Translate

Współtwórcy

niedziela, 12 października 2014

Rozdział 10 "I to ma być ta zabawa?"

 Otwarcie tych drzwi wiąże się z pewnym ryzykiem. On tu wejdzie i ... co? Nie wiem.
 Co on może mi zrobić? I co najważniejsze... Czy może mi cokolwiek zrobić?
 Są różne, dziwne opowieści o psychologach. A jakie? Więc wyliczamy:
- gwałty w dźwiękoszczelnych pomieszczeniach,
- zmuszanie pacjentów do czegoś, czego nie chcą robić,
- zamykanie w pomieszczeniu tylko o chlebie i wodzie,
- bicie.
 Są też rodzice. Rodzice, którzy na siłę zmuszają swoje pociechy na przychodzenie na terapie, chcąc im pomóc. Jednak przez to, że kierują się swoim wyobrażeniem tego, co ich zdaniem jest dla dziecka najlepsze, osiągają efekt odwrotny od zamierzonego. Nie rozumieją tego, że dzieciom dzieje się krzywda.
 Terapia wstrząsowa.
 Czy ten Sierra ma na nią zgodę? Czy moi opiekunowie chcą zrobić ze mnie warzywo, które będzie leżeć w szpitalu, podłączone do kroplówki? Czy mogą coś takiego zrobić? Pozbyć się zbędnego problemu, jakim z pewnością się stałem?
 Może niesprawiedliwie ich oceniam? Jeśli tak, to co? Może lepiej się tym nie będę przejmował. "Tym", znaczy nimi. Odwdzięczę się im pięknym za nadobne.
 Przecież nikomu na świecie nie zależy na drugim człowieku. Istnieją dla nich tylko oni sami, bo po trupach do celu, a cel uświęca środki. Jest to najłatwiejsza ze wszystkich, znanych dróg i najkorzystniejsza dla idącego.
 Jeśli ten psycholog do mnie "nie dotrze" to zamkną mnie w psychiatryku? Czy też jego wizyta ma na celu znalezienie argumentu na to, że jestem chory psychicznie? Czy to właśnie ten mężczyzna ma być moim biletem do pokoju bez klamek?
 Ciekawe czy taki pokój jest wygodny? Cały w poduszkach, żebym nic sobie nie zrobił. Bialutki, niczym śnieg. Kraty w oknach, już nie takie bialutkie. Brak klamki, która poniekąd mogła by być biała- W końcu nie byłoby szarości, toż to ogromny plus! Całodobowy monitoring. Może jedzenie byłoby dobre? Przynajmniej ktoś by mi je dawał. Stylowy kaftan. O czym ja myślę?
 Więc... Otwarcie tych drzwi może mieć katastrofalne skutki. 
 A może by tak zabawić w terapeutę własnego psychiatry? To mogłoby być ciekawe doświadczenie i jakże rozwijające. W końcu ludzie, którzy rozpoczynają taki zawód, sami zaczynają przeżywać problemy własnych pacjentów. Rozwalają sobie tym życie prywatne. Czy z Sierrą jest tak samo? Czy on także zrobiłby wszystko dla swojego pacjenta, albo dla kasy jego rodziców? I to tylko dlatego, że w życiu osobistym mu się nie powodzi?
 W sumie... czy moja niechęć do otwarcia drzwi bierze się stąd, że ja się tego w jakiś sposób... obawiam? Czy to dlatego próbuję uniknąć niebezpieczeństwa, jakim jest dla mnie psychiatra? Czy nie chcę stracić mojej chwiejnej równowagi psychicznej? Która jest dla mnie za ciężka w utrzymaniu i jeden, mały błąd wystarcza bym wpadł w panikę.
 Czy ja czasem nie miałem być apatyczny? Osoby apatyczne się nie boją. Czyli coś jest z tą sytuacją nie tak... To jest dla mnie argument dość ważny, będący ZA otworzeniem drzwi. 
 Czy zabawa w psychologa mojego psychiatry będzie czymś dziwnym? Z pewnością będzie to jakaś nowa forma rozrywki. Jest to niebezpieczne, bo świadomie będę narażał siebie. 
 Zabawimy się? 
 Nie, on się nie będzie się bawił. Ja będę się bawił. Oby nic nie zrozumiał. 
 Stalowe kółko, które tkwi w mojej dolnej wardze, w końcu przestało się obracać. Podjąłem decyzję. 
 Decyzja.
 Podchodzę do drzwi po kudłatym, niebieskim dywanie i łapię za klamkę. Serce mi kołacze. Znowu ja, drzwi i Sierra za nimi. Przynajmniej nie panikuję.
 Czy Doneo stoi cierpliwie za nimi? Jeśli tak to dlaczego? Po prostu nic nie mówi i czeka? Leniwy, bo nie chciało mu się usiąść na krześle, które stoi obok mojego pokoju? A może pewny siebie? Myśli, że wszystko, czego chce, stanie się od tak?
 Jeśli tak, to trzeba mu kiedyś pokazać, że nie jest wszechpotężny i nigdy nie będzie.
 Czy ten pokój jest moim terytorium? Czy specjalnie narusza moja strefę bezpieczeństwa? Czy dla niego aż tak ważną czynnością jest to, by tu wejść?
 Pedał?
 Miejmy nadzieję, że nie. Jestem słaby. Moje ciało też jest słabe. Nie przyzwyczajone do większego wysiłku fizycznego. Wiem, że gdyby próbował się do mnie dobrać, to moje ciało by mnie zawiodło. Dlatego nie mogę mu zaufać. Za duże szanse na porażkę. Zbyt łatwo by mnie zniszczył, mógłby mi zrobić nieodwracalną krzywdę. 
 Zdaję sobie sprawę z własnej kruchości.
 Naciskam klamkę i uchylam lekko drzwi. Wracam na łóżko. Siadam i wpatruję się uważnie w blondyna, który popycha dłonią odrzwia i wchodzi do środka.
 Jego piwne oczy sondują niebieski pokój. Przez chwilę wpatrywał się w półkę z książkami, które były spowite cienką warstwą kurzu. Potem na krótko przypatrywał się gołębiej szafie, która zajmowała całą ścianę. Biurko, które znajdowało się pod jednym z dwóch okien, po drugim nie było nic. Tylko na parapecie leżały puchate poduchy w odcieniach błękitu. Tam czasami przesiadywałem. Jego wzrok przesunął się po podłodze, którą zakrywał dywan, na którym stała para glanów. Potem pod odstrzał poszło łóżko i przewieszona przez jego oparcie skóra. 
 Mężczyzna nie wyglądał na spiętego, ani na zadowolonego. Teraz był jak najbardziej profesjonalny.
 Pochylił się lekko i, ku mojemu zdziwieniu, zsunął z nóg buty, by następnie ustawić obuwie koło drzwi, które zostały zamknięte bez wydawania najmniejszego dźwięku.
 Nie powiem, że nie jest to kolejnym dziwactwem tego faceta, bo jest. Obserwuję go nieco niepewnie i zaczynam mieć lekkie wątpliwości. Po co ja go tu wpuściłem? Może na razie nic mi się nie działo, ale miałem dziwne uczucie dominacji Sierry w tym pomieszczeniu.
 Zadrżałem, mimo wszystko starając się nie okazywać większych emocji.
 Piwne oczy spoczęły na mnie przez co uciekłem wzrokiem gdzieś w bok. Nie lubię tego spojrzenia. Aż człowieka ciarki przechodzą.
- Dziękuję, Willow, że mnie tu wpuściłeś.- Przez tą jego powagę czułem się coraz bardziej nieswojo. Może i go wpuściłem, ale co z tego? Aż takiej łaski mu nie robię... Choć w sumie... Może robię?
 Gdyby nie to poczucie bycia nie na swoim miejscu, przez co miałem ochotę wyskoczyć przez okno, byłoby o wiele lepiej.
 Mężczyzna zaczął spokojnie iść w moją stronę, depcząc kudłaty dywan, moje morze.
 On wkracza do mojej Utopii.
 Czułem jak zaczęła narastać panika, a ja nie mogłem nic na to poradzić. Mój oddech znów stał się płytszy, a kolczyk energicznie obracał się w  mojej wardze- jedyna widoczna oznaka mojego zdenerwowania.
 Mężczyzna zatrzymał się w miejscu, obserwując moje reakcje. Dlaczego on się nie waha? Dlaczego jest tak bardzo pewny swego? Wydaje się, że on wie czego chce i zna sposoby, by zdobyć upragnioną rzecz. Przerażające.
- Proszę cię, uspokój się. Doskonale wiesz, że nic ci nie zrobię.- Wiem? Nic nie zrobi? Gorączkowe myśli przewinęły mi się przez głowę.- Teraz usiądę.- Powiadomił mnie, by przysunąć sobie krzesło, które stało przy biurku i na nim usiąść.
 Wysyłał mi jasne sygnały. Patrz, jestem bezbronny. Uspokój się.
 D-dlaczego? O-o co mu chodzi?
 Tak, panika. Tak, strach. Tak, chęć ucieczki.
 Czy to czasem nie ja miałem się bawić tą sytuacją? Zamiast tego siedzę jak kołek w miejscu, czując jak narasta coraz większy strach. Narasta i swą wielkością mnie przygniata do miejsca. Dobrze, że dzieli nas woda. Chociaż tyle.
- Willow, oddychaj. Spokojnie. Nic ci nie zrobię.- Powtórzył, zapewniając mnie po raz drugi o czystości swoich intencji. Czyli nie będzie przemocy? Czyli nie będzie gwałtu?  Czy to mi pomogło? Nie wiem. Chcę wiedzieć.
 Nie chcę się bać. Czemu się boję? Czego się boję? Nie wiem. Nie chcę. Za dużo nie...
 Dźwięk ponownie otwieranego okna, świeże powietrze o charakterystycznym zapachu, noc, spokój.
 Czułem jak wszystko ulatuje...
- Już ci lepiej?- Mężczyzna odwrócił się w moją stronę by znowu podejść do krzesła, tym razem tylko za nim stając.
 Ignoruję to pytanie, tylko patrząc na otwarte okno. Ignoruję terapeutę. Kolczyk w wardze obraca się tym spokojnym, powolnym i znajomym ruchem.
- Dawno nikt na ciebie nie zwracał uwagi, Willow. Nie jesteś do tego przyzwyczajony. Twoi rodzice nawet dobrze cię nie znają, a ty nie chcesz tego zmieniać. To nie jest dobre, Willow. - Cichy, spokojny głos. Mówił do mnie łagodnie, jak do spłoszonego zwierzęcia, które zostało zagonione w kozi róg i teraz treser zamierza spokojnie uświadomić mu, że on jest dla niego jedyną możliwością na dalsze życie.- Dawno nikt z tobą nie rozmawiał. Siedziałeś sam i nikt nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, co robisz, bądź nie robisz. Nawet nie potrafisz utrzymać kontaktu wzrokowego, Will.- Pierwszy raz ktoś zdrobnił moje imię. Zaskoczyło mnie to. Aż na niego spojrzałem, ale jego piwne oczy mnie przytłoczyły. Znowu spojrzałem w bok. To było dla mnie za trudne.- Już ci mówiłem, że chcę ci pomóc. Będę ci to powtarzał do znudzenia, byś nie zapomniał. Masz problem, który trzeba rozwiązać. Tego problemu zapewne sam nie dostrzegasz. Wmawiasz sobie, że nie potrzebujesz wsparcia, tłumaczysz sobie własne zachowania. Jednak twój kłopot cię powoli niszczy, Will, dlatego nie można z nim zwlekać. Jestem tu właśnie dlatego, że sam nie potrafiłeś sobie poradzić z tym problemem. Jestem tu by ci pomóc.
 Nie mam pojęcia dlaczego go słuchałem. To był jakiś wewnętrzny przymus, albo raczej  fakt, że stał na przeciw mnie i nie dało się tego wszystkiego nie słyszeć.
- Nie znasz samego siebie, Will, boisz się siebie poznać. Boisz się, że sam siebie zniszczysz.- Mężczyzna wyprostował się i splótł palce. Wiatr rozwiał jego blond włosy. Wyglądał jak władca. Wielki i potężny.
-Twoi opiekunowie mówili mi, że problemy zaczęły się trzy lata temu. Dokładnie wtedy, gdy twoja matka wzięła rozwód. Jest tylko jedno ale.- Sierra pochylił się do przodu, opierając się dłońmi o krzesło.- Ty zacząłeś się odseparowywać o wiele wcześniej. Co było tego przyczyną? Tego jeszcze nie wiem, ale dowiem się, Willow. Dawno temu miałeś opinię osoby popularnej. Musiało się stać coś poważnego, coś co aż tak na ciebie wpłynęło, że zmieniłeś całą swoją osobowość. Nikt na tę różnicę nie zwrócił większej uwagi.
 Boże, skąd to wie? Moje serce kurczyło się gwałtownie w piersi. Jak on do tego doszedł?
- Will, twoja twarz mi wszystko powiedziała.- Powiedział to łagodnie.- Z miesiąca na miesiąc gościł na niej coraz większy ból, strach, zwątpienie. To da się zobaczyć. Coraz mniej się uśmiechałeś. To stało się cztery lata temu, prawda? Rozstanie twoich rodziców było tylko ziarnkiem piasku, które przeciążyło szalę. Już nie mogłeś wytrzymać sam ze sobą. Wtedy zmieniłeś do końca swój wygląd.
 Ciężko oddychałem, wpatrując się w terapeutę. Jak? JAK?
- Pamiętaj, że chcę ci pomóc. Jeśli ty mi nie pomożesz to sam dojdę do sedna sprawy, ale nie musisz się mnie obawiać. Wszystko, co zrobię, będzie wykonane tylko dla twojego dobra...
 I to ma być ta zabawa?
---
---

Drzewek: Parapeeet! Parapeeet! Parapet- parapeeet! Paraparaparaaapeet! *Śpiewa sobie głośno, tańcząc sambę* Paraapeeeet!
Alfa: Ymh. Tak, prapet. I to taki wypasiony parapet z wypasionym widokiem.* Koci uśmiech.*
Drzewek: A tak ogółem poważniejąc... Przepraszamy za tą dwu tygodniową przerwę we wrzucaniu postów, ale nasza droga Alfa ma problemy z wzrokiem, a że w sumie od jej weny zależy przepisanie rozdziału, to tak nam wyszło. 
Alfa: Więc przepraszam, bo to w gruncie rzeczy moja wina... 
Drzewek: Ale że rozdział był jednym z dłuższych, to może nieco to zrekompensowało ten czas oczekiwania.
Alfa: Mam nadzieję, że się zadowolicie tym rozdziałem i skomentujecie cokolwiek.
Beta: No, po ostatnich komentarzach to przeżyłam szok. Bo KTOŚ TO W OGÓLE CZYTA! 
Alfa: No dokładnie. Mam nadzieję, że z kolejnym wpisem nie będzie takiego opóźnienia. Do przeczytania!
Drzewek: Papciu-rapciu!
Beta: Avi vederci?
Drzewek: Goodbye apetai!
---
 Ciekawe czy taki pokój jest wygodny? Cały w poduszkach, żebym nic sobie nie zrobił. Bialutki, niczym śnieg. Kraty w oknach, już nie tak bialutkie. (D: Smuteczeg) Brak klamki, która poniekąd mogła by być bialutka- W końcu nie byłoby szarości, toż to ogromny plus! Całodobowy monitoring. Może jedzenie byłoby dobre? Przynajmniej ktoś by mi je dawał. Stylowy kaftan. O czym ja myślę? (A: O czym my piszemy? To lepsze pytanie...)
---
Zabawimy się? ( B: Powiedział pedofil do małej dziewczynki)
Drzewek: I Beta wyszła na całkowicie zboczone dziecko. Hue Hue.
---
Zbyt łatwo by mnie zniszczył, mógłby mi zrobić nieodwracalną krzywdę. ( D: Jego dziewictwo szlak by trafił)
Alfa: I mamy kolejne skrzywione dziecko...
---
Może na razie nic mi się nie działo, ale miałem dziwne uczucie dominacji Sierry w tym pomieszczeniu.(D: Mrau. Dobry seme. :3)
---
Powtórzył, zapewniając mnie po raz drugi o czystości swoich intencji. Czyli nie będzie przemocy? Czyli nie będzie gwałtu? ( D: Czyli zostanę prawiczkiem? Czyli jednak mnie nie przelecisz?) Czy to mi pomogło? ( D: No nie wiem, z pewnością nic mnie nie będzie boleć, ale...) Nie wiem. Chcę wiedzieć. ( D: Ale czy aby na pewno? )
---
Alfa: Mam nadzieję, że wszystko wycięłam z tekstu, jak coś to proszę mi komentować, bo możliwe, iż przeoczyłam. Idę spać, bo znowu mnie oczy bolą, a już chciałam to wstawić. To branoc wszystkim, którzy to czytają. Nie ważne o jakiej porze dnia. Papa.

1 komentarz:

  1. Super ! Nie mogę się doczekać na kolejny wpis !!! :)

    OdpowiedzUsuń