodziny.


  Zabawa skończyła się jakiś czas temu, a ja siedzę pod drzwiami i nasłuchuję. Jak jakiś uciekinier. Jakbym był złodziejem. Jakbym nie miał prawa tu być.
  Niespokojnie poruszam językiem, którym kręcę kolczyk, tkwiący w dolnej wardze. Ciągle nim ruszam. To mi pomaga. Nie wiem w czym, ale lubię to robić. Tak po prostu.
  Tylko ja tak mogę. Nie każdy ma kolczyk w wardze, więc nie każdy wie, jakie to przyjemne, kojące, uspokajające… Takie… moje, nie moje.
   Nic nie słyszę. To dobrze. Nikogo nie ma, albo wszyscy śpią, chyba że ojczym z matką zajmują się czymś zupełnie odmiennym od snu. Mogą, byle nie głośno. Naprawdę nie interesuje mnie to, co robią, ani z kim. Jeśli woli z tym f**kiem, niech jej będzie. K***a. W końcu są dorośli, prawda? Pożądanie i te sprawy. Kompromitujące odgłosy i … dzieci?
  Uchylam drzwi i wyjątkowo cicho wychodzę z pokoju. Przymykam za sobą stylowe, czarne drzwi. Szaro czarne pierwsze piętro z czerwonymi dodatkami. W końcu dół jest szaro-zielony. Jakaś sprawiedliwość musi być. Ziemia- zieleń. Powietrze- czerwień. Nie widzę w tym sensu, ale ja w niczym nie widzę sensu. Decyzje lalki Barbie zawsze są bezsensowne. Ciekawe dlaczego? Jak ona ma podjąć jakąś mądrą decyzję, mając pusto we łbie? To musi być dla niej nie lada wysiłek. Myśleć. Kto w tych czasach myśli? No … ludzie POTRAFIĄ myśleć tylko o sobie.
  Moja ,,matka” nie ma poczucia stylu. Hamh.
  Spływam po schodach, które ciągną się wzdłuż szarej ściany, wyłożonej grafitowymi kamieniami. Schody też są szare. Bury świat. Czemu to jest szare?
  Schody prowadzą do salonu. Salon jest połączony z kuchnią. Kuchnia jest ,,centrum,, domu, obok której jest długi korytarz z łazienką, prowadzący do biblioteki. Z drugiej strony kuchni też jest korytarz, prowadzący do drzwi wejściowych, wieszaków, szaf na buty. Oczywiście wszystko szare. Z wyjątkowymi akcentami zieleni. W salonie, oprócz stołu jadalnego, ustawionego naprzeciwko schodów, gdzie także stoi barek z alkoholem, stoją dwie czarne, skórzane kanapy, otaczające szklany stolik. Za kanapami, w jedynej ,,nie zajętej,, ścianie, są wielkie okna i drzwi na taras. Wokół całego domu jest wielki ogród. Nawet ładny. Zielony. Latem z mnóstwem kwiatów. Jesienią też. Wiosną jest bardzo kolorowy, a to wszystko dzięki wynajętym ogrodnikom.
  Patrzę przez chwilę na salon, stojąc na ostatnim schodku. Jedynym dowodem na niedawno odbytą imprezę są kieliszki i puste butelki po szampanie.
  Wyczuwam zmieszane ze sobą zapachy damskich perfum, wody kolońskiej, dymu papierosowego i drogiego szampana.
   Nieprzyjemne połączenie- mdlące.
   Dzisiaj nic nie jadłem, dlatego jak zwykle kieruję się do kuchni, gdzie oczywiście otwieram lodówkę i lustruję jej zawartość.
   Są tam jakieś ciasta, sałatki, desery lodowe. Myślę nad tym, czy mam na cokolwiek ochotę. Jak zwykle nie, ale po dłuższej chwili tkwienia w lodówce biorę sobie kawałek ciasta.
   Bomba kalorii uwięziona w czymś tak niewinnym.
   Czy tylko ja, widząc się w lustrze, myślę nad tym, że jestem gruby, będąc niezwykle chudym?
  Pewnie nigdy się nie dowiem, a szkoda…
  Zamyślony siadam na jednej z czarnych kanap. Mój wzrok przykuwa biała koperta na szklanym stoliku.
  Dotykam palcami krawędzi papierowego przedmiotu. List.
  Odkładam na przezroczystą taflę talerz z ciastem.
  Koperta jest już otworzona. Bez wahania wyjmuję zapiski i zapoznaję się z ich zawartością.
  Przeżywam szok.
  To, co tu jest napisane… to… niemożliwe… Nieprawdopodobne.
  Pierwszy raz od jakiegoś czasu czuję jakiekolwiek emocje.
---
---

Alfa: A to taki mały chibi dzieciak w czerni ;)
Beta: Tylko czemu ze skrzypcami?
Drzewek: Bo w przypływie apatii Willi wyrzucił je przez okno, a ten chibi jeszcze tego nie zrobił. *Porąbana logika*
Beta: To niech zrobi to jak najszybciej...

***
W tej części postu znajdują się wycięte sceny z tekstu. Jeśli ma ktoś ochotę może poczytać. Naszej grupie bardzo to poprawiało nastój. Jednakże zrozumiem, jeśli takie właśnie przerywniki zakłócają komuś odbiór tekstu. To na tyle~~ 
***   
 "Tak naprawdę to po prostu hormony wydzielane przez dany organizm. Hormony szczęścia."
----Epizodzikolandia---
Drzewek: Alfi, brakuje ci może hormonów?*Niewinna minka*
Alfa: A co jeśli tak?
Drzewek: To wtedyyyyy dam ci bubeczkę!
Alfa: No to mi nie brakuje hormonów.
Drzewek: Nie chcesz bubeczki?
Alfa: Ty nie umiesz piec... To dziękuję.
Drzewek: Czyli brakuje ci szczęścia! *Skacze dookoła niej i obrzuca ją tęczowym konfetti*
Alfa: Może brakuje mi szczęścia, bo ty całe wykorzystałeś. *Wgapia się w jego uśmiech*
---Happy End---

 "Ciągle słyszę wesoły rozmowy, które są prowadzone w salonie. Mozart. Muzyka. Już nawet nie słychać tego, co robię by, choć na chwilę zaistnieć."
----Przerwa na wybuch śmiechu---
Alfa: Kurcze Mozart. Dobrze, że nie Betoween. *Chichra się. Bo zawsze dostaje głupawki, słuchając muzyki poważnej*.
Beta: Tak masz rację... Byłoby z nami źle...
----I po wybuchu---

7 komentarzy:

  1. Kiedy następna część ??? Proszę, powiedz że niedługo ! Już nie mogę się doczekać, by dowiedzieć się co jest w tej kopercie !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W TEJ kopercie.. hah.. spoko. Dzisiaj przepisuje. Jutro rano wstawiam ^^

      Usuń
  2. Oj kochana, Procesorek sie cieszy.Po bardo długim przekonywaniu Cię w końcu wstawiłaś rozdział. Teraz czekam na te następne 4, które już są napisane. *patrzy na nią znaczącym wzrokiem*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Em... no co ty... już kolejne 6 ;) hehehehe

      Usuń
    2. Kobieto ty miałś na warsztatach sie skupić a nie pisać...

      Usuń
    3. Sory! Ten gościu był zboczony! Patrz na moją dziurkę? Więcej namiętności? Połóż tu dłoń? CZujesz to? ON BYŁ ZNOCZONY! albo to ja i ty jesteśmy chore umysłowo =.= ... no dobra... ale chyba to TY chciałaś te rozdziały... nie ja... =.=

      Usuń
    4. no chciałam... i potwierdzam on był BARDZO zboczony

      Usuń